Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #1
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-837-X
- Переводчик: Jacek Kozerski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:
— To dobrze, że roboty przy fortyfikacjach posuwają się tak szybko — rzekł Gajusz Filipus, spoglądając przez mgłę kurzu na zachód. — Nie sądzę, żeby naszej konnicy powodziło się tam zbyt dobrze. Tamte przeklęte bękarty potrafią jeździć — a w ogóle, ilu ich tam jest?
Na to Skaurus nie potrafił odpowiedzieć. Kurz i odległość uniemożliwiały określenie liczby tych, którzy brali udział w walce. Co więcej, zarówno Yezda, jak ich kuzyni Khamorthci walczący pod sztandarem Imperatora, mieli ze sobą zapasowe wierzchowce, co zapewniało im świeżego konia każdego dnia, lecz również tworzyło wrażenie, że jest ich o wiele więcej niż w rzeczywistości.
Pomijając sprawę liczebności, centurion miał niestety rację. Namdalajczycy mogli przewyższać Yezda w bezpośrednim starciu, a Khamorthci dorównywać im w szybkości. Lecz Videssańczycy, którzy tworzyli podstawowy trzon imperialnej kawalerii, nie potrafili rozbić ich w starciu bezpośrednim ani nie mogli równać się z nimi w walce podjazdowej. Początkowo wolno, lecz jednak, jeźdźcy Mavrikiosa zaczęli cofać się, a potem chować za umocnieniami, które ich towarzysze wciąż jeszcze uzupełniali.
Marek usłyszał ochrypłe okrzyki tryumfu, kiedy Yezda ruszyli w pościg. Zgromadziwszy się w zbyt dużej liczbie, by wjechać naraz, Videssańczycy i najemnicy stłoczyli się przy sześciu bramach wiodących do imperialnego obozu. Ich przeciwnicy, wykrzykując z radości, słali jedną salwę strzał za drugą w te łatwe cele. Ludzie jak gdyby w zwolnionym tempie osuwali się z siodeł; konie kwiczały trafione strzałami. Zranione zwierzęta wyrywały się na wszystkie strony, potęgując chaos panujący wokół bram.
Co gorsza, w panującym zamęcie i gasnącym świetle dnia, żołnierze w obozie nie potrafili rozróżnić swoich Khamorthów od atakujących Yezda. Całkiem sporo najeźdźców przedostało się do obozu, gdzie dalej zabijali jak szaleni, dopóki nie zestrzelono ich z siodeł. Skaurus obserwował w pełnym grozy podziwie, jak jakiś Yezda ściął raz za razem trzech videssańskich piechurów, a potem przeskoczył na koniu wysoką po pierś palisadę i zniknął bezpieczny w kurzu.
Zabijano również Khamorthów, mylnie branych przez spanikowanych Videssańczyków za wrogów. Raz czy drugi ich współplemieńcy, widząc swoich towarzyszy umierających na ich oczach, brali doraźny odwet. Nagle wojna w szeregach armii Imperatora stała się równie realną groźbą, co wróg za palisadą.
Dużo później Marek słyszał jak Phostis Apokavkos, relacjonując wydarzenia tej straszliwej nocy, powiedział: — Wolałbym umrzeć, niż przeżyć coś takiego jeszcze raz. — Z dumnego, pewnego siebie wojska, które wyruszyło z Videssos, armia przeistoczyła się we wczesnych godzinach tej nocy w ogarnięty przerażeniem motłoch, tłoczący się za lichymi barykadami, będącymi wszystkim, co chroniło ich przed szponami wroga.
Marek uznał, że gdyby Yezda ruszyli do szturmu natychmiast, siły videssańskie załamałyby się przed nimi jak wiązka suchych patyków. Lecz koczownicy niechętnie myśleli o atakowaniu ufortyfikowanego obozu, a być może nieustanny ruch wewnątrz — w rzeczywistości tak bezsensowny, jak bieganina mrówek w zniszczonym mrowisku — wyglądał jak przygotowania gotowych do boju oddziałów. W każdym razie szturm nie nastąpił i Imperator stopniowo zaczął zaprowadzać porządek w szeregach swoich ludzi.
Zdawał się być wszędzie jednocześnie, już nie w swych uroczystych szatach, lecz w pozłacanej zbroi nad karmazynowymi, imperatorskimi butami. Wyciągał dekowników ze zdradliwego bezpieczeństwa ich namiotów do palisady. Zbyt wiele było w nim z żołnierza, by ustąpił bez walki, mimo trudnej do pozazdroszczenia sytuacji jego armii.
Kiedy znalazł się w rzymskiej części obozu, jego znużona twarz rozjaśniła się w wyrazie pochwały. — Bardzo schludnie — pogratulował Skaurusowi. — Rów, wał obronny, żerdzie — tak, i woda również, to rozumiem — prawdziwy obóz. A jak z duchem twoich ludzi?
— Nie najgorzej, Wasza Wysokość — odparł trybun.
— O to nie ma co się martwić — wtrącił Viridoviks. — Wszyscy ci Rzymianie są zbyt gruboskórni, by się bać.
Gajusz Filipus nastroszył się odruchowo, lecz Imperator machnięciem ręki nakazał ciszę. — Spokojnie tam. W taką noc jak ta byłoby wam o wiele łatwiej, gdybyście tacy byli. Phos świadkiem, sam chciałbym to o sobie powiedzieć. — Nawet czerwony blask obozowych ognisk nie potrafił zarumienić jego twarzy; w ich migoczącym świetle wyglądał blado i staro. Pochyliwszy ramiona jakby pod jakimś wielkim ciężarem, odwrócił się i odszedł.
Jego brat, Sevastokrata, również dodawał ducha oszołomionej armii — na swój własny, bardziej bezpośredni sposób. — Na lewe jajo Phosa! — krzyczał gdzieś niedaleko Marka. — Daj mi ten łuk, ty nieudaczna kupo łajna! — Brzęknęła cięciwa; Thorisin zaklął ogniście, gdy chybił. Strzelił znowu. Gdzieś w mroku jakiś koń kwiknął rozdzierająco w agonii. — Tak! — powiedział Sevastokrata. — Tak to się robi!
Orataias Sphrantzes również pomagał dojść do siebie Videssańskiej armii, choć w dość dziwny sposób. Błąkał się po całym obozie, deklamując takie sentencje, jak: — Miłujący mądrość ludzie — ponieważ nazwałbym was bardziej filozofami niż żołnierzami — powinni pokazać barbarzyńcom, że zapał, który nimi kieruje, jest nieśmiertelny. — I: Dusze Yezda nie są podwójne ani ich ciała nie są z diamentu. Oni również zostali wprowadzeni w misteria śmierci.
To przedstawienie powinno być śmieszne, i rzeczywiście takie było. Ludzie uśmiechali się słuchając, jak młody szlachcic deklamuje swoje frazesy, choć w tym miejscu uśmiechy z trudem pojawiały się na twarzach. Co więcej, bez względu na to, jak nużący był Sphrantzes, mówił też prawdę, i ci, którzy poświęcili czas, by go wysłuchać, nic na tym nie stracili.
Kapłani krążyli po obozie, modląc się z żołnierzami i ponownie odbierając od nich przysięgi na wierność Imperium. Wydawało się, że tej nocy nikogo nie obchodzi, czy jakiś Namdalajczyk uzupełnia swoim dodatkiem obowiązujące w Videssos wyznanie wiary, ani czy mieszkanie Vaspurakanu uważa się za pierworodnego syna wcielenia Phosa. W obliczu niebezpieczeństwa, przynajmniej wszyscy się zjednoczyli.
Kiedy ich o to poproszono, pogańscy Khamorthci również złożyli nowe przysięgi wierności. Nie wysłuchiwali ich kapłani, lecz przed niektórymi z pisarzy Mavrikios przysięgali na swoje miecze, że dochowają wierności Imperatorowi. Już sama ich niechęć, z jaką się do tego odnosili po tragicznym zamieszaniu przy bramach, przekonała Skaurusa, że dotrzymają słowa. Gdyby zamierzali zdradzić — pomyślał — składaliby swoje przysięgi z większą ochotą, by łatwiej zamydlić oczy.
— Witaj, witaj. — To był Nepos, który od kilku minut stał u boku trybuna, nie mogąc zwrócić na siebie uwagi. Mały kapłan wyglądał na tyle poważnie, na ile pozwalały mu jego pulchne, wesołe rysy. Rzekł nieśmiało: — Czy mógłbym prosić ciebie i twoich ludzi, byście na wzór reszty armii złożyli śluby wierności wobec Videssos? O nic was nie podejrzewam ani nie chcę nikogo urazić, lecz ta chwila wydaje się odpowiednia na odnowienie przysięgi wierności.
— Oczywiście. — Skaurus skinął głową. Gdyby tylko Rzymianie zostali w ten sposób potraktowani, przyjąłby to źle, lecz tak jak powiedział kapłan, w obozie wszyscy bez wyjątku potwierdzali swoją lojalność. — Jaka jednak przysięga zadowoliłaby cię? Większość z nas nie wyznaje waszej wiary.