Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
– Czy to pana osobisty samolot i ręczy pan za pilotów?
– Tak.
– Skąd startuje?
– Z bazy lotnictwa Andrews.
– Zrobimy tak: wsiądę do samolotu, który oficjalnie leci do Denver. Na pokładzie będę tylko ja, Gray i piloci. Po trzydziestu minutach od startu powiem pilotom, żeby zmienili kurs i polecieli… powiedzmy do Chicago. Czy to możliwe?
– Pierwszy pilot musi przed startem podać trasę przelotu.
– Wiem, ale pan jest dyrektorem FBI i nie musi nic.
– Fakt. Co dzieje się po wylądowaniu w Chicago?
– Wysiadam sama z maszyny, która z Granthamem na pokładzie wraca do Andrews.
– I co dalej?
– Gubię się na lotnisku i odlatuję pierwszym samolotem za granicę.
– W porządku. Nie musisz się gubić, dałem słowo, że nie będziemy cię śledzić.
– Pamiętam. Mam nadzieję, że nie weźmie mi pan za złe tych środków ostrożności.
– Umowa stoi. Kiedy chcecie polecieć?
– Kiedy? – Spojrzała na Graya.
– Muszę jeszcze raz przejrzeć artykuł i dodać komentarz pana Voylesa. Za godzinę.
– Za godzinę – powtórzyła.
– Zaczekam.
– Czy możemy porozmawiać… sami? – spytała Voylesa wskazując brodą Granthama.
– Oczywiście. – Chwycił prochowiec i stanął przy drzwiach. Uśmiechnął się.
– Jest pani niezwykłą osóbką, panno Shaw. Dzięki pani inteligencji i odwadze schwytamy jednego z najpodlejszych ludzi, jakich zna historia tego kraju. Jestem pełen podziwu. I obiecuję, że zawsze będę z panią szczery.
Wsadził sobie cygaro w uśmiechnięte usta i wyszedł.
– Myślisz, że nic mi nie grozi? – zapytała Darby.
– Wierzę mu, Darby. Jego ludzie wyprowadzą cię stąd. Zobaczysz, wszystko będzie dobrze.
– Pojedziesz ze mną, prawda?
– Jak możesz pytać?
Podeszła i objęła go. Przytulił ją i zamknął oczy.
O siódmej redaktorzy zebrali się po raz ostatni w czwartkowy wieczór. Przeczytali szybko nową część artykułu z komentarzem Voylesa. Feldman spóźnił się trochę. Kiedy nadszedł, na jego twarzy gościł szeroki uśmiech.
– Nie uwierzycie w to, co wam zaraz powiem – zaczął. – Przed chwilą odebrałem dwa telefony. Najpierw zadzwonił Ludwig. Prezydent dopadł go w Chinach i błagał o wstrzymanie artykułu o dwadzieścia cztery godziny. Ludwig mówi, że facet był bliski łez. Jako dżentelmen i dobry obywatel, wysłuchał cierpliwie głowy państwa, a potem odmówił. Następnie zadzwonił sędzia Roland, którego znam od lat. Chłopcy od White’a i Blazevicha oderwali go od obiadu i zażądali umożliwienia złożenia pozwu przeciwko nam jeszcze dziś wieczorem oraz natychmiastowego przesłuchania stron. Sędzia Roland wysłuchał ich i dał do zrozumienia, że jutro też jest dzień, czyli odesłał do wszystkich diabłów.
– Maszyny w ruch! – krzyknął Krauthammer.
ROZDZIAŁ 43
Wystartowali bez problemów i odrzutowiec pomknął na zachód – do Denver, jak usłyszała kontrola lotów. Samolot był wygodny, choć daleko mu było do luksusu, co było całkiem zrozumiałe, ponieważ należał do podatników i służył człowiekowi nie dbającemu o sprawy doczesne. W szafce nie było ani grama alkoholu, co stwierdził Gray. Zirytowało go to, bo był przecież na pokładzie gościem i umierał z pragnienia. W lodówce znalazł niezbyt dobrze schłodzony napój orzeźwiający i podał puszkę Darby. Kapsel strzelił niczym korek od szampana.
Odrzutowiec wyrównał lot. W drzwiach kabiny stanął drugi pilot. Był uprzejmy i najpierw się przedstawił.
– Powiedziano nam, że kilka minut po starcie będziemy zmieniać kurs.
– Zgadza się – odrzekła Darby.
– Wobec tego za jakieś dziesięć minut potrzebne nam będą nowe parametry lotu.
– W porządku.
– Czy macie na pokładzie jakąś wódkę? – spytał Gray.
– Niestety nie. Pan Voyles jest abstynentem. – Drugi pilot uśmiechnął się i wrócił do kokpitu.
Darby i jej długie nogi zajmowały większą część krótkiej sofy. Gray usiadł obok i ułożył jej nogi na swoich kolanach. Czerwone paznokcie! Głaskał jej kostki i był szczęśliwy: pozwoliła mu dotknąć stóp! Spełniało się jego marzenie – prawdziwe misterium bliskości. Darby tylko się uśmiechała.
– Bałaś się? – zapytał.
– Tak, a ty?
– Jasne, chociaż byłem pewien, że nic nam nie grozi. Wiem teraz, jak bezpiecznie poruszać się w towarzystwie sześciu uzbrojonych facetów, którzy osłaniają cię własnym ciałem. A kiedy jedzie się furgonetką bez okien, można nareszcie nie myśleć o tym, że ktoś cię śledzi.
– Voylesowi bardzo się to podobało, nie sądzisz?
– Oczywiście. Zachowywał się jak Napoleon przed bitwą. Wydawał rozkazy jak prawdziwy wódz. Dla niego to wielka chwila. Rano dostanie lekkiego prztyczka w nos, ale spłynie to po nim jak woda po gęsi. Jedyną osobą, która może go zwolnić, jest prezydent, a śmiem twierdzić, że w tej chwili Voyles ma go w garści.
– Wie także, kto zabił. Dla detektywa nie ma większego szczęścia.
– Poza tym załatwiliśmy mu kolejne dziesięć lat u żłobu. Biada mi!
– Wiesz, uważam, że w gruncie rzeczy to przyzwoity facet – powiedziała. – Na początku nie podobał mi się, ale zmieniłam zdanie. Być może jest świetnym aktorem, ale robi wrażenie przyzwoitego gościa. Kiedy mówił o Verheeku, miał nawet łzy w oczach.
– Daj spokój, Darby. Voyles to twardziel. Niedługo przekona się o tym pan Fletcher Coal.
Miała długie, szczupłe nogi, o idealnym kształcie. Gładził jej stopy i czuł się jak uczniak na pierwszej randce. Nogi były blade, potrzebowały słońca. Wiedział, że za kilka dni cała Darby opali się na brąz. Nie miał pojęcia, dokąd chce polecieć, i martwił się tym. Widać jednak tak miało być. Może zresztą jeszcze sama nie wie…?
Darby ta sytuacja skojarzyła się z Thomasem. Callahan stawiał butelkę obok łóżka i popijając co chwila malował dziewczynie paznokcie. Teraz – w pędzącym z szumem silników odrzutowcu – wspomnienie to wydawało się bardzo odległe. Thomas nie żył dopiero od dwóch tygodni, lecz jej zdawało się, że upłynęły lata. Tyle wydarzyło się od tamtej pory… Lepiej, że wyjeżdża. Gdyby została w Tulane, musiałaby przechodzić koło jego biura, oglądać sale, w których uczył, rozmawiać z jego kolegami profesorami, mijać dom, w którym mieszkał, a wtedy ból byłby nie do zniesienia. Wspomnienia bywają czymś wspaniałym, ale później. Kiedy jest się w żałobie, są zbyt bolesne.
Inny mężczyzna masował teraz jej stopy. Początkowo wyglądał na osła, był zadziorny i wszystkiego się czepiał – typowy reporter. Szybko jednak odtajał, a pod skorupą lodu odkryła człowieka o gołębim sercu.
– Jutro twój wielki dzień – powiedziała.
Gray upił łyk napoju z puszki. Dałby słony napiwek za zieloną butelkę importowanego zimnego piwa.
– Wielki dzień – powtórzył, podziwiając jej stopy. “Dzień będzie taki, że nawet nie potrafisz sobie tego wyobrazić, maleńka, ale nie warto o tym mówić”. W tej chwili liczyła się tylko ona.
– Powiedz mi, jak to będzie wyglądać – poprosiła.
– Wrócę do biura i zaczekam na ekspedycję gazety. Smith mówił, że zostanie do rana. Cała redakcja przyjdzie bardzo wcześnie. Usiądziemy w sali konferencyjnej, przed włączonym telewizorem, i będziemy się delektować spustoszeniami, jakie poczyniliśmy. Będziemy tarzać się ze śmiechu, słuchając oficjalnej reakcji Białego Domu. White z Blazevichem też powinni dać głos. Nie znają Mattiece’a. Prezes Runyan wygłosi komentarz. Departament Sprawiedliwości powoła skład rozpoznający sprawę. Politycy wpadną w szał. Kongres zwoła pięćdziesiąt konferencji prasowych. Słowem, dzień zapowiada się interesująco. Masz czego żałować.