Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
Roześmiała się i zapragnęłam ją uściskać.
– Prawdą mówiąc, niekoniecznie miałabym coś przeciw seksowi z całą drużyną. To chyba nic złego, prawda?
– Jasne, że nie, kochanie, jasne, że nie. Słuchaj, muszę spróbować trochę się przespać, bo jutrzejszy dzień będzie dramatycznie długi. Możemy porozmawiać, kiedy ta impreza wreszcie się skończy?
– Jasne. Po prostu dobrze jest słyszeć twój głos. Powodzenia. Niech jutrzejsza noc minie bez większych skandali. Kocham cię, B.
– Ja też cię kocham, Pen. Od tej pory wszystko będzie się lepiej układało, obiecuję. Tęsknię za tobą i niedługo pogadamy.
Odłożyłam słuchawkę na widełki i wpełzłam do łóżka, dokończyć oglądanie filmu, uszczęśliwiona świadomością, że Penelope i ja ostatecznie jakoś się dogadamy.
30
– Sprawdzam, raz, dwa, trzy, sprawdzam. Czy wszyscy mnie słyszą? Odliczanie. Jeden… – zawołałam do słuchawki, czekając, żeby wszyscy pozostali wymienili swoje numery i dali znać, że słuchawki działają jak należy. Kiedy Leo rzucił swój numer, szesnasty, wiedziałam, że mamy wszystkich, i zrobiłam głęboki wdech. Właśnie zaczęli się pojawiać goście i rozpaczliwie usiłowałam nie utonąć w fali problemów, które jakoś nie chciały się skończyć. Cała moja chłodna pewność siebie i idealne plany porobione wczoraj zaczęły się rozpływać i z coraz większym trudem powstrzymywałam panikę.
– Skye, słyszysz mnie? – syknęłam do mikrofonu, który dyskretnie zaczynał się przy uchu i kończył tuż nad górną wargą.
– Bette, kochanie, jestem na miejscu. Uspokój się, wszystko jest jak trzeba.
– Uspokoję się, kiedy mi powiesz, że dekoracje są wreszcie skończone. Dziesięć minut temu wyglądały jak gówno w proszku.
– Stoję na zewnątrz i wszystko jest w porządku. Trzydzieści stóp logo „Playboya” z Króliczkiem na kartonie, wszystko gotowe, żeby gwiazdy stanęły przed nimi i zrobiły sobie zdjęcie. Jakąś minutę temu to wykończyli i za kilka następnych wszystko powinno być suche, bez obaw.
– Eliso? Czy mamy ostateczny plan dla prasy, uzgodniony z ochroną? Za wejście dla VIP-ów odpowiedzialny jest Sammy z Bungalowu, więc musi wiedzieć, którym fotografom wolno tam być. – Rzucałam rozkazy w szaleńczym tempie i z każdą kolejną minutą czułam większe obrzydzenie dla dźwięku własnego głosu. Nie zawahałam się przy wymawianiu imienia Sammy'ego, co oznaczało postęp. Kiedy kilka godzin wcześniej zjawiłam się na miejscu, ucałował mnie w policzek i szepnął „Powodzenia” i o mało nie zemdlałam. Jedyne, co trzymało mnie przy życiu, to świadomość, że przez następnych sześć godzin będziemy w jednym pomieszczeniu.
– Załatwione. ET i Access Hollywood mają najlepsze stanowiska. Z „E!” wciąż się wahali, czy przyjdą – są wkurzeni, że nie dostali wyłączności – ale jeżeli kogoś przyślą, jesteśmy gotowi. Wszyscy oni plus CNN, MTV oraz ten facet, który robi film dokumentalny z przyjęcia dla Foxa i ma pozwolenie od jakiegoś ważniaka z wytwórni filmowej, będą wpuszczeni do środka; zwykli paparazzi z kolorowych pism zostaną na zewnątrz. Wszyscy zostali poinformowani, kto jest kim i kto jest dość ważny, żeby skorzystać z tego wejścia. Mam tylko jedno pytanie; kto to jest Sammy?
Nie mogłam zbyt wyraźnie wytknąć jej przez słuchawki, że Sammy jest podłączony do naszego systemu i słyszy każde słowo – ani tego, że sam jego widok postawił moje nerwy na baczność.
– Urocze, Eliso. Po prostu daj mu listę, okej? – Modliłam się, żeby porzuciła temat, ale pogrążona w wywołanej głodem malignie nie odpuściła.
– Nie, poważnie, Betty. Co za Sammy, do cholery? – jęknęła. – A, zaraz, szef ekipy wykonawczej, zgadza się? Po co mu ostateczna lista VIP-ów?
– Eliso, Sammy odpowiada dzisiaj za bezpieczeństwo. Nie byliśmy zachwyceni perspektywą skorzystania z gestapowskich typów, które zwykle stawia przy drzwiach Sanktuarium i Sammy jest tak miły, że nam pomaga. Powinien być od frontu, sprawdzając ostatnie drobiazgi. Po prostu daj mu listę. – Myślałam, że to koniec, ale oczywiście Elisa jeszcze nie skończyła.
– A, zaraz! Sammy. Czy to nie ten facet, którego zatrudnia Isabelle? Jasne! Teraz pamiętam. Był z nami w Stambule, prawda? Cały weekend przeganiała go z miejsca na miejsce jak niewolnika. Myślałaś, że byli…
– Co? Eliso? Nie słyszę cię. Rozmawiam teraz z Dannym, więc wyciszam słuchawki. Zaraz wracam. – Zerwałam je z głowy i padłam na wyściełane siedzenie, usiłując nie wyobrażać sobie, co właśnie pomyślał Sammy o tej małej wymianie zdań.
– Co jest? – zapytał nieodmiennie wymowny Danny ze swojego stanowiska przy barze. Gapił się na Króliczki, które biegały z miejsca na miejsce, szykując się na atak mężczyzn o lepkich łapach i zazdrosnych kobiet.
– Nic, nic. Chyba naprawdę jesteśmy gotowi, co?
– Mowa.
– Potrafisz wymyślić coś, o czym zapomniałam?
Wychylił trzecie w ciągu pięciu minut piwo.
– Nie. – Beknął.
Rozejrzałam się i ucieszyło mnie to, co zobaczyłam. Klub został zamieniony w miejsce idealne, by świętować pięćdziesiąt lat rozkładówek. Mieliśmy przygotowane dwa wejścia, jedno dla VIP-ów i drugie dla reszty, oba spowite w czarne namioty z masą czerwonych dywanów i logo. Wszyscy ludzie z ochrony byli w garniturach i z dyskretnymi słuchawkami, żeby jak najmniej rzucać się w oczy. Po wejściu do zewnętrznego namiotu każdy z gości miał wkroczyć do długiego korytarza, całego w czerni, który kończył się biegnącymi łukiem schodami, ozdobionymi przejrzystymi czarnymi zasłonami. Po pokonaniu schodów i przejściu przez zasłony wchodzący znajdowali się na czymś w rodzaju sceny, a zejście z niej do głównej sali mogli obserwować wszyscy zebrani. Lewą stronę pomieszczenia zajmował bar o długości kilkunastu metrów, gdzie trzydzieści pięć barmanek w seksownych majteczkach, topach bikini i z króliczymi uszkami miało przez całą noc mieszać drinki. Ścianę za barem pokrywał collage z rozkładówek „Playboya” z minionych pięćdziesięciu lat: wszystkie w kolorze i powiększone do dwukrotnej wielkości plakatu, zestawione w przypadkowy sposób (nie licząc mnogości zdjęć sprzed czasów woskowania bikini). Część dla VIP-ów umieściliśmy w głębi po prawej, był to odgrodzony linami teren z czarnymi welurowymi siedzeniami i tabliczkami REZERWACJA na szklanych stołach, obok pojemników do chłodzenia butelek. Na samym środku sali połyskiwała scena w kształcie ogromnego piętrowego tortu. Dwie dolne kondygnacje tworzyły przestrzeń do tańca dla Króliczków na czas występu o północy, a najwyższa miała pozostać ukryta do czasu pojawienia się naszego gościa niespodzianki. Wielka kolista przestrzeń do tańca otaczała scenę, obstawiona na obwodzie niskimi welurowymi ławami.
– Hej, jak tam sytuacja? – zapytała Kelly, okręcając się na pięcie, żeby pokazać superobcisłą, superkrótką i niemal przezroczystą sukienkę. – Podoba ci się?
– Wyglądasz niesamowicie – odparłam szczerze.
– Bette, chciałabym, żebyś poznała Henry'ego. Henry, to jedna z moich najjaśniejszych gwiazd, Bette.
Przyjemny, ale zupełnie nierzucający się w oczy mężczyzna koło czterdziestki – średniego wzrostu, średniej budowy, brązowe włosy – wyciągnął rękę i uśmiechnął się jednym z najcieplejszych uśmiechów, jakie w życiu widziałam.
– Bardzo miło mi cię poznać, Bette. Kelly dużo mi o tobie opowiadała.