Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Joan starała się być przydatna i gdy Sando doglądał swych studentów zbliżających się do zakopanych artefaktów, dokonywała odczytów w dalszej części zbocza. Nauczyła się już, żeby nie krążyć w pobliżu, wyczekująco i niecierpliwie, gdy odkrycie stawało się nieuniknione; traktowano ją o wiele cieplej i serdeczniej, gdy czekała aż ją zawołają. Używane przez nich tomografy były niemal bezbłędne, używały do określenia swej pozycji satelitarnego systemu nawigacji i posiadały oprogramowanie służące do analizy zgromadzonych sygnałów; potrzeba było tylko osoby, która przeciągnęłaby je w odpowiednim tempie przez skalną powierzchnię.
Kątem oka Joan dostrzegła jak jej cień widoczny na skale zadrgał i zatrzepotał, stając się bardziej pogmatwanym. Uniosła wzrok i dostrzegła na niebie trzy oślepiające paciorki blasku lecące na zachód od słońca. Mogłaby przyjąć, że te statki o napędzie termojądrowym robiły tam coś pożytecznego, lecz media wypełniały ostatnio informacje o „ćwiczeniach wojskowych”, co przekładało się na to, że Tiranie i Ghaharianie angażowali się w kosztowne, wojownicze gesty na orbicie, starając się nawzajem przekonać o swej wyższości pod względem umiejętności, technologii, czy samej czystej siły wyrażonej w zaangażowanej do tego wojskowej potędze. Dla tutejszych mieszkańców, którzy niczym się między sobą nie różnili, tamci mogli nadymać swe mało istotne polityczne dysputy do kwestii o najwyższym stopniu powagi. Niemal można by to nazwać śmiesznym, gdyby ci idioci raz na kilka dziesięcioleci nie spopielali setek tysięcy istnień obywateli przeciwnika, nie wspominając już o gierkach w bezduszne, acz często śmiertelne zabawy z życiem mieszkańców pomniejszych krajów.
— Dżołn! Dżołn! Chodź tu i zobacz! — zawołała do niej Surat. Joan wyłączyła swój tomograf i podbiegła truchtem do archeologów, nieoczekiwanie świadoma obcości własnego ciała. Posiadała teraz krępe, lecz silne nogi, a swą równowagę podczas biegu zawdzięczała nie ruchom ramion i rąk, lecz wymachiwaniu muskularnym ogonem.
— To znaczący matematyczny wynik — poinformował ją Rali z dumą, kiedy już zbliżyła się do nich. Ciśnieniowo usunął piaskowiec z niemal niezniszczalnej ceramiki tabliczki, teraz wystarczyło ją trzymać pod odpowiednim kątem do światła, by dostrzec wyryte na niej symbole, widoczne niemal równie jasno i wyraźnie jak przed milionem lat.
Rali nie był matematykiem, więc nie wyrażał tu własnej opinii na temat wyrytego na tabliczce twierdzenia; to sami Niahnanie ustalili jasny zestaw konwencji i zasad typograficznych używanych do rozróżnienia wszystkiego od pomniejszych lemm, aż po najbardziej poważane i uznane twierdzenia. Rozmiar i ozdobniki symboli wykorzystanych do zapisu twierdzenia poświadczały jego wartość w oczach samych Niahnan.
Joan uważnie zapoznała się z twierdzeniem. Dowodu nie było na tej samej tabliczce, lecz Niahnanie posiedli taki sposób wyrażenia swych wyników, że wierzyło się w nie zaraz po przeczytaniu; w tym przypadku definicje pojęć i warunków koniecznych do wyrażenia twierdzenia dobrano tak pięknie, że wynik wydawał się niemal nieunikniony.
Twierdzenie wyrażono w formie hipersześcianu równoważności, jednej z ulubionych niahnańskich form. Można było sobie wyobrazić kwadrat o czterech różnych zbiorach obiektów matematycznych, połączonych z każdym z jego rogów oraz o skojarzonym z każdym z boków takiego kwadratu sposobie przekształcenia jednego ze zbiorów w inny. Przekształcenia były równoważne, jeśli posunięcie się wzdłuż górnego boku, a następnie w dół, dawało dokładnie ten sam wynik, co początkowy ruch wzdłuż lewego boku kwadratu, a następnie poruszenie się wszerz dolnym bokiem: tak czy inaczej, wybór drogi okazywał się nieistotny, zawsze przekształcając ten sam element zbioru skojarzonego z górnym lewym wierzchołkiem, w dokładnie ten sam element zbioru przypisanego do dolnego prawego wierzchołka. Podobne rezultaty można było oczywiście otrzymać dla zbiorów i przekształceń umieszczonych w rogach czy na krawędziach sześcianu, bądź też hipersześcianu o dowolnej liczbie wymiarów. Możliwe było również, by powierzchnie ścian tych struktur odpowiadały powiązaniom łączącym te przekształcenia ze zbiorami, i by sześciany opisywały relacje łączące nawzajem te powiązania, i tak dalej.
Fakt, że twierdzenie wyrażono właśnie w tej formie, nie gwarantował jeszcze jego ważności; łatwo było sporządzić trywialne przykłady równoważnych przekształceń i zbiorów. Niahnanie jednak nie ryli trywialności na swych ponadczasowych ceramicznych tabliczkach, a znalezione twierdzenie nie było tu jakimś wyjątkiem. Siedmiowymiarowy hipersześcian równoważności dowodził z oślepiającą elegancją zgodności siedmiu różnych, głównych gałęzi niahnańskiej matematyki, splatając ich najważniejsze pojęcia w zunifikowaną całość. Był to wynik jakiego Joan nigdy dotychczas nie widziała na oczy: żaden matematyk, czy to w Amalgamie, czy w jakiejkolwiek poprzedzającej go cywilizacji przodków, którą przyszło jej wcześniej zgłębiać, nie doszedł do podobnego zrozumienia.
Wyjaśniła, ile tylko zdołała trzem zgromadzonym wokół niej archeologom, którzy co prawda nie byli w stanie zrozumieć wszystkich przekazywanych im szczegółów, lecz gdy nakreśliła im, co też jej zdaniem znaczył ten wynik w oczach samych Niahnan, ich twarze przybrały pomarańczową barwę fascynacji.
— Może to nie do końca Wielki Krach — zażartowała — ale musieli po czymś takim zacząć uważać, że ten był coraz bliższy.
Wielki Krach było wymyślonym przez nią pojęciem określającym mityczny wynik, do którego tamci dążyli: unifikacji wszystkich, uznawanych przez nich za istotne, działów matematyki. Odnalezienie czegoś takiego nie przekładałoby się na koniec matematyki jako takiej — nie oznaczałoby przecież odkrycia wszystkich możliwych do wyobrażenia, interesujących prawd matematycznych — lecz z pewnością oznaczyłoby miejsce zakończenia dla Niahnan ich własnego stylu dociekania i badań.
— Jestem pewna, że go znaleźli — upierała się Surat. — Dotarli do Wielkiego Krachu, po czym nie mieli już po co żyć.
— Tak więc cała cywilizacja popełniła zbiorowe samobójstwo? — zapytał ją zjadliwie Rali.
— Oczywiście, że nie, nie w sposób aktywny — odparła mu Surat. — Ale tylko te poszukiwania pchały ich do przodu.
— Całe cywilizacje nie tracą chęci do życia — odpowiedział jej Rali. — Wymazują je za to siły zewnętrzne: choroby, inwazje, zmiany klimatu.
— Niahnanie przetrwali trzy miliony lat — odparowała mu Surat. — Posiadali środki konieczne do zneutralizowania wszelkich podobnych czynników zewnętrznych. Chyba że zniszczyła ich inwazja obcych, którzy znacznie przewyższali ich pod względem technologicznym. — Odwróciła się do Joan. — Co o tym myślisz?
— Chodzi ci o obcych jako winnych zniszczenia niahnańskiej cywilizacji?
— Żartowałam z tymi obcymi. Pytałam o matematykę. Co jeśli jednak dotarli do Wielkiego Krachu?
— Życie nie kończy się na matematyce — odpowiedziała Joan. — Ale niezbyt wiele bez niej zostaje.
— A nasze poszukiwania nie kończą się na tej jednej tabliczce — dodała Surat. — Wróćmy do pracy, a może dowód trafi w nasze ręce jeszcze przed zachodem słońca.
5