Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bursztynowa Luneta
Bursztynowa Luneta - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bursztynowa Luneta

Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:

Аннотация

Bursztynowa Luneta
1 ... 94 95 96 97 98 99 100 101 102 ... 112
Перейти на страницу:

Mary nie wiedziała, jak długo przebywała na dworze. Kiedy intensywność przeżycia opadła, zastąpiona przez wyczerpanie, kobieta powoli zeszła ze wzgórza w stronę wioski.

W połowie drogi, obok małej kępy węzłokrzewów, zobaczyła coś dziwnego na mulistych płyciznach. Błysk bieli, regularny ruch: coś zbliżało się wraz z przypływem.

Stanęła nieruchomo i wytężyła wzrok. To nie mogły być tualapi, ponieważ zawsze wędrowały w stadach, a tutaj był jeden; ale wyglądał zupełnie tak samo: skrzydła jak żagle, długa szyja – jeden z ptaków, bez wątpienia. Nigdy nie słyszała, żeby wędrowały w pojedynkę, więc zawahała się, zanim pobiegła ostrzec mulefa; zresztą ptak się zatrzymał. Unosił się na wodzie blisko ścieżki.

I rozdzielał się... Nie, coś zeszło mu z grzbietu.

To był człowiek.

Widziała go całkiem wyraźnie, nawet z tej odległości: księżyc świecił jasno i wzrok jej się przyzwyczaił do nocnej poświaty. Spojrzała przez lunetę i pierzchły wątpliwości: to była ludzka postać, wydzielająca Pył.

Niósł coś, jakby długi kij. Przeszedł ścieżką szybko i pewnie; nie biegł, lecz poruszał się jak sportowiec lub myśliwy. Nosił prosty czarny strój, który powinien go dobrze maskować; ale przez lunetę był widoczny jak w świetle reflektorów.

Kiedy zbliżył się do wioski, Mary rozpoznała, co takiego niósł. Karabin.

Serce jej zamarło, jakby ktoś je oblał lodowatą wodą. Każdy włos na jej ciele stanął dęba.

Stała za daleko, żeby cokolwiek zrobić; nawet gdyby krzyknęła, nie usłyszałby jej. Musiała patrzeć, jak wszedł do wioski, jak rozglądał się w lewo i w prawo, przystawał i nasłuchiwał, przechodził od chaty do chaty.

Mary czuła się niczym księżyc i chmury próbujące powstrzymać Pył. Krzyknęła bezgłośnie: Nie patrz pod drzewo... Odejdź od drzewa...!

Ale on podchodził coraz bliżej i wreszcie zatrzymał się przed jej domem. Nie mogła tego znieść; schowała lunetę do kieszeni i zaczęła zbiegać po stoku. Chciała krzyknąć, zawołać cokolwiek, ale w samą porę zorientowała się, że zbudziłaby Willa i Lyrę, którzy mogli wtedy się zdradzić, więc nie wydała żadnego dźwięku.

Potem, ponieważ chciała wiedzieć, co robi mężczyzna, zatrzymała się i znowu wygrzebała lunetę. Musiała stanąć bez ruchu, żeby przez nią spojrzeć.

Otwierał drzwi jej chaty. Wchodził do środka. Znikł jej z oczu, chociaż widziała pozostałe po nim zawirowania Pyłu, jak dym rozganiany ręką. Czekała przez nieskończoną minutę, aż pojawił się ponownie.

Stanął w drzwiach i powoli przesuwał spojrzenie z lewa na prawo, zahaczając o drzewo.

Potem zszedł z progu i stanął bez ruchu, niemal zagubiony. Mary nagle uświadomiła sobie, jak bardzo jest widoczna na odkrytym stoku, wystawiona na strzał; ale mężczyzna interesował się tylko najbliższym otoczeniem i kiedy upłynęła kolejna minuta, odwrócił się i cicho odszedł.

Obserwowała każdy jego krok na nadrzecznej ścieżce i widziała wyraźnie, jak usiadł ze skrzyżowanymi nogami na grzbiecie ptaka, który bezszelestnie odpłynął. Pięć minut później zniknęli w ciemnościach.

35. Daleko za wzgórzami

Przyszedł dzień narodzin mego życia, moja miłość przyszła do mnie.

Christina Rossetti

– Doktor Malone – powiedziała Lyra o poranku. – Will i ja musimy poszukać naszych dajmonów. Kiedy je znajdziemy, dowiemy się, co robić. Ale nie możemy już bez nich wytrzymać, więc chcemy iść na poszukiwania.

– Dokąd pójdziecie? – zapytała Mary.

Oczy ją piekły i głowa bolała po nieprzespanej nocy. Razem z Lyrą zeszły na brzeg rzeki, Lyra – żeby się umyć, Mary – żeby ukradkiem poszukać śladów obcego mężczyzny. Na razie żadnych nie znalazła.

– Nie wiem – wyznała Lyra. – Ale one są tu gdzieś. Jak tylko przeszliśmy tutaj, uciekły od nas, jakby już nam nie ufały. Zresztą nie mam do nich pretensji. Ale wiemy, że są w tym świecie, i kilka razy zdawało nam się, że je widzieliśmy, więc może je znajdziemy.

– Posłuchaj – zaczęła Mary z oporem i opowiedziała dziewczynce, co widziała zeszłej nocy.

Tymczasem dołączył do nich Will i dzieci słuchały poważnie, z szeroko otwartymi oczami.

– To pewnie zwykły podróżnik, który znalazł okno i przyszedł z innego świata – powiedziała Lyra, kiedy Mary skończyła mówić. Osobiście miała inne rzeczy na głowie, bardziej interesujące od tego mężczyzny. – Jak ojciec Willa – ciągnęła. – Pewnie teraz jest mnóstwo różnych otworów. W każdym razie, jeśli po prostu odszedł, chyba nie miał złych zamiarów, prawda?

– Nie wiem. Nie podobał mi się. I martwię się, że pójdziecie sami... albo martwiłabym się, gdybym nie wiedziała, że robiliście już znacznie bardziej niebezpieczne rzeczy. Och, sama nie wiem. Ale proszę, bądźcie ostrożni. Proszę, rozglądajcie się dookoła. Przynajmniej na prerii zobaczycie każdego z daleka...

– Wtedy możemy od razu uciec do innego świata, więc on nic nam nie zrobi – oświadczył Will.

Stanowczo postanowili iść, a Mary nie chciała się sprzeczać.

– Przynajmniej obiecajcie – zażądała – że nie wejdziecie pomiędzy drzewa. Jeśli ten człowiek wciąż tu jest, mógł schować się w zagajniku i nie zobaczycie go w porę, żeby uciec.

– Obiecujemy – powiedziała Lyra.

– No dobrze, zapakuję wam trochę jedzenia, gdyby wam dłużej zeszło.

Mary wzięła trochę płaskiego chleba, sera i kilka słodkich czerwonych owoców gaszących pragnienie, zawinęła je w szmatkę i obwiązała sznurkiem, żeby jedno z dzieci mogło nieść pakunek na ramieniu.

– Pomyślnych łowów – powiedziała. – Proszę, uważajcie na siebie.

Nadal czuła niepokój. Stała i odprowadzała ich wzrokiem przez całą drogę do stóp wzgórza.

– Ciekawe, czemu ona jest taka smutna – rzucił Will, kiedy wspinali się drogą na szczyt.

– Pewnie się zastanawia, czy kiedyś wróci do domu – westchnęła Lyra. – I czy odzyska swoje laboratorium. I może smutno jej z powodu tego mężczyzny, w którym była zakochana.

– Hm – mruknął Will. – Myślisz, że my kiedyś wrócimy do domu?

– Nie wiem. Zresztą ja i tak nie mam domu. Nie przyjmą mnie z powrotem do Kolegium Jordana i nie mogę mieszkać z niedźwiedziami ani z czarownicami. Może zamieszkam z Cyganami. Zgodziłabym się, gdyby mnie przyjęli.

– A świat Lorda Asriela? Nie chcesz tam mieszkać?

– On upadnie – ostrzegła.

– Dlaczego?

– Pamiętaj, co mówił duch twojego ojca, zanim wyszliśmy. O dajmonach, że mogą długo żyć tylko wtedy, jeśli zostaną we własnym świecie. Ale pewnie Lord Asriel, to znaczy mój ojciec, nie pomyślał o tym, bo nikt nie wiedział dostatecznie dużo o innych światach, kiedy zaczynali... To wszystko – dodała ze smutkiem – ta cała odwaga i wiedza... Wszystko zmarnowane! Wszystko na próżno!

Wspinali się dalej bez trudu po kamiennej drodze i kiedy dotarli na grzbiet wzgórza, zatrzymali się i obejrzeli.

– Will – odezwała się Lyra. – A jeśli ich nie znajdziemy?

– Na pewno znajdziemy. Ciekawi mnie tylko, jak moja dajmona będzie wyglądała.

– Widziałeś ją. A ja wzięłam ją na ręce – przypomniała Lyra, rumieniąc się, ponieważ oczywiście dotykanie czegoś tak prywatnego jak cudzy dajmon oznaczało poważne naruszenie dobrych manier.

Zabraniała tego nie tylko uprzejmość, ale coś głębszego – coś jakby wstyd. Szybkie zerknięcie na czerwone policzki Willa zdradziło jej, że wiedział o tym równie dobrze jak ona. Nie potrafiła odgadnąć, czy również doznał tego podniecenia zmieszanego ze strachem, które ona odczuwała poprzedniej nocy; teraz dziwne uczucie powróciło.

1 ... 94 95 96 97 98 99 100 101 102 ... 112
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)