Honor ponad wszystko [Echoes of Honor - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2003
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-389-X
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Honor ponad wszystko [Echoes of Honor - pl]». Краткое содержание книги:
Tymczasem na Hadesie, planecie więziennej, Honor leczy rany odniesione w trakcie ucieczki. O tym, że przeżyła, wiedzą jedynie dwie osoby. Dzięki pomocy więźniów Harrington opanowuje planetę i obiecuje zabrać ich ze sobą. Jest tylko jeden problem — uwięzionych jest prawie czterysta tysięcy, a ona ma zwyczaj dotrzymywać słowa.
— Uaktywnić napęd! — polecił.
— Tak jest, towarzyszu komandorze!
Towarzysz porucznik zniknął jak zdmuchnięty, a Proxmire wpatrzył się nieżyczliwie w ekran taktyczny. Nim węzły rozgrzeją się na tyle, by jednostka mogła zejść z orbity, minie dobre czterdzieści minut. Pozostało mieć nadzieję, że do tej pory sytuacja na planecie wyjaśni się na tyle, że otrzyma jakieś rozkazy.
Najlepiej takie, że nie musi nigdzie lecieć.
Scotty Tremaine wylądował w pobliżu zabudowań i natychmiast obie górne wieżyczki i tylna otworzyły ogień, przyduszając do ziemi ewentualnych obrońców. Ogień z ciężkich działek pulsacyjnych przemaszerował przez hangary i bliżej stojące pojazdy naziemne, roznosząc je na strzępy. Pod osłoną tej lawiny destrukcji otworzyły się wszystkie rampy desantowe i ponad trzystu uzbrojonych i żądnych zemsty ludzi wybiegło na płytę lotniska.
Byli podzieleni na trzy grupy i każdy znał swoje zadanie na tyle dokładnie, na ile było to możliwe, zanim jeszcze znalazł się na terenie obiektu ataku. W ciągu paru sekund zniknęli w dymie i ogniu niczym duchy zemsty.
— Wszyscy na zewnątrz! — zameldował Horace Harkness przez interkom. — Rampy zamknięte, wyjścia uszczelnione! Możemy startować!
— Przyjąłem — potwierdził Scotty. — Startujemy!
I z wyciem turbin poderwał prom pionowo w górę.
Co prawda na wyspie nie istniała już obrona przeciwlotnicza w prawdziwym znaczeniu tego słowa, ale to nie znaczyło, że nie było z czego zestrzelić promu. Największe zagrożenie dla maszyny, jak i dla oddziałów desantowych stanowiły czołgi i transportery opancerzone i właśnie nad miejsce ich parkowania skierował się Tremaine. Zawisł nad parkingiem i czekał, gotów zniszczyć każdy pojazd, do którego zdołają dotrzeć obrońcy.
— Ruszać się! — ryknął Ramirez.
Jego grupa miała w sumie najważniejsze zadanie. McKeon dowodził oddziałem, który miał zdobyć park broni maszynowej i uruchomić co się da, by wesprzeć natarcie innych, a Benson (no i oczywiście Dessouix) miała ze swoimi ludźmi zająć perymetr obronny wokół lotniska. Oba zadania były ważne, ale on musiał dotrzeć do centrum obozu i zdobyć najistotniejszy cel. I to zanim obrońcy zdążą go zniszczyć. Dlatego prowadził swoich ludzi w ogień i dym wywołany ostrzałem promu. Prosto ku budynkowi, który, jak wiedział, komodor Harrington starannie omijała, ostrzeliwując cele.
Z dymu wyłoniła się nagle grupka ubeków. Tylko paru miało broń boczną, a wszyscy wyglądali na totalnie ogłupionych. Co i tak nie miało znaczenia — znaleźli się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie — zawyły karabiny pulsacyjne, odezwały się granatniki i po grupie zostały rozbryźnięte, krwawe szczątki.
A oddział Ramireza parł dalej.
Towarzyszka major Steiner pozbierała się z pewnym trudem do pionu. W uszach jej dzwoniło, po twarzy spływała krew, ale i tak miała świadomość, że była niesamowitą wręcz szczęściarą. Zewnętrzne ściany wieży kontrolnej wykonane z krystoplastu wytrzymały eksplozje rakiet, ale wybuch bomb kasetowych roztrzaskał ją, zmieniając w lawinę lecących poziomo odłamków tnących i przebijających wszystko, co napotkają, skuteczniej od odłamków granatu. Sądząc po bezruchu i braku choćby jednego jęku, z obsady wieży przeżyła tylko ona.
Zataczając się, podeszła do drzwi… musiała znaleźć jakąś broń… prom był tylko jeden, a to oznaczało, że napastników było góra dwustu-trzystu. Obrońcy górowali nad nimi liczebnością co najmniej pięciokrotnie, nie wspominając już o czołgach i zbrojach. Wszystko, czego potrzebowali, to chwila oddechu, by otrząsnąć się z szoku, i…
Już pewniejszym krokiem wyszła na korytarz — dokładnie w momencie, w którym zza narożnika wybiegł dwudziesto-pięcioosobowy pluton dowodzony przez Henriego Dessouix. Ponad połowa z nich odruchowo nacisnęła spusty.
To, co zostało po towarzyszce major Steiner, nadawało się jedynie do zmycia ze ścian, podłogi i sufitu.
— Teraz! — krzyknął Alistair McKeon.
I sześciu ludzi ruszyło biegiem przez otwartą przestrzeń dzielącą ich od parku maszynowego. Jakaś grupa ubeków zdążyła otrząsnąć się z szoku, gdyż z okien koszar odezwało się działko pulsacyjne. Seria skosiła dwóch, ale reszta była już poza polem ostrzału.
Działko było lekkie, w związku z czym promu strącić nie mogło, ale strzelec był idiotą: należało poczekać na większą grupę, zostawiając czujkę w spokoju, wtedy urządziłby masakrę. Tak zabił dwóch napastników i zwrócił uwagę załogi promu.
Maszyna obróciła się, pozostając w zawisie, i lekko obniżyła dziób. W następnej sekundzie z budynku koszar buchnął ogień i dym, gdy Honor umieściła w nim rakietę i poprawiła sekundową serią ze sprzężonych przeciwpancernych działek zamontowanych w dziobie.
McKeon dał znak swoim ludziom i już bez strat pokonali otwartą przestrzeń. Przy pojazdach i zasilanych zbrojach przechowywanych w magazynie zwanym potocznie Kostnicą pracowało w chwili ataku kilkunastu techników. Połowa z nich była uzbrojona, choć jedynie w broń boczną. Część z nich podjęła walkę, wykazując więcej odwagi, niż McKeon się spodziewał, albo też nie chcąc żywcem dostać się w ręce więźniów. W wyniku starcia stracił jedenastu ludzi, nim jego oddział oczyścił z ostatnich obrońców park maszynowy i magazyn, w którym przechowywano i naprawiano zbroje zasilane.
Zostawił piętnastu ludzi jako garnizon Kostnicy z zadaniem zniszczenia jej, gdyby nie udało się jej utrzymać w przypadku silnego kontrataku. Była to misja samobójcza, ale gdyby garnizon dysponował zbrojami, oznaczałoby to masakrę wszystkich napastników. Reszta zajęła się sprawdzaniem, co zdołają uruchomić i obsługiwać ze stojącego na parkingu sprzętu pancernego.
Najszybciej poszło im ze stojącym w pierwszym rzędzie lekkim czołgiem, toteż wyprowadzili go z linii, a Alistair McKeon stanął na płycie silnika tak, by móc obsługiwać zamontowane na wieży działko pulsacyjne, i uśmiechnął się z zadowoleniem, gdy ruszyli w kierunku, z którego dochodziły odgłosy najgęstszej strzelaniny.
Był to uśmiech szeroki, szczerbaty i straszny.
— Odpalaj! — warknął Ramirez.
Skulona obok niego specjalistka od materiałów wybuchowych nacisnęła przycisk detonatora i wzmocniony ładunek kumulacyjny przytwierdzony do pancernych drzwi zagradzających wejście do celu eksplodował, wtłaczając je do środka. Zespół uderzeniowy uzbrojony w granatniki automatyczne i strzelby systemu flechette wpadł do środka, nim rozwiał się dym i opadły szczątki.
Powitał ich ogień pulserów i pierwszych dwóch ludzi zwaliło się martwych na podłogę, ale trzeci nim zginął, zdołał nacisnąć spust granatnika i posłać w głąb pomieszczenia serię pięciu granatów. Te eksplodowały z ogłuszającym hukiem i oślepiającym błyskiem i droga dla reszty stanęła otworem. Zespół uderzeniowy miał bowiem gogle polaryzujące i zatyczki w uszach, a granaty były oślepiająco-ogłuszające. Nie dlatego, by ktoś żałował ubeków, ale dlatego, że najważniejsze było zdobycie nie uszkodzonego sprzętu znajdującego się w pomieszczeniu. Wybuch pięciu normalnych granatów załatwiłby obrońców bez trudu, ale i zmienił aparaturę elektroniczną w złom. Ramirez po drodze stracił już ponad dwudziestu ludzi i nie miał zamiaru marnować ich poświęcenia nieprzemyślaną głupotą.