Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #1
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-837-X
- Переводчик: Jacek Kozerski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:
— Zagrzeję! Przygotowałem już przemowę na taki właśnie dzień, skomponowaną dokładnie po to, by rozpalić okrucieństwo w sercach wojowników.
— Doskonale.
Siedzący tuż obok Skaurusa Gajusz Filipus wzniósł oczy do nieba i jęknął, lecz tak cicho, że tylko trybun zdołał go usłyszeć. Starszy centurion wysłuchał już kiedyś fragmentu tej przemowy, przypomniał sobie Marek, i jeśli zrobiła na nim wrażenie, to tylko swoją nieudolnością. Lecz to doprawdy nie miało znaczenia. Skaurus obserwował Nephona Khoumnosa — nominalnie stojącego dość nisko w oficjalnej hierarchii starszeństwa — słuchając z uwagą planu Mavrikiosa, i wręcz widział, jak stary weteran realizuje w myślach poszczególne jego etapy. Wszyscy — wyjąwszy być może Ortaiasa Sphrantzesa — wiedzieli, że w rzeczywistości to on dowodzi lewym skrzydłem.
Na zewnątrz, w ciemnościach zalegających wokół otoczonego obozu, bębny przerwały swój nieharmonijny łomot, przez chwilę milczały, a potem zaczęły na nowo, tym razem wszystkie w zgodnym rytmie: (dum-dum, dum-dum, dum-dum). Dwutaktowa fraza, powtarzana bez końca, obłąkańczo, wypełniała głowę tępym bólem, wybijała szczękające zęby z dziąseł. Ochrypłe głosy Yezda dołączyły do bębnów: (Av-shar! Av-shar! Av-shar! Av-shar!)
Marek poczuł, jak jego ręce zaciskają się w pięści, kiedy zrozumiał monotonny zaśpiew koczowników. Spojrzał na Mavrikiosa, ciekaw jak on na to zareagował. Napotkał wzrok Imperatora, który patrzył na niego spod uniesionej brwi. — Wszystkie figury są już na planszy — powiedział. — Teraz możemy grać.
Dzień zaświtał bezchmurny i upalny; miedzianobarwne słońce wręcz wskoczyło na nieskazitelnie błękitne niebo. Trybuna piekły oczy, kiedy jadł swoją poranną owsiankę. Bębny biły bez chwili przerwy przez całą noc i ten sen, jakiego udało mu się zaznać, był płytki i naszpikowany męczącymi koszmarami. W całym videssańskim obozie ludzie ziewali jedząc śniadanie.
Kwintus Glabrio przeczyścił pustą miskę piaskiem i zapakował z powrotem do swego plecaka. On również ziewał, lecz nie martwił się tym. — O ile wszyscy koczownicy z Yezd nie są głusi, to mieli takie same kłopoty ze snem jak ja — powiedział. Marek skinął głową, doceniając jego zdolność do zachowania właściwego punktu widzenia.
Namioty Yezda leżały rozrzucone na równinie jak wielobarwne muchomory. Na zachód od videssańskiego obozu stały gęściej; wiele gromadził wokół siebie ogromny namiot ze smoliście czarnego wojłoku. Skaurus nie musiał się nad tym zastanawiać, by mieć pewność, że jest to siedziba Avshara. Yezda spływali tam nie kończącym się potokiem. Trybun obserwował, jak ich szyk bojowy nabiera kształtu.
Tak jak się tego obawiał, koczownicy próbowali unieruchomić imperialną armię w obozie, lecz Mavrikios poradził sobie z tym. Łucznicy zza palisady trzymali koczowników na odległość, a kiedy trzy albo cztery miotające dzirytami katapulty spotęgowały ich ostrzał, Yezda wycofali się ku własnym liniom. Wówczas Imperator, tak jak poprzednio, wykorzystał lekką jazdę, by utworzyć zasłonę, za którą jego główne siły mogły ustawić się w szyku bojowym.
Skaurus czuł już, jak pancerz zaczyna ocierać mu wrażliwe od spływającego potu barki, kiedy wreszcie wprowadził swoich legionistów na ich miejsce w Videssańskiej linii. Wzmocnili lewą flankę środkowej części szyku pod dowództwem Mavrikiosa; z kolei po swojej lewej mieli kontyngent kawalerii z Khatrish, który łączył środek z lewym skrzydłem Ortaiasa Sphrantzesa.
Dowódca Khatrishów, szczupły mężczyzna o ospowatej twarzy, imieniem Laon Pakhymer, machnął trybunowi ręką, kiedy go zobaczył. Marek odpowiedział tym samym. Od czasu pierwszego spotkania z Taso Vonesem, trybun polubił Khatrishów. Wolał też, by na jego flance stali oni, a nie ich kuzyni Khamorthci. Niektórzy wojownicy z równin Pardraji znajdowali się w ponurym nastroju, o co zresztą Skaurus nie mógł mieć do nich pretensji po tym, jak przez pomyłkę zostali ostrzelani przez swych sprzymierzeńców.
Viridoviks spoglądał ponad jałową równiną w stronę gromadzących się nieprzyjaciół. Podrapał się po nosie. Jego jasna skóra cierpiała w palących promieniach videssańskiego słońca, czerwieniąc się i niszcząc, zamiast pokrywać się prawdziwą opalenizną. — Nie bardzo to przypomina tę ostatnią awanturę, w której braliśmy udział, nie sądzisz? — zwrócił się do Marka.
— Wcale, prawda? Ranek zamiast nocy, upał zamiast miłego cienia, ta naga kamienista równina zamiast twojej galijskiej puszczy… ba, teraz jesteśmy nawet po tej samej stronie.
— Właśnie — zachichotał Viridoviks. — Nie pomyślałem o tym. Mimo wszystko powinna to być wspaniała bijatyka. — Skaurus żachnął się na takie stawianie sprawy.
Piszczałki świsnęły, a bębny zadudniły, rozkazując imperialnym wojskom ruszyć naprzód. Rzymianie obchodzili się bez takich przygrywek, z wyjątkiem sygnałów granych na zbiórkę, lecz trybun raczej cieszył się z wojskowej muzyki rozbrzmiewającej wokół jego ludzi. Sprawiała, że czuł się mniej samotny; rozpraszała wrażenie, jakby wszyscy ci Yezda właśnie jego wyznaczyli sobie na cel.
Najeźdźcy również ruszyli naprzód, nie wyraźnie wyodrębnionymi oddziałami, lecz wysuwali się to tu, to tam, jak fala zalewająca pagórkowatą plażę. Bez trudu można było rozpoznać Avshara, nawet z odległości dzielącej oba wojska. Postanowił prowadzić swoją armię bardziej z prawego skrzydła niż ze środka, tak jak Mavrikios. Biel jego szat rozbłyskiwała jasno nad sylwetką ogromnego, czarnego jak sadza ogiera, którego dosiadał. Sztandar Yezd łopotał nad jego głową.
— To zła barwa na chorągiew — rzekł Kwintus Glabrio. — Przypomina mi bandaż przesiąknięty skrzepłą krwią. — Porównanie było trafne, lecz i zaskakujące, zważywszy iż wydobyło się z ust rzymskiego oficera. Brzmiało bardziej jak coś, co mógłby powiedzieć Gorgidas.
Gajusz Filipus powiedział: — Pasuje do nich, ponieważ zrobili dość, żeby przesiąkła.
Dwa wojska zbliżyły się mniej więcej na pół mili, kiedy Mavrikios, dosiadający dereszowego rumaka, wyjechał przed swoich ludzi, by do nich przemówić. Spojrzawszy w lewo, a potem w prawo, Marek zobaczył, że Ortaias Sphrantzes i Thorisin robią to samo przed swoimi dywizjami. Yezda zatrzymali się również, kiedy Avshar i inni wodzowie zwrócili się do nich z przemową.
Imperator mówił krótko i do rzeczy. Przypomniał swoim ludziom o krzywdach, jakie Yezd wyrządziło Videssos; powiedział im, że ich bóg walczy po ich stronie — trybun miał ochotę założyć się, że Avshar zapewnił swoich wojowników o tym samym — i w paru słowach naszkicował taktykę, jaką zaplanował.
Trybun nie zwracał większej uwagi na słowa Mavrikiosa — ich przesłanie stało się oczywiste po pięciu czy sześciu zdaniach. Bardziej interesujące okazały się urywki przemowy Ortaiasa Sphrantzesa, które dochodziły do niego wraz z powiewami kapryśnego, wiejącego od południa wiatru.
Przemawiając swoim piskliwym tenorem, młody szlachcic robił co mógł, by zachęcić żołnierzy przy pomocy tej samej sentencjonalnej retoryki, jakiej używał poprzedniej nocy w obozie. — Walczcie każdym członkiem; niech żaden wasz członek nie zetknie się z niebezpieczeństwem! Kampania Yezd ma przeciwko sobie sprawiedliwość, ponieważ pokój jest dla nich czymś wstrętnym, a ich umiłowanie walki jest miłością, która zaszczyca boga żądnego krwi. Niesprawiedliwość nierzadko bywa silna, lecz też często obraca się w perzynę. Będę dowodził bitwą i moim zapałem do walki wesprę wszystkich — wstydzę się pozwalać na cierpienia innych nie cierpiąc samemu…
I tak dalej, i tak dalej. Marek stracił wątek przemowy Sphrantzesa, kiedy Mavrikios skończył swoją i żołnierze za środka szyku wznieśli radosne okrzyki, lecz kiedy wrzawa ucichła, Ortaias wciąż jeszcze rozprawiał. Żołnierze na lewym skrzydle słuchali z pochmurnymi minami, prze-stępując z nogi na nogę i pomrukując do siebie. Spodziewali się i potrzebowali dodającej ducha, gorącej mowy, nie takiego pompatycznego monologu.