Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #1
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-837-X
- Переводчик: Jacek Kozerski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:
Imperator, widząc niepowodzenie swego planu i to, jak Yezda na każdym odcinku linii frontu wypierają jego upadłych na duchu żołnierzy, wydał rozkaz odwrotu do obozu, który opuścił tak pełen nadziei. Wykorzystując swoją większą ruchliwość oraz zamieszanie panujące na lewym skrzydle, Yezda zaczęli przemykać małymi oddziałami za flankę imperialnej armii. Jeśli przedostałoby ich się tam dość, by odciąć Videssańczyków od ich bazy, to to, co wyglądało na nie rozstrzygniętą partię, szybko zmieniłoby się w klęskę.
Mavrikios nie zamierzał rezygnować z walki. Videssańczycy mogli przegrupować się pod osłoną polowych fortyfikacji i przystąpić do bitwy następnego ranka.
Przez chwilę Marek nie potrafił rozpoznać sygnału, jaki zagrały bębny i piszczałki. „Odwrót”, z oczywistych powodów, nie należał do manewrów zbyt często przeprowadzanych na musztrze. Kiedy uświadomił sobie, co oznacza ten sygnał, prawidłowo odczytał zamiary Mavrikiosa. — Jutro ruszymy na nich znowu — przepowiedział Gajuszowi Filipusowi.
— Bez wątpienia, bez wątpienia — zgodził się centurion. — Szybciej, szybciej, wy tępe pały! — wrzasnął na legionistów. — Szyk obronny — won stąd, oszczepnicy! Trzymać tych nicponi z dala od nas. — Jego furia brała się bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby; Rzymianie zgrabnie przegrupowali się w formację obronną.
— To oznacza, że uciekamy, czy tak? — zapytał zaskoczony Viridoviks. — To nie ma sensu. Rzeczywiście, nie pobiliśmy tych drani, ale też nikt nie może powiedzieć, że oni nas pobili. Zostańmy i wyjaśnijmy to sobie do końca. — Machnął mieczem w stronę Yezda.
Gajusz Filipus westchnął, otarł pot z twarzy, potarł z roztargnieniem rozcięcie na lewym policzku. Miał równie wojowniczą duszę jak Celt, lecz zwracał większą uwagę na niekiedy bolesne realia pola bitwy. — Nie pobili nas, prawda — powiedział. — Lecz chwiejemy się na całej linii, a bogowie tylko wiedzą, co dzieje się tam. — Machnął lewą ręką. — Lepiej wycofać się w porządku, niż rozpaść się próbując dotrzymać pola.
— To zimnokrwisty styl walki, pewne jak nic. A jednak we wszystkim można znaleźć jaśniejszą stronę — teraz będę mógł właściwie posolić tego tu kochasia. — Klepnął czule głowę Yezda przywiązaną do pasa. Tego było za wiele nawet dla twardego centuriona i Gajusz Filipus splunął z obrzydzeniem.
Planowany odwrót podczas toczącej się walki jest chyba najtrudniejszym do przeprowadzenia manewrem na polu bitwy. W oczach żołnierzy odwrót równa się klęsce i tylko najsilniej wpojona dyscyplina nie dopuszcza do nich paniki. Videssańczycy i ich zaciężni sprzymierzeńcy wykonywali manewr lepiej, niż Marek mógł się spodziewać po tak niejednorodnym wojsku. Chronieni kolczastym płotem oszczepów zaczęli odrywać się od przeciwnika, cofając się tu krok, tam dwa, zabierając po drodze rannych, zawsze zwróceni do wroga litym frontem walczących.
— Stójże, powoli! — Marek chwycił uzdę wierzchowca Senpata Svioda. Młody Vaspurakańczyk miał właśnie zaszarżować na jakiegoś Yezda, zuchwale paradującego na koniu nie dalej jak trzydzieści kroków od nich.
— Puść mnie, przeklęty!
— Dostaniemy go jutro — na dzisiaj zrobiłeś już swoje. — Była to szczera prawda; piękny pleciony hełm Svioda zwisał luźno nad jednym uchem, roztrzaskany, a prawą łydkę spowijał prowizoryczny bandaż pokazując, że walka nie do końca przebiegała tak, jakby sobie tego życzył. Jednak wciąż miał ochotę na więcej; wbił ostrogi w swego wierzchowca, by poderwać go dęba i wyrwać się z uchwytu trybuna.
Skaurus trzymał mocno. — Jeśli nie ma odwagi, by zbliżyć się do nas, zostaw go. Teraz musimy tylko utrzymać ich z dala od siebie, a wszystko będzie dobrze.
Spojrzał wściekle na buntowniczego Vaspurakańczyka. Swoim legionistom mógł po prostu rozkazywać, lecz Senpatowi Sviodo daleko było do ich posłuszeństwa, i — żeby oddać mu sprawiedliwość — miał bez porównania więcej powodów, by nienawidzić tego szczerzącego zęby Yezda niż Rzymianie. — Wiem, z jaką radością rozciągnąłbyś jego flaki na piasku, lecz co będzie, jeśli wpakujesz się w tarapaty? Nie mówię już o tym, jakim smutkiem napełniłoby to twoją żonę, ale weź pod uwagę, że musielibyśmy cię ratować, ryzykując odcięcie od cofającej się armii.
— Nie mieszaj do tego Nevraty! — rzekł gwałtownie Sviodo. — Gdyby tu była, razem ruszylibyśmy na tę świnię. A co do reszty, to nie potrzebuję waszej pomocy i nie chcę jej. Nie obchodzicie mnie, wszyscy razem i każdy z osobna!
— Lecz czy jej chcesz, czy nie, i tak miałbyś ją, ponieważ ty nas obchodzisz, chłopcze. — Marek puścił uzdę. — Rób, psiakrew, co ci się podoba — ale nawet Viridoviks jest z nami, zauważ.
Przez chwilę nikt się nie odzywał. — Jest, naprawdę? — Chichot Senpata Svioda nie brzmiał tak radośnie jak wówczas, zanim armia wkroczyła do spustoszonego Vas-purakanu, lecz Marek wiedział już, że zdołał postawić na swoim. Sviodo zawrócił wierzchowca i pokłusował do linii Rzymian, która zdołała oddalić się o kolejne dwadzieścia kroków w czasie, kiedy on i Skaurus się kłócili.
Trybun podążył za nim nieco wolniej, starając się zobaczyć — na tyle, na ile mógł — do jakiego stopnia armia zdołała zachować zwartość przy odwrocie. Doprawdy, szło lepiej, niż śmiał mieć nadzieję; nawet lewe skrzydło zdawało się trzymać całkiem dobrze. — Wiesz — powiedział, zrównując się z Vaspurakańczykiem — zaczynam wierzyć, że to może się udać.
Avshar obserwował Ortaiasa Sphrantzesa, który galopował wzdłuż lewego skrzydła videssańskiej armii w stronę środka szyku. I chyba się uśmiechał pod zwojem zakrywającym mu twarz.
— Równać do szeregu! Zachować porządek! — wołał Sphrantzes, machając energicznie do swoich ludzi. Rzemiosło wojenne było tak podniecające, jak się spodziewał, choć wprawdzie nieco trudniejsze. Decyzje musiało się podejmować natychmiast, a zdarzenia na polu bitwy z trudem dawały dopasować się do zgrabnych schematów nakreślonych przez Mindesa Kalokyresa. A kiedy pasowały, zmieniały się tak szybko, że rozkazy często okazywały się bezużyteczne już w chwili, kiedy zostały wydane.
Szlachcic wiedział, że kilkakrotnie dał się wyprowadzić w pole, tracąc w rezultacie żołnierzy. Bolało go to; nie były to symbole rysowane na pergaminie ani figury, które dawało się bez śladu zdjąć z planszy, lecz ludzie, którzy walczyli, krwawili i umierali po to, by on mógł nauczyć się tego rzemiosła.
Jednak oceniając całość, nie uważał, by szło mu źle. Kilkakrotnie przerwano front, jednak nigdy nie okazało się to czymś poważnym — nie miał pojęcia, że wciąż jeszcze dowodzi z powodu jednego z tych ataków, który przerwał front i zatrzymał Czerwonego Zeprina. Sama jego obecność, tego był pewien, robiła wiele, by dodać otuchy jego ludziom. Wiedział, jaki wspaniały wojenny obraz tworzył, galopując na koniu w pozłacanym hełmie i zbroi, z połyskującym rapierem o wykładanej drogimi kamieniami rękojeści, i w wojskowej opończy, powiewającej za nim na wietrze.
To prawda, przeżył pełen grozy chwile, kiedy Avshar rzucił swoje czary, by zabić Nephona Khoumnosa. Lecz nawet okryty bielą nikczemnik okazywał mu szacunek, na jaki zasługiwał, śledząc go nieustannie, gdy przebiegał na koniu wzdłuż linii frontu.
Zrobił wszystko, krótko mówiąc, czego w granicach rozsądku można oczekiwać od generała… z wyjątkiem walki.
W szeregach wroga zagrzmiały rogi. Sphrantzes wykrzywił pogardliwie wargi słysząc ich pełen dysonansów ryk. Nagle pogarda zniknęła z jego twarzy i zastąpiło ją przerażenie. Tysiąc Yezda mknęło prosto na niego, a na ich czele pędził Avshar.