Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
– Gray, podejdź tu, proszę.
– O co chodzi? – Grantham stanął przy oknie. Pokazała mu mężczyznę w czarnej czapeczce.
– Przypatrz mu się uważnie – poleciła. – I powiedz mi, co robi?
– Pije… chyba kawę… opiera się o ścianę i patrzy… na nasz budynek!
– W co jest ubrany?
– W dżins od góry do dołu. Na głowie ma czarną czapkę. Na nogach kowbojskie buty. Dlaczego pytasz?
– Przed godziną widziałam, jak stoi pod hotelem. Był częściowo zasłonięty furgonetką, ale to ten sam. Teraz znalazł się tutaj.
– I co…?
– A to, że nie robi nic innego, tylko łazi po ulicy i gapi się na budynki, do których wchodzimy.
Gray kiwnął głową. Nie czas na zadawanie głupich pytań. Facet wyglądał podejrzanie, a Darby miała nosa. Przez dwa tygodnie ścigali ją od Nowego Orleanu po Nowy Jork. Dlaczego nie mieliby pojawić się w Waszyngtonie? Dziewczyna lepiej od niego orientowała się w tych sprawach.
– Słucham… Co o nim sądzisz, Darby?
– Podaj mi choć jeden powód, dla którego ten człowiek, nie włóczęga przecież, robi to, co robi.
Mężczyzna spojrzał na zegarek i ruszył chodnikiem. Po chwili zniknął im z oczu. Darby sprawdziła czas.
– Jest dokładnie pierwsza – powiedziała. – Będziemy wyglądać na ulicę co piętnaście minut, dobrze?
– W porządku, choć nie sądzę, żeby to byli oni. – Chciał ją pocieszyć, ale nie udało mu się.
Usiadła przy stole i zabrała się do pracy. Gray obserwował ją przez chwilę, a potem wrócił do komputera.
Oderwał się od klawiatury po piętnastu minutach i podszedł do okna. Darby spoglądała na niego spod oka.
– Nie widzę go – oznajmił.
Zobaczył go o wpół do drugiej.
– Darby…
Wyjrzała przez okno i wbiła wzrok w czarną czapeczkę. Facet narzucił na plecy zieloną wiatrówkę i stał tyłem do nich. Wyglądało to bardzo podejrzanie. Przeszedł kilka kroków i zatrzymał się obok ciężarówki. Zapalił papierosa i spojrzał na drzwi wejściowe. Omiótł wzrokiem chodnik przed budynkiem.
– Dlaczego gniecie mnie w żołądku? – spytała Darby.
– Ale skąd się tu wzięli? Przecież to niemożliwe…
– Wiedzieli, że jestem w Nowym Jorku.
– Może chodzą za mną? Mówiono mi, że ktoś mnie śledzi. Na pewno wysłano go, żeby sprawdził, czy pokażę się w redakcji. Skąd mieliby wiedzieć, że ty jesteś tutaj? To ja go zwabiłem.
– Niewykluczone – wycedziła.
– Poznajesz go?
– Nie wiem. Nigdy mi się nie przedstawiali.
– Posłuchaj, zostało nam trzydzieści minut. Skończmy pisać, a potem zajmiemy się tym gościem.
Wrócili do pracy. Za piętnaście druga Darby podeszła do okna. Facet zniknął. Drukarka rzucała na papier pierwszą wersję artykułu.
Redaktorzy czytali z ołówkami w dłoniach. Litsky czytał dla przyjemności. Artykuł sprawiał mu większą radość niż pozostałym.
Była to długa historia i Feldman ciął ją niemiłosiernie niczym chirurg. Smith Keen dopisywał coś na marginesach. Krauthammer nie miał żadnych zastrzeżeń.
Czytanie zajęło im sporo czasu. Gray nanosił kolejne poprawki. Darby stała przy oknie. Facet w czarnej czapeczce wrócił na wartę. Tym razem miał na sobie granatową kurtkę. Zapomniał zmienić spodnie. Na dworze było pochmurno, chłodno i mężczyzna popijał gorącą kawę. Co jakiś czas przytupywał, jakby marzły mu stopy. Upijał łyk kawy, rzucał okiem na “Posta”, potem na ulicę i znów na budynek. Dokładnie kwadrans po drugiej zaczął kogoś wypatrywać.
Samochód zatrzymał się kilka jardów za wartownikiem. Z tyłu wysiadł dobry znajomy Darby. Auto ruszyło z piskiem opon, a przybysz rozejrzał się po ulicy. Utykając lekko, podszedł do mężczyzny w czarnej czapce. Wymienili parę słów i Tucznik ruszył ku skrzyżowaniu Piętnastej i L. Ten w czarnej czapce został na miejscu.
Rozejrzała się po sali. Wszyscy byli pochłonięci czytaniem. Tucznik zniknął i nie mogła pokazać go Grayowi, który studiował własne dzieło z uśmiechem na twarzy. Nie… nie szukali reportera. Czekali na nią!
Musieli być zdesperowani. Wystawali na ulicy, czekając na cud, łudząc się, że ofiara wyjdzie z budynku i trafi prosto w ich łapy. Bali się. Tymczasem ona opowiedziała już o wszystkim i rozdała kopie raportu. Jutro rano rozpęta się piekło. Muszą temu zapobiec. Taki dostali rozkaz.
Stała w pokoju pełnym mężczyzn i drżała ze strachu.
Feldman skończył ostatni.
– Znalazłem tylko drobiazgi do poprawienia. Nie powinno nam to zabrać więcej niż godzinę. Zajmijmy się telefonami.
– Według mnie wystarczą trzy – powiedział Gray. – Biały Dom, FBI i White z Blazevichem.
– W artykule napisałeś tylko o Wakefieldzie. Dlaczego? – zapytał Krauthammer.
– Morgan wskazał go palcem.
– Ale autorem notatki jest Velmano. Trzeba go wymienić z nazwiska.
– Popieram – oznajmił Smith Keen.
– Ja także – dodał DeBasio.
– Dopisałem Velmana – zakończył dyskusję Feldman. – O “Einsteinie” napiszemy później. Z telefonami do Białego Domu i kancelarii poczekamy do wpół do piątej albo nawet do piątej. Jeśli zadzwonimy wcześniej, wpadną w szał i popędzą z tym do sądu.
– Popieram – rzucił Litsky. – Nie mogą wstrzymać druku, niemniej będą próbować. Zaczekajmy do piątej.
– Dobrze – zgodził się Gray. – Do wpół do czwartej naniosę poprawki. Potem zadzwonię do FBI i poproszę o komentarz. A później dobierzemy się do Białego Domu i prawników.
Feldman stał już w progu.
– Spotkamy się o wpół do czwartej.
Gdy wyszli, Darby zamknęła drzwi i wskazała na okno.
– Mówiłam ci o Tuczniku?
– On też?!
Wyjrzeli na ulicę.
– Obawiam się, że tak. Rozmawiał z naszym znajomym, a potem odszedł. Nie mylę się, Gray.
– To znaczy, że chodzi im o ciebie…
– Przypuszczam, że tak. Muszę się zbierać.
– Coś wymyślimy. Powiadomię naszą ochronę. Chcesz, żebym porozmawiał z Feldmanem?
– Jeszcze nie teraz.
– Znam paru gliniarzy.
– Świetnie. Myślisz, że zgodzą się zaaresztować tych panów i spuścić im lanie?!
– Owszem. Ci, których znam, na pewno to zrobią.
– Nie mogą im w niczym przeszkodzić, Grantham! Ci faceci nie robią nic złego.
– Oprócz tego, że zamierzają cię zabić.
– Czy w tym budynku jesteśmy bezpieczni?
Gray zastanawiał się przez chwilę.
– Porozmawiam z Feldmanem. Postawimy przed drzwiami dwóch strażników.
– Dobrze.
O wpół do czwartej Feldman zaaprobował drugą wersję artykułu i zezwolił na telefon do FBI. Do sali konferencyjnej wniesiono cztery aparaty i podłączono do nich magnetofon. Feldman, Smith Keen i Krauthammer podnieśli słuchawki.
Gray wystukał numer Phila Norvella, swojego dobrego znajomego, który czasami podrzucał mu kawałki z Biura, ale robił to tak rzadko, że nie zasługiwał na miano źródła. Zresztą w FBI trudno byłoby znaleźć kogoś, kto by na to zasługiwał. Norvell odebrał telefon.
– Phil? Mówi Gray Grantham z “Washington Post”.
– Poważnie? Wciąż tam siedzisz?
– Uprzedzam cię, że nagrywam tę rozmowę.
– Nie strasz mnie. O co chodzi?
– Jutro rano ukaże się artykuł opisujący szczegółowo spisek, w efekcie którego zamordowano sędziów Rosenberga i Jensena. W artykule padają nazwiska Victora Mattiece’a, spekulanta naftowego, i jego dwóch prawników zatrudnionych w tym mieście. Wspominamy także o Verheeku, który oczywiście nie miał nic wspólnego ze spiskiem. W naszej opinii Federalne Biuro Śledcze od początku wiedziało o Mattiesie, lecz wstrzymało prowadzone przeciwko niemu dochodzenie na wyraźne żądanie Białego Domu. Chcemy dać wam szansę skomentowania tej opinii.