Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]

Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:

W 46 roku p.n.e. rzymski legion pod wodzą Marka Emiliusza Scaurusa podczas zwiadu w Galii natyka się na nieprzyjacielskie oddziały Celtów kierowane przez Viridoviksa. Przywódcy wrogich wojsk postanawiają sami stoczyć pojedynek. Jednak w chwili gdy krzyżują swe identyczne, pokryte druidzkimi runami miecze, wszyscy Rzymianie po krótkim oślepieniu tajemniczą jasnością odkrywają, że znajdują się w innym świecie.
1 ... 89 90 91 92 93 94 95 96 97 ... 104
Перейти на страницу:

Gnany pilnością wezwania, Mavrikios kazał maszerować armii przez wczesne godziny nocy. Nie kończący się łomot maszerujących stóp, kłapanie podkutych żelazem końskich kopyt oraz zgrzyty i turkot setek wozów załadowanych prowiantem i sprzętem wojennym, atakowały słuch z taką przenikliwością, że uszy wkrótce przestały je słyszeć. Reagowały tylko na przekleństwa i głuche odgłosy upadków towarzyszące potknięciom, o jakie łatwo w ciemnościach; reagowały w taki sam sposób, w jaki przyspieszone bicie serca zwraca uwagę, choć miarowy puls pozostaje niezauważony.

Na Marku zrobiła wrażenie odległość, jaką imperialne wojska zdołały przebyć tym pierwszym, niepełnym przecież marszem, pomimo nieznanego terenu i ciemności. — Zapomniałeś, jak to jest, kiedy się idzie z armią gotową do walki — powiedział Gajusz Filipus. — Mam tylko nadzieję, że Mavrikios nie zamęczy nas zbyt szybkim tempem.

— Och, oby bogowie do tego nie dopuścili! — sapnął Viridoviks. — Jestem dzisiaj niemal tak samo zmęczony jak wówczas, kiedy wychodziliśmy z Videssos.

— Byłbyś w lepszej formie, gdybyś nie żegnał się tak dokładnie — zauważył zgryźliwie starszy centurion. — Ledwie mogłeś chodzić, kiedy uznałeś za stosowne wrócić do nas.

— A potrafisz wymyślić lepszy sposób spędzenia letniego popołudnia?

— Nie, ty draniu — odparł Gajusz Filipus i nie ukrywana zazdrość brzmiąca w jego głosie wywołała wybuch śmiechu wokół obozowego ogniska Rzymian.

Płomienny ogień zapału pchał armię na zachód następnego dnia, i jeszcze następnego. Oporu prawie nie napotykali. Wojska Onomagoulosa w znacznej mierze oczyściły drogę imperialnej armii z nieprzyjaciół, a małe oddziały Yezda, powracające na obszar pomiędzy Khliatem a Maraghą, nie były żadnym przeciwnikiem dla wielkiej wyprawy Mavrikiosa. Większość wybierała ucieczkę zamiast walki.

Przez te dwa pierwsze dni pospiesznego marszu, armia przebyła ponad połowę odległości dzielącej ją od otoczonych wojsk Onomagoulosa. Lecz potem, tak jak obawiał się tego Gajusz Filipus, tempo zaczęło spadać. Żołnierze, wyczerpani ponad miarę nieustannym marszem, musieli zwolnić. Oficerowie nakłaniali ich do zwiększenia wysiłków, lecz sami byli równie zmęczeni jak ich podwładni.

Marek żył w jakimś rozpalonym, szarym świecie, ogarniając myślami nie więcej niż następny krok obolałych stóp, pancerz, ocierający mu barki i miecz, uderzający o zewnętrzną stronę uda za każdym krokiem, który robił. W krótkich chwilach, kiedy sięgał myślami dalej, czuł wdzięczność, że Rzymianie maszerują na czele kolumny imperialnych wojsk; zamiast oddychać kurzem wzbijanym przez innych, sami go wzbijali.

Kiedy armia zatrzymała się na noc, natychmiast zapadał w sen tak głęboki, jak sen Sisinniosa Mouselea. Budził się wolno, otępiały, jakby zamroczony jakimś narkotykiem.

Późnym rankiem czwartego dnia od opuszczenia Khliatu, khamorthańscy zwiadowcy wrócili pędem z zachodu, meldując o chmurze pyłu, jakby wzniecanej przez wielu maszerujących ludzi, zbliżającej się do videssańskiej armii. Mavrikios nie ryzykował; rozkazał rozwinąć kolumnę marszową w szyk bojowy. Marka ogarnęło pełne znużenia uniesienie, kiedy rozkaz dotarł do Rzymian. W taki czy inny sposób — pomyślał — jego męka wkrótce się skończy. Był tak zmęczony, że prawie nie obchodziło go, co z tego wyniknie.

Wkrótce żołnierze głównego trzonu videssańskiej armii mogli zobaczyć brunatne plamy kurzu na zachodnim horyzoncie. Zaczęli więc sprawdzać swoją broń. Tu i tam jakiś żołnierz mówił z przejęciem do swojego towarzysza w szeregu, dając mu ostatnie zalecenia na wypadek, gdyby sam nie przeżył walki.

Obłoki kurzu kryły tych, którzy je wzbijali, bez względu na to, kim byli. Imperator wysłał dwie setki Khamorthów, by sprawdzili, kto jest przed nimi. Skaurus odprowadzał ich wzrokiem, aż skurczyli się do czarnych kropek i zniknęli w kurzu. Tych parę minut, które minęły nim pojawili się znowu, pędząc z powrotem, zdawało się trwać o wiele dłużej.

Galopowali w stronę imperialnej armii wyraźnie podnieceni. Zawracali końmi, zmuszali je, by stawały dęba, i machali nad głowami swoimi futrzanymi czapkami — z którymi nigdy się nie rozstawali, bez względu na pogodę. Wykrzykiwali też coś, powtarzając to bez przerwy. Wreszcie zbliżyli się na tyle, że Marek zrozumiał, co krzyczą: — Onomag! Onomag!

Trybun gonił resztkami sił, lecz mimo to poczuł przebiegający przezeń dreszcz. Ksenofont — pomyślał — musiał doznać takiego samego dreszczu, kiedy z tyłów pobitej greckiej armii usłyszał, jak idący na czele ludzie krzyczą: Thalassa! Thalassa! Morze! Morze!

Przed nimi znajdowali się nie tylko wojownicy Onomagoulosa; Yezda byli tam również, przeszkadzając im w odwrocie. Mavrikios rzucił przeciwko nim kawalerię — Videssańczyków, Khamorthów, Khatrishów i, w końcu, Namdalajczyków. Druzgocąca szarża wyspiarzy rozbiła lżej uzbrojonych nieprzyjaciół — którzy przerażeni rozpierzchli się na wszystkie strony — i pozwoliła niedobitkom z dywizji Baanesa dołączyć do ich towarzyszy z głównego korpusu armii.

Radość armii Mavrikiosa z tego spotkania trwała krótko; rzut oka na ludzi, którzy zataczając się przechodzili przez jej szeregi wystarczył, by się rozwiała. Jęki i krzyki rannych oraz widok ich niedoli aż nadto wyraźnie unaoczniły niebezpieczeństwa, jakich miały jeszcze zakosztować wojska Mavrikiosa.

Sam Onomagoulos został przyniesiony na noszach, z wielką raną ciętą uda, zabandażowaną strzępami jego płaszcza.

— Musisz mi wybaczyć — rzekł Gorgidas do Skaurusa. — Te biedaczyska potrzebują pomocy. — I nie czekając na zezwolenie trybuna, oddalił się pospiesznie, by pomóc rannym na tyle, na ile potrafił.

Jednak Marek szczególnie przypatrywał się tym wojownikom, którzy nie odnieśli ran. Nie spodobało mu się to, co zobaczył. Jeśli kiedykolwiek jacyś żołnierze byli pobici, to właśnie ci. Widniało to w ich oczach, w odrętwiałym oszołomieniu na wymizerowanych twarzach, w obwisłych ramionach i wleczonej za sobą broni. Sprawiali wrażenie ludzi, którzy na próżno próbowali przeciwstawić się lawinie.

Z ich ust wydobywały się dwa słowa. Jedno brzmiało: — Wody! — Każdą ofiarowaną manierkę przechylali, wysączali do ostatniej kropli, i dysząc podziękowania, zwracali pustą.

Drugie słowo wypowiadano cicho. Pokonani nie czynili z niego ostrzeżenia, by nie szerzyć trwogi wśród swych wybawicieli. Marek pomyślał, że woleliby je przemilczeć. Lecz za każdym razem, kiedy grupki niedobitków, potykając się mijały jego legionistów, słyszał je wypowiadane przyciszonym i nabrzmiewającym strachem głosem. Ponieważ mówiono je szeptem, dopiero po paru minutach wyłowił imię Avshara. Usłyszawszy je, zrozumiał.

Marek zobaczył, że uciekinierzy Onomagoulosa wprowadzili zamęt w porządek marszowy jego ludzi. Słońce niemal dotykało zachodniego horyzontu; zamiast posuwać się naprzód w takich — nie wróżących niczego dobrego — okolicznościach, Imperator rozkazał rozbić obóz, tak by mógł bezpiecznie wyjść na spotkanie następnego ranka.

Żołnierze głównego korpusu armii zabrali się do tego z ochotą. Marek musiał przyznać, że pracowali lepiej w obliczu zagrażającego ataku. Palisady i proste ziemne barykady zostały zbudowane z szybkością będącą wyzwaniem nawet dla Rzymian, podczas gdy kawaleria, która wcześniej odpędziła Yezda od ludzi Onomagoulosa, teraz osłaniała przed nimi obozowisko.

Nie przychodziło jej to łatwo. Druzgocąca szarża Namdalajczyków zmusiła Yezda do ucieczki, co wcale nie oznaczało, że zaprzestali walki. Nieustannie zasilani nowymi jeźdźcami przybywającymi z zachodu, z obrony obozu uczynili bitwę, z całym zamieszaniem typowym dla działań wiążących znaczne siły kawalerii. Oddziały jeźdźców pędziły tam i z powrotem, strzały spadały całymi chmurami, pałasze pobłyskiwały, wznosząc się i opadając.

1 ... 89 90 91 92 93 94 95 96 97 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)