Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
— Wtedy odejdę stąd z pustymi rękoma.
— A co, jeśli będziemy nalegać, byś z nami została?
— Wtedy tutaj umrę, również z pustymi rękoma. — Na wydany przez siebie rozkaz, jej ciało mogło w mgnieniu oka wyzionąć ducha; nie można jej było wziąć do niewoli i torturować.
— Musisz jednak chcieć coś wymienić w zamian za przywilej, którego się domagasz! — Pirit odparła ze złością.
— Proszę, a nie domagam się — obstawała Joan łagodnym tonem. — A tym, co chcę wam zaoferować w zamian jest wiedza i podejście mojej kultury do niahńskiej matematyki. Zapytajcie tylko własnych matematyków i archeologów, a jestem pewna, że stwierdzą, iż istnieje bardzo wiele rzeczy zapisanych przez Niahnan na ich tabliczkach, których najzwyczajniej nie rozumiecie. Moja koleżanka i ja — żadne z nich co prawda nie wspomniało do tej pory ani słowem o Anne, lecz Joan była przekonana, że Pirit już i tak wszystko o tamtej wiedziała — po prostu chcemy rzucić na to zagadnienie tyle światła, ile tylko zdołamy.
— Ty nawet nie chcesz się z nami podzielić informacją, jak do nas dotarłaś — odpowiedziała jej gorzko Pirit. — Dlaczego mielibyśmy ci zaufać, że podzielisz się z nami odkryciami dotyczącymi Niahnan?
— Podróż międzygwiezdna nie jest żadną wielką tajemnicą — odparowała jej Joan. — Poznaliście już konieczną, podstawową naukę leżącą u jej podstaw, w końcu wam to kiedyś zadziała, to tylko kwestia waszego uporu i wytrwałości. Pozostawieni sobie, być może nawet odkryjecie lepsze metody od naszych.
— Oczekujecie więc od nas cierpliwości, tego, że własnoręcznie odkryjemy sobie to wszystko… ale sami nie możecie poczekać kilku wieków, byśmy równie samodzielnie odszyfrowali niahnańskie artefakty?
— Obecna noudahnańska kultura, zarówno u was, jak i w Tirze, zdaje się gardzić ich dokonaniami — Joan odpowiedziała jej bez ogródek. — Dziesiątki częściowo odkopanych miejsc wykopalisk z tymi artefaktami znalazło się w obliczu zagrożenia różnorodnymi projektami irygacyjnymi, czy innymi planami związanymi z rozbudową czy zagospodarowaniem przestrzennym. Właśnie dlatego nie mogliśmy czekać. Musieliśmy tu przybyć i zaoferować wam naszą pomoc, nim ostatnie pozostałe po nich ślady nie znikną na wieki.
Pirit nie odpowiedziała, lecz Joan miała nadzieję, iż dobrze wyczuła, co teraz myśli przesłuchująca: Nikt nie przebyłby dwudziestu lat świetlnych dla kilku bezużytecznych bazgrołów na tabliczkach. Być może nie docenialiśmy Niahnan. Być może nasi przodkowie pozostawili nam wielki sekret, będący ważną spuścizną. I być może najszybszym — a kto wie, czy nie jedynym — sposobem, aby go odkryć, jest danie tej impertynenckiej, irytującej obcej dokładnie tego, czego chce.
4
Słońce wschodziło na wprost nich, gdy dotarli do szczytu wzgórza. Sando odwrócił się do Joan, a jego twarz przybrała zieloną barwę wyrażającą zadowolenie.
— Spójrz tylko za siebie — powiedział.
Joan zrobiła, jak jej kazał. Znajdującą się w dole dolinę zasnuwała mgła, która ułożyła się tak równomiernie, że mogła dostrzec w świetle świtu ich własne cienie, rozciągnięte na powierzchni mgły. Wokół cienia jej głowy znajdowała się okrągła aureola przypominająca malutką tęczę.
— Nazwaliśmy to niahnańskim światłem — opowiedział jej Sando. — W dawnych czasach ludzie powiadali, że taka aureola udowadniała, że silnie płynęła w tobie ich krew.
— Jedyny kłopot z taką hipotezą polega na tym, że ty widzisz ją wokół swojej głowy… a ja wokół mojej — odparła mu Joan. Na Ziemi podobne zjawisko nazywano „glorią”. Cząsteczki mgły wstecznie rozpraszały światło słońca w kierunku obserwatora, obracając je o sto osiemdziesiąt stopni. Spoglądanie na cień własnej głowy przekładało się na bezpośrednie odwrócenie tyłem od słońca, tak więc aureola zawsze pojawiała się wokół cienia głowy obserwatora.
— Jak mi się zdaje, jesteś ostatecznym dowodem, że płynąca w kimś niahńska krew nie ma z tym nic wspólnego — zadumał się Sando.
— Przyjmując oczywiście, że mówię prawdę i naprawdę dostrzegam to wokół własnej głowy.
— A także przyjmując — dodał Sando — że Niahnanie naprawdę nie ruszyli się z tej planety i nigdy nie włóczyli po galaktyce rozsiewając swe potomstwo.
Pokonali szczyt i spojrzeli w dół na przylegającą po jego drugiej stronie dolinkę przeciętą wstęgą rzeki. Skąpa, brązowawa trawa porastająca zbocze, im bliżej koryta wody przechodziła w coraz bujniejszą i gęstszą roślinność. Przybycie Joan opóźniło planowane zalanie doliny, lecz nawet zainteresowanie obcej rasy niahnańską kulturą, mogło kupić archeologom zaledwie dodatkowy rok. Zapora była częścią długo planowanych rolniczych inwestycji. Kuszące wprawdzie było prawdopodobieństwo, że Joan odkryje jakieś bezcenne wręcz zrozumienie ukryte pomiędzy niahnańskimi „bezużytecznymi abstrakcjami”. Jednak taka niesprecyzowana obietnica mogła rywalizować z bardziej namacalnymi sprawami jedynie przez ograniczony czas.
Część zbocza osunęła się przed kilkoma wiekami, odsłaniając przeszło dziesięć pięknie zachowanych warstw geologicznych. Kiedy Joan z Sando dotarli do miejsca wykopalisk, Rali i Surat już tam pracowali, usuwając miękką skałę osadową z warstwy, która zgodnie z szacunkami Sando pochodziła z okresu „zmierzchu” niahnańskiej cywilizacji.
Pirit nalegała, by tylko Sando, najstarszy stażem archeolog, wiedział o prawdziwej naturze i miejscu pochodzenia Joan; Joan odpowiedziała, że nie będzie nikomu kłamać, lecz zgodziła się, by wyjawić swym współpracownikom zaledwie tyle, że była matematykiem i nie wolno jej było poruszać spraw dotyczących własnej przeszłości. Początkowo przełożyło się to tylko na to, że archeolodzy stali się ostrożni i poczuli dotknięci takim podejściem, bez wątpienia przyjęli, iż była szpiegiem nasłanym przez władze. Później jednak dotarło do nich, że była autentycznie zainteresowana wykonywaną przez nich pracą i absurdalne ograniczenia narzucone tematyce prowadzonych przez nią rozmów nie wynikały z jej własnego wyboru. Żaden szczegół widoczny w noudahnańskim języku czy wyglądzie nie był jakoś powiązany z ich niedawnym podziałem na kraje — planeta nie posiadała żadnych rozdzielających kontynenty oceanów, i biorąc pod uwagę długą historię migracji, tutejsi mieszkańcy byli mniej więcej jednorodni pod względem narodowościowym i geograficznym — lecz dziwaczne imię Joan i sporadyczne faux pas wciąż można było złożyć na karb jakiejś tajemniczej egzotyki. Rali i Surat zdawali się być zadowoleni z przyjęcia założenia, że była zdrajczynią pochodzącą z jakiegoś pomniejszego kraju i że jej przeszłości nie można było bezpośrednio i szczerze ujawnić z powodu niejasnych pobudek politycznych.
— Jest tu więcej tabliczek, bardzo blisko powierzchni — ogłosił Rali podekscytowanym głosem. — Odbierane przez nas sygnały akustyczne są jednoznaczne. — Byłoby idealnie, gdyby mogli przekopać całe wzgórze, lecz nie mieli na to ani czasu, ani koniecznej do tego siły roboczej, tak więc do zidentyfikowania najbardziej prawdopodobnych miejsc położenia niahnańskich prac używali tomografii akustycznej, by następnie koncentrować swe wysiłki wyłącznie w tak określonych miejscach.
Niahnanie posiadali najprawdopodobniej kilka efemerycznych form komunikacji pisanej, lecz kiedy odkryli coś wartego publikacji, to zostało to opublikowane: ryli swe symbole w wytrzymałej ceramice, przy której diamenty przypominały papier toaletowy. Niemal nie słyszało się, by połamano którąś z tych tabliczek, lecz były one małe, a prace składające się z wielu tabliczek były czasem dość znacznie rozproszone. Niahnańska technologia pozwoliłaby im zapewne wyryć cały zasób zgromadzonej przez trzy miliony lat wiedzy matematycznej na jednej główce od szpilki — jak się zdawało nie stworzyli nanomaszym, a poszli w kierunku wysokiej jakości materiałów masowych i inżynierii precyzyjnej — lecz z jakichś nieokreślonych powodów ponad wszystkie inne względy decydowali się na czytelność gołym okiem.