Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]

Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:

W 46 roku p.n.e. rzymski legion pod wodzą Marka Emiliusza Scaurusa podczas zwiadu w Galii natyka się na nieprzyjacielskie oddziały Celtów kierowane przez Viridoviksa. Przywódcy wrogich wojsk postanawiają sami stoczyć pojedynek. Jednak w chwili gdy krzyżują swe identyczne, pokryte druidzkimi runami miecze, wszyscy Rzymianie po krótkim oślepieniu tajemniczą jasnością odkrywają, że znajdują się w innym świecie.
1 ... 93 94 95 96 97 98 99 100 101 ... 104
Перейти на страницу:

Bratanek Sevastosa zbliżał się do porywającego zakończenia swej przemowy. — Niech nikt, kto kocha przyjemności zbytku, nie weźmie udziału w obrzędach wojny, i niech nikt nie rozpocznie boju z myślą o łupach. Trzeba kochać niebezpieczeństwo, żeby szukać swego miejsca w bitwie pomiędzy dwiema armiami. Chodźmy, zwieńczmy wreszcie słowa czynami i rozwińmy naszą teorię w bitewną linię!

Przerwał w oczekiwaniu na oklaski, jakie otrzymali już obaj Gavrasowie. Rozległo się parę klaśnięć i jeden czy dwa okrzyki, lecz nic więcej. — Rzeczywiście ma mózg jak j groszek — burknął Gajusz Filipus. — Wyobrażać sobie, że zakaże armii najemników brania łupów! Jestem zaskoczony, [ że nie kazał im przy okazji przestać pić i pieprzyć.

Z wyrazem przygnębienia na twarzy, Sphrantzes podjechał z powrotem do szeregu. Nephon Khoumnos znalazł się zaraz przy nim, by klepnąć go po okrytych zbroją plecach i spróbować jakoś pocieszyć — oraz, jak wiedział Marek, by uchronić armię przed iskrami dowcipu młodego j wodza.

Teraz już nie mogło to długo trwać. Wreszcie wszystkie i przemowy zostały wygłoszone, obie armie znowu posuwały się naprzód, a najbardziej wysunięci jeźdźcy już zaczęli] zasypywać się strzałami. Skaurus poczuł znajomy uciski w brzuchu i stłumił go odruchowo. Właśnie te chwile tuż przed rozpoczęciem walki — były dla niego najgorsze. Gdy już się zaczęła, nie starczało czasu na strach.

Yezda przeszli w kłus. Marek widział słońce rozbłyskujące na ich hełmach, obnażonych mieczach i ostrzach włóczni, widział uniesione wysoko chorągwie i żerdzie z końskimi ogonami. Nagle zamrugał i przetarł oczy; Rzymianie wokół niego krzyknęli ze zdumienia i trwogi. Zbliżająca się linia nieprzyjaciół migotała jak płomień świecy na wietrze, raz wyraźna, raz na wpół widoczna, jak gdyby przez mgłę, to znowu znikająca bez śladu. Trybun ścisnął rękojeść miecza aż mu kłykcie pobielały, lecz nie! dało mu to poczucia bezpieczeństwa. Jak miał uderzyć] w nieprzyjaciół, których nie potrafił dostrzec?

Choć wydawało się, że trwa to całą wieczność, Yezda nie mogli pozostawać niewidoczni dłużej niż przez kilka uderzeń serca. Przez krzyk swoich ludzi, Skaurus usłyszał przeciwzaklęcia, które wykrzykiwali czarodzieje towarzyszący imperialnej armii. Wróg pojawił się znowu, tak wyraźny i solidny, jak gdyby nigdy przedtem nie rozmył się w powietrzu.

— Wojenna magia — rzekł drżącym głosem trybun.

— Bez wątpienia — przytaknął Gajusz Filipus. — Choć nie zadziałała, bogom niech będą dzięki. — Mówił z roztargnieniem, nie odwróciwszy się, by spojrzeć na Skaurusa. Całą swoją uwagę skupił na Yezda, którzy kiedy ich fortel zawiódł, popędzili konie szarżując na Videssańczyków. — Tarcze w górę! — krzyknął centurion, gdy strzały sypnęły się łukiem ku Rzymianom.

Marek nigdy dotychczas nie musiał stawiać czoła takiemu gradowi strzał. Jakaś strzała bzyknęła mu gniewnie tuż koło ucha; inna uderzyła w jego scutum z taką siłą, że aż cofnął się o krok. Dźwięk jaki wydawały, gdy nadlatywały z sykiem i uderzały w tarcze i pancerze, przypominał odgłos deszczu padającego na metalowy dach. Jednak ludzie nigdy nie wrzeszczeli ani nie skręcali się, kiedy deszcz spadał na ich miękkie, wrażliwe ciało.

Yezda pędzili naprzód w grzmocie kopyt, już na tyle blisko, że trybun widział ich uważne twarze, gdy kierowali konie w stronę luk, jakie uczyniły ich strzały. — Pila — krzyknął, i chwilę później: — W nich!

Ludzie spadali z siodeł, by zawirować krótko w powietrzu, lub osuwali się z grzbietów koni, które wlokły ich za sobą ku czerwonej śmierci. Zatem strzemiona mają jednak wady, pomyślał Skaurus. Konie również padały albo rozbiegały się na wszystkie strony, kiedy traciły jeźdźców. Zderzały się z tymi, które biegły obok, i przewracały je z łomotem na ziemię. Wojownicy pędzący w drugiej linii, nie mogąc powstrzymać na czas swoich wierzchowców, potykali się na powalonych albo rozpaczliwie ściągali wodze, by przeskoczyć przeszkodę, która nagle przed nimi wyrosła — i stawali się łatwym celem dla przeciwników.

Salwa Rzymian wstrząsnęła przerażającym impetem szarży Yezda, lecz przecież nie zatrzymała, bo nie mogła zatrzymać jej zupełnie. Wyjąc jak opętani, koczownicy zderzali się z żołnierzami, którzy zagradzali im drogę. Jakiś wojownik z krzaczastą brodą i pałaszem w ręku zamachnął się na trybuna z siodła. Skaurus przyjął cios na tarczę i sam ciął koczownika w nogę, pozostawiając ziejącą ranę na jego udzie i przy okazji kalecząc konia.

Krzyk bólu jeźdźca i przerażony kwik konia zlały się w jedno. Nieszczęsne zwierzę stanęło dęba, odsłaniając ociekający krwią brzuch. Z głuchym uderzeniem wbiła się weń strzała. Koń obrócił się na zadnich nogach i upadł, przygważdżając pod sobą jeźdźca. Pałasz wypadł z jego bezwładnej ręki, gdy uderzył o ziemię.

Z prawej strony, z odległości kilkuset kroków, doszły do Marka stłumione okrzyki, gdy Namdalajczycy rzucili się naprzód na atakujących ich Yezda. Przez chwilę czynili straszliwą rzeź, rażąc mieczami i lancami, i przewracając nieprzyjaciół samym impetem swej szarży. Jak odgryzające się niedźwiedziowi wilki, koczownicy ustąpili przed nimi, lecz nawet w odwrocie ich śmiercionośne strzały zbierały swe żniwo.

Ponownie Yezda próbowali uderzyć na Rzymian i znowu oszczepy ciśnięte w zdyscyplinowanej salwie przez legionistów załamały ich szarżę, zanim zdołała ich rozbić. — Chciałbym mieć więcej ciężkozbrojnych oszczepników — westchnął Gajusz Filipus. — Nic tak pewnie nie osadziłoby tych drani jak linia hastati, — Jednak hasta wychodziła z użycia w rzymskich armiach i niewielu legionistów umiało się nią posługiwać.

— Tak samo mógłbyś chcieć gwiazdki z nieba — odpowiedział Marek, zmuszając do ucieczki jakiegoś koczownika, który po upadku z konia postanowił walczyć pieszo. Yezda pierzchnął, zanim trybun zdążył z nim skończyć.

Viridoviks, jak zwykle będący sam w sobie małą armią, wyskoczył przed linię Rzymian i wyminąwszy zwodem zamaszyste cięcie jeźdźca, jednym ciosem swej potężnej klingi odrąbał łeb wierzchowca koczownika. Rzymianie krzyknęli tryumfalnie, Yezda z przerażeniem, poruszeni potęgą ciosu.

Jeźdźcowi udało się zeskoczyć z padającego konia, lecz wysoki Celt był już przy nim, jak kot osaczający mysz. Koczownik nic nie mógł zrobić przeciwko zasięgowi ciosów i sile Viridoviksa i w chwilę później jego własna głowa zawirowała w powietrzu, spadając z karku. Pochwyciwszy ociekające krwią trofeum, Gal wrócił do szeregów Rzymian.

— Wiem, że zabieranie głów nie leży w waszym zwyczaju — zwrócił się do Skaurusa — lecz ta będzie miłą pamiątką z walki.

— Możesz zjeść ją na śniadanie, jeśli o mnie chodzi — odkrzyknął trybun. Jego zwykłe opanowanie zostało mocno nadszarpnięte wywołanym walką napięciem.

Nieugięta obrona legionistów i wyczyn Celta, tak okrutny jak ich własne, zniechęciły Yezda do bezpośrednich ataków. Zamiast tego, wycofali się z zasięgu oszczepów i zasypali Rzymian strzałami. Marek najchętniej wydałby rozkaz do ataku na koczowników, lecz zdążył już zobaczyć, co się stało, kiedy kompania Vaspurakańczyków, podobnie atakowana, ruszyła bezładnie na Yezda. Zostali odparci i rozniesieni na strzępy w mgnieniu oka.

Mimo to nie widział żadnego powodu, dla którego Rzymianie mieliby znosić takie cięgi nie oddając ciosu. W tej sytuacji, Skaurus posłał gońca do Laona Pakhymera. Khatrish potwierdził przyjęcie jego prośby kilkakrotnie machnąwszy hełmem nad głową. Wysłał naprzód dwa szwadrony swoich rodaków; tyle tylko, by odeprzeć Yezda poza zasięg strzałów z łuku. Gdy koczownicy wycofali się, Marek wysunął swoją linię, aby wzmóc osłonę sprzymierzeńców, którzy przyszli mu z pomocą.

1 ... 93 94 95 96 97 98 99 100 101 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)