Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
Parsknęła sarkastycznie.
– Czym zajmiesz się w następnej kolejności?
– Chyba Voylesem i jego taśmą. Spodziewam się, że Biały Dom zaprzeczy, jakoby ingerował w śledztwo, i jeśli prasa się do tego przyczepi, Voyles ruszy do kontrataku. Zemści się okrutnie. I da mi posłuchać, co nagrał.
– A potem?
– Potem to już same niewiadome. O szóstej rano ruszy konkurencja. Każda gazeta w kraju wepchnie komuś szpilę.
– Zostaniesz gwiazdą – powiedziała z podziwem i bez sarkazmu.
– Jasne. Będę miał swoje piętnaście minut.
Drugi pilot zastukał do drzwi i stanął w progu. Spojrzał na Darby.
– Atlanta – rzuciła.
Pilot zamknął drzwi.
– Dlaczego Atlanta? – spytał Gray.
– Przesiadałeś się kiedyś na lotnisku w Atlancie?
– Jasne.
– I nigdy się nie zgubiłeś?
– Parę razy.
– To znaczy, że spokojnie mogę patrzeć w przyszłość. Zarząd portu lotniczego w Atlancie zatroszczy się o zatarcie śladów po pasażerach.
Grantham wypił resztkę napoju i odstawił puszkę na podłogę.
– A potem dokąd? – Wiedział, że powinien zaczekać, aż sama zechce mu powiedzieć, ale nie potrafił się opanować.
– Odlecę pierwszym samolotem. Pewnie zaliczę, jak poprzednio, cztery lotniska w ciągu jednej nocy. Wiem, że to niepotrzebne, ale będę spokojniejsza. A potem wyruszę gdzieś na Karaiby.
Gdzieś na Karaiby! To znaczy, że będzie miał tylko tysiąc wysp do przeszukania. Ale dlaczego nie chce powiedzieć wprost? Nie ufa mu? To niewiarygodne: siedzi obok niej i masuje jej stopy, a ona nie ma zamiaru mu powiedzieć, dokąd leci!
– Co mam przekazać Voylesowi?
– Zadzwonię do ciebie, kiedy dotrę na miejsce. Albo napiszę…
Świetnie! Zostaną korespondencyjnymi przyjaciółmi! On będzie wysyłał jej swoje artykuły, a ona jemu pocztówki z plaży.
– Chcesz się ukryć przede mną? – zapytał patrząc jej w oczy.
– Nie wiem, dokąd pojadę, Gray. Dowiem się, kiedy będę na miejscu.
– Ale zadzwonisz?
– Kiedyś tak… na pewno…
Na godzinę przed północą w kancelarii White’a i Blazevicha pozostało tylko pięciu prawników. Zebrali się w gabinecie Marty’ego Velmana na dziewiątym piętrze. Oprócz gospodarza byli tam: Sims Wakefield, Jarreld Schwabe, Nathaniel Jones “Einstein” i emerytowany wspólnik Frank Cortz. Na biurku Marty’ego stały dwie butelki szkockiej. Jedna była już pusta, w drugiej zostało trochę alkoholu. “Einstein” siedział samotnie w kącie gabinetu i mruczał coś pod nosem. Jego kręcone, siwe włosy były tego wieczoru bardziej zmierzwione niż zwykle i razem z długim, ostrym nosem nadawały mu wygląd prawdziwego szaleńca. Sims Wakefield i Jarreld Schwabe siedzieli przy biurku, bez krawatów i z podwiniętymi rękawami koszul.
Cortz skończył rozmowę telefoniczną z sekretarzem Victora Mattiece’a. Podał słuchawkę Marty’emu, który odłożył ją na miejsce.
– To był Strider – wyjaśnił Cortz. – Są w Kairze, w apartamencie jakiegoś hotelu. Mattiece nie chce z nami rozmawiać. Strider mówi, że miał atak i zachowuje się bardzo dziwnie. Zamknął się w pokoju i nie ma zamiaru wyjść. Nie muszę chyba dodawać, że nie planuje powrotu na tę stronę oceanu. Strider wydał już polecenie chłopakom z pukawkami, żeby zabierali się z miasta. Pościg został odwołany. “Pelikan” może zacierać ręce.
– Więc co mamy robić? – spytał Wakefield.
– Jesteśmy zdani na siebie – odparł Cortz. – Mattiece odżegnuje się od wszystkiego.
Rozmawiali spokojnie i rzeczowo. Już kilka godzin temu przestali na siebie wrzeszczeć, choć wtedy nie żałowali sobie ostrych słów: Wakefield oskarżał Velmana o napisanie notatki; Velmano oskarżał Cortza o podrzucenie trefnego klienta; Cortz ripostował, że przez dwanaście lat klient nie był trefny i wszyscy cieszyli się z płaconych przez niego honorariów. Schwabe zarzucał Wakefieldowi i Velmanowi beztroskę w posługiwaniu się piórem. Wszyscy obrzucali błotem Morgana, i w tym jednym byli zgodni. “Einstein” siedział w swoim kącie i spoglądał na kolegów milcząco. Teraz mieli to już za sobą.
– Grantham pisze tylko o mnie i Simsie – powiedział Velmano. – Pozostali mogą czuć się bezpieczni.
– Powinniście wyjechać z kraju – orzekł Schwabe.
– O szóstej rano będę w Nowym Jorku – odparł Velmano. – Polecę do Europy i przez miesiąc nie wysiądę z pociągu.
– Ja nie mogę uciec – powiedział Wakefield. – Mam żonę i sześcioro dzieci.
Wakefield już od pięciu godzin płakał nad losem swoich pociech. Wszyscy zresztą mieli rodziny, choć Velmano był rozwiedziony, a jego dwoje dorosłych dzieci umiało troszczyć się o siebie. Dadzą sobie radę. I on da sobie radę. Już wcześniej myślał o emeryturze. Specjalnie na ten cel odłożył sporo pieniędzy, i kochał Europę, szczególnie Hiszpanię, więc czas powiedzieć adios. Żal mu było Wakefielda, który miał dopiero czterdzieści dwa lata i nie był specjalnie bogaty. Oczywiście dobrze zarabiał w firmie, ale ożenił się z bardzo rozrzutną babą, uwielbiającą rodzić dzieci. I w tej chwili nie wiedział, co począć.
– Co robić? – powtarzał. – Co robić?
Schwabe starał się okazać mu serce:
– Powinieneś pojechać do domu i powiedzieć o wszystkim żonie. Ja nie mam żony, ale gdybym miał, spróbowałbym przygotować ją na cios.
– Nie mogę… nie mogę tego zrobić – jęczał Wakefield.
– Nie masz wyjścia. Albo zrobisz to sam, albo za sześć godzin zobaczy twoje zdjęcie na pierwszej stronie gazety. Musisz jej powiedzieć, Sims!
– Nie mogę… – zaszlochał.
Schwabe spojrzał na Velmana i Cortza.
– Co będzie z moimi dziećmi…? – użalał się Wakefield. – Najstarszy syn ma już trzynaście lat… – Potarł oczy.
– Przestań, Sims. Weź się w garść! – napomniał go Cortz.
“Einstein” wstał i podszedł do drzwi.
– Jadę do siebie, na Florydę. Nie dzwońcie, chyba że będzie coś pilnego. – Wyszedł i trzasnął drzwiami.
Wakefield stał i kołysał się na piętach. W końcu ruszył za “Einsteinem”.
– Dokąd idziesz, Sims? – spytał Schwabe.
– Do siebie, do gabinetu.
– Po co?
– Muszę się położyć.
– Zawiozę cię do domu – zaproponował Schwabe.
– Nie trzeba. Nic mi nie jest – powiedział raźnym głosem. Zamknął za sobą drzwi.
– Myślisz, że da sobie radę? – Schwabe spojrzał na Velmana. – Martwię się o niego.
– Nie wiem, czy da sobie radę – odparł zapytany. – Trzeba na niego uważać. Zajrzyj do niego za kilka minut.
– Jasne – oparł Schwabe.
Wakefield wszedł pewnym krokiem na klatkę schodową i ruszył na niższe piętro. Zbliżając się do gabinetu, przyśpieszył. Kiedy zamykał za sobą drzwi, jego twarz wykrzywił spazmatyczny grymas.
“Zrób to szybko! Żadnego listu! Jeśli zaczniesz go pisać, przejdzie ci chęć na działanie. Jeśli nie będzie listu, dostaną milion z polisy”. Otworzył szufladę biurka. “Nie myśl o dzieciach. To będzie tak, jakbyś zginął w katastrofie lotniczej”. Spod segregatora wyciągnął pistolet. “Szybko! Nie patrz na ich zdjęcie na ścianie!”
Może kiedyś zrozumieją. Wsadził lufę do ust i pociągnął za spust…
Limuzyna zatrzymała się gwałtownie przed piętrowym domem w Dumbarton Oaks, na przedmieściach Georgetown. Zatarasowała ulicę, co zresztą nikomu nie przeszkadzało, bo dwadzieścia minut po północy nie było tu żadnego ruchu. Z samochodu wyskoczył Voyles w towarzystwie dwóch agentów. Podeszli szybko do frontowego wejścia. Voyles trzymał w ręku gazetę. Załomotał pięścią do drzwi.