Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
Do północy zdążyła obdzwonić jakieś szpitale, jakieś niepojęte punkty opatrunkowe, jakieś posterunki… Do Wołodki dzwoniła dwa razy — miała nadzieję, że być może Bobka skorzystał z okazji, wyrwał się z domu, wpadł do przyjaciela, zapomniał się albo zagadał — chociaż wszystko to było bardzo naciągane. Wiedząc, że matka jest sama w domu, Bobka nigdzie by nie poszedł z potrzebnym lekarstwem. Jeszcze dzwoniła do jakichś przyjaciół… Jak kamień w wodę.
Nie zdecydowała się wychodzić, żeby go szukać. A nuż wróci, a w mieszkaniu nie będzie nikogo, może zagubił klucze…
Zupełnie zmartwiały Malanow w milczeniu pocałował ją w słone od łez, drżące wargi i bez słowa wyszedł na ulicę. Na podwórku było pusto, wszystkie okna ciemne; owszem, świeciło się w dwóch czy trzech. Jedno to choroba, drugie — ktoś z zapałem pracował, trzecie — dopijali obowiązkową niedzielną. Świeciło się też u nich, w oknie stała Irka. Pod łukiem bramy, powarkując i gęsto nasycając mgłę spalinami, stała ciężarówka z paką zawaloną stertą jakichś mebli — nóżki sterczały ponad kabinę i nie mieściły się w prześwicie. Jakiś facet w waciaku ponuro i bez zapału grzebał w meblach, starając się jakoś poupychać manele tak, żeby można było przejechać.
— Koleś! — krzyknął do Malanowa z góry. — Pomóż mi! We dwóch uwiniemy się w pięć minut!
— Spieszę się — odpowiedział z trudem Malanow, przeciskając się między skrzynią i ścianą.
Facet zarechotał.
— Co, mąż cię przyłapał? Czy ona cię przegoniła? No to i tak już przegoniła, co się śpieszysz?
Malanow nie odpowiedział.
Poza nim na ulicy nie było żywej duszy. Pustynia. Mrok. Wilgotna mżawka. Asfalt połyskiwał w mętnym świetle z rzadka rozsianych latarń, od czasu do czasu pod nogami chlupotało.
Doszedł do apteki, zaglądając we wszystkie podwórka, we wszystkie bramy. Nawet kilka razy zawołał: „Bobka!” Mgła przetrwała i okrzyki. Apteka oczywiście była już zamknięta, wewnątrz ciemno. Nie wiadomo po co Malanow usiłował zajrzeć do środka; pokręcił się przy oknach, wyciągając szyję albo kucając — nic nie wypatrzył.
Pogroził niewidocznemu niebu pięścią, ochryple krzyknął w zamglone opary słabo oświetlone rudym odblaskiem pobliskiego prospektu:
— Bydlę!
Nie pomogło. Wrócił.
Ciężarówka stygła na poprzednim miejscu z wyłączonym silnikiem. Klapa była opuszczona, facet siedział na pace z nogami na zewnątrz i smętnie palił. Za jego plecami niewyraźnie sterczały rogi drewnianej sterty, lewą ręką przytrzymywał stojącą na kolanie opróżnioną do połowy szklankę. Na widok Malanowa facet najpierw szeroko się uśmiechnął, potem zarechotał.
— Co, koleś? Drugie podejście do przyrządu?
Malanow w milczeniu zaczął się przeciskać. Facet wysunął głowę nad boczną ścianką. Podniósł szklankę i wyciągnął ją w stronę Malanowa.
— Chcesz? Walnij dla odwagi!
Była już prawie druga, kiedy Malanow wrócił. Słysząc otwierane drzwi, kredowo blada, nawet jakby posiwiała w ciągu tego wieczoru Irka, wyszła z kuchni z papierosem w ręku i w milczeniu przyglądała się, jak Malanow zdejmuje buty. Nie padło ani jedno słowo, tylko wymienili krótkie, pozbawione nadziei spojrzenia: nie znalazłeś? — nie znalazłem; nie wrócił? — nie wrócił. Poszli oboje do kuchni; wydawało się, że tam jest cieplej. Nawet poprzez dym przebijał zapach waleriany. Irka pewnie łyknęła przed chwilą. Drżącymi lodowatymi rękami Malanow odmierzył i dla siebie; Irka patrzyła.
— Przemarzłeś na wylot, Dima — powiedziała cicho. — Zaparzyłam herbaty, wypij.
— Dzięki. Herbata jest bardzo na czasie.
— Nalać ci?
— Nalej.
Herbata była gorąca, dobra.
— Zaraz trochę ochłonę i znowu pójdę.
— Nie! — niespodziewanie niemal krzyknęła Irka i sama wystraszyła się swojego krzyku. Schowawszy głowę w ramionach, zerknęła na Malanowa, jakby prosząc o wybaczenie. — Nie trzeba, Dima. Siedziałam tu teraz sama… A jak ty też znikniesz?
— Ja nie zniknę — z trudem wykrztusił Malanow.
Wszechobecny Kalam bezgłośnie przyszedł do nich i zaglądając w oczy i żałośnie miaucząc, zaczął trzeć się o nogi. Nawet nie prosił o żarcie. Czuł w powietrzu nieszczęście.
— Wspaniała herbata.
Irka uśmiechnęła się z wdzięcznością — z wysiłkiem, ledwie, ledwie.
— A jak twoja wątroba?
— Minęło.
— Daj no mi papierosa, Ira — powiedział Malanow.
O trzeciej piętnaście w zamku drzwi wejściowych rozległo się ledwo słyszalne, ostrożne pobrzękiwanie; wypadli z kuchni.
Strach było na Bobkę patrzeć. Pod prawym okiem duży siniak; oko tak spuchło, że prawie go nie było widać. Pod nosem i na brodzie ślady zaschłej krwi. Nie tak dawno kupiona ciepła kurtka zaświniona była jakimś obrzydlistwem, w przedpokoju od razu zaczęło śmierdzieć ni to
śmietnikiem, ni to prosektorium; ktoś oderwał aż do połowy zamek i teraz ekler majtał się między połami.
Bobka niezgrabnie wkroczył do przedpokoju i zatrzymał się, patrząc na rodziców. Stali tak pewien czas — oni patrzyli na niego, a on na nich. Potem niskim, pełnym napięcia i winy, wystraszonym głosem Bobka zapytał:
— Nie śpicie? Bo ja tak cichutko kluczem obracam, myślę sobie, może zasnęli…
Irka zaczęła dygotać.
— Mamuś — szybko powiedział Bobka — kupiłem lekarstwo! Jest! Szybko sięgnął pod kurtkę, do kieszeni koszuli, wyciągnął stamtąd chyba nospę i jeszcze coś płaskiego. Podał jej to na otwartej brudnej dłoni.
Malanow zrobił krok i objął syna, przycisnął do siebie. Bobka jęknął i szarpnął się. I również objął ojca, jedną ręką, w drugiej trzymał tabletki.
— Tato — powiedział mu Bobka do ucha — nie ściskaj tak… oni mi chyba żebro złamali…
Malanow odsunął się i ze strachem spojrzał synowi w oczy.
— I w ogóle… lepiej trzymając się ode mnie z daleka. Tam wszyscy jacyś zawszeni, obrzygani…
— Gdzie „tam”?
— Gdzieś ty był? — bardzo gładko i spokojnie zapytała Irka.
— Zapudłowali mnie — odpowiedział Bobka.
— Opowiedz po kolei — zaproponował Malanow. — W dwóch zdaniach. I połóż, na Boga, te tabletki, nie trzymaj ich. Zdejmuj to wszystko.
— Rozumiecie? Oni mi nawet nie pozwolili zadzwonić… -Wydawało się, że za chwilę głos Bobki pęknie. Ale opowiadał jak gdyby nigdy nic. Mężczyzna. — Mówię: Pozwólcie przynajmniej uprzedzić, że żyję, matka dostanie zawału, a oni na to: Akurat, jak zadzwonisz, to za pół godziny ona nam tu zacznie koncert wywijać! Ja mówię: Mama posłała mnie do apteki, źle się czuje, czeka na mnie, sama w domu! A oni mówią… oni mówią… — Skonsternowany poruszył spuchniętymi wargami, a potem zakrywając przed Irką usta dłonią, bezgłośnie powiedział do Malanowa: — Nie pierdol.