Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
Zastanawiałem się, jakim gatunkiem jesteśmy naprawdę, skoro sprowadzamy takie kataklizmy na swoich potomków?
Po meczu zeszliśmy z boiska, roześmiani i wyczerpani. Stubbins podziękował mi, że przyłączyłem się do gry.
— Nie ma o czym mówić — odrzekłem. — Jest pan dobrym piłkarzem, Stubbins. Może powinien pan to robić zawodowo.
— Prawdę mówiąc, grałem zawodowo — powiedział z tęsknotą w głosie. — Zapisałem się do drużyny United Newcastle... Ale to było na początku wojny. Wojna wkrótce położyła kres piłce nożnej. Oczywiście urządzano turnieje — mistrzostwa lig okręgowych i puchary ligii wojennej — ale w ciągu ostatnich pięciu czy sześciu lat nawet to się skończyło.
— Szkoda — stwierdziłem. — Ma pan talent, Stubbins.
Wzruszył ramionami. Jego wrodzona skromność walczyła z ewidentnym rozczarowaniem.
— Widocznie kariera nie była mi sądzona.
— Teraz jednak dokonał pan czegoś znacznie ważniejszego — pocieszyłem go. — Zagrał pan w pierwszym meczu piłkarskim na Ziemi. I na dodatek strzelił trzy gole. — Poklepałem go po plecach. — Z tego każdy mógłby być dumny, Albercie!
W miarę upływu czasu coraz bardziej stawało się dla nas jasne — chodzi mi o poziom świadomości głębszy od rozumu, gdzie zgromadzona jest wiedza — że naprawdę nigdy nie wrócimy do domu. Powoli — przypuszczam, że nieuchronnie — związki i więzi partnerskie z dwudziestego wieku popadały w zapomnienie i koloniści zaczęli się łączyć w pary. W tych związkach nie zwracano uwagi na stopień wojskowy, klasę społeczną czy rasę: sipaje, Gurkhowie i Anglicy łączyli się bez żadnych uprzedzeń. Tylko Hilary Bond, pamiętając swoje dawne stanowisko, trzymała się od tego wszystkiego z daleka.
Powiedziałem Hilary, że z racji swojego stopnia mogłaby udzielać ślubu — tak jak kapitan na morzu. Podziękowała mi za tę sugestię, ale wyczułem w jej głosie sceptycyzm i więcej nie rozmawialiśmy na ten temat.
Wzdłuż wybrzeża i w górę doliny rzeki od naszej nadmorskiej sadyby wyrosły kwatery. Hilary przypatrywała się temu z dużą dozą tolerancji. Jej jedyny wymóg był taki — na razie — aby żadna kwatera nie znajdowała się poza zasięgiem wzroku sąsiedniej i nie była położona dalej niż milę od budynku. Koloniści bez sprzeciwu przyjęli te ograniczenia.
Mądrość Hilary w odniesieniu do spraw małżeńskich — i mojego przeciwnego, szalonego stanowiska — wkrótce stała się oczywista, gdyż pewnego dnia zobaczyłem, jak Stubbins spaceruje po plaży, obejmując ramionami dwie młode kobiety. Powitałem ich wszystkich z radością, ale dopiero kiedy mnie minęli, uświadomiłem sobie, że nie wiem, która z nich jest żoną Stubbinsa!
Zapytałem Hilary i dostrzegłem, że z trudem tłumi śmiech.
— Widziałem, jak Stubbins tańczy polkę szkocką z Sara — zaprotestowałem — ale kiedy zaszedłem do jego chaty nazajutrz rano w zeszłym tygodniu, była tam ta inna dziewczyna...
Hilary wreszcie wybuchnęła śmiechem i położyła pokiereszowane ręce na moich ramionach.
— Mój drogi przyjacielu — odrzekła. — Żeglowałeś po morzach czasu i przestrzeni, wielokrotnie zmieniłeś historię, bez wątpienia jesteś geniuszem, a jednak zupełnie nie znasz ludzi!
Byłem zakłopotany.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Zastanów się. — Przesunęła ręką po okaleczonej głowie, na której rosły kępki posiwiałych włosów. — Jest nas trzynastu — nie licząc twojego przyjaciela, Nebogipfela. I w tej trzynastce jest osiem kobiet oraz pięciu mężczyzn. — Spojrzała na mnie. — Taka jest nasza sytuacja. Nie ma za horyzontem żadnej wyspy, skąd mogliby przybyć młodzieńcy, by poślubić nasze dziewczyny... Gdybyśmy wszyscy połączyli się w stałe pary... Gdybyśmy utworzyli związki monogamiczne — tak jak to proponujesz — nasza kolonia wkrótce by się rozpadła. Bo osiem i pięć to nierówne cyfry. Dlatego myślę, że pewna dowolność w naszych związkach jest jak najbardziej na miejscu. Dla dobra wszystkich. Nie uważasz? A poza tym to korzystne dla genetycznej różnorodności, o której poucza nas Nebogipfel.
Byłem zszokowany. Nie z powodu (w co głęboko wierzyłem) jakichkolwiek oporów moralnych, lecz wyrachowania, które się za tym wszystkim kryło!
Wstałem zatroskany i zamierzałem odejść. I wtedy przyszła mi do głowy pewna myśl. Odwróciłem się z powrotem.
— Ale, Hilary, przecież i ja jestem jednym z pięciu, o których mówisz.
— Oczywiście.
Spostrzegłem, że się ze mnie nabija.
— Ale ja nie... To znaczy...
Wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
— Może nadeszła pora, żebyś to zrobił. Wiesz, tylko pogarszasz sytuację.
Wyszedłem z mętlikiem w głowie. Najwidoczniej między rokiem 1891 i 1944 społeczeństwo rozwinęło się w sposób, o jakim nigdy mi się nie śniło!
Prace przy wielkim budynku postępowały szybko i w niespełna kilka miesięcy po bombardowaniu zasadnicza część budowli była zrobiona. Hilary Bond ogłosiła, że odprawione zostanie nabożeństwo, by uczcić zakończenie budowy. Z początku Nebogipfel sprzeciwiał się — z charakterystyczną dla Morloków przesadną logiką nie widział w tym żadnego sensu — ale przekonałem go, że jego uczestnictwo będzie dobrym posunięciem politycznym, jeżeli chodzi o przyszłe stosunki z kolonistami.
Umyłem się, ogoliłem i zadbałem o swój wygląd najlepiej, jak mogłem, zważywszy na to, że byłem ubrany jedynie w postrzępione spodnie.
Nebogipfel uczesał i przyciął swoją grzywę konopiastych włosów. Zważywszy na względy praktyczne naszej sytuacji, wielu kolonistów chodziło prawie nago, okrywając intymne części ciała wąskimi paskami z płótna lub zwierzęcej skóry. Dziś jednak założyli resztki mundurów, które starannie wyczyścili i zreperowali. Choć była to defilada, która nie przeszłaby szczęśliwie przeglądu w Aldershot, zaprezentowaliśmy się z elegancją i dyscypliną, które mnie wzruszyły.
Weszliśmy po niskich, nierównych schodach do nowego budynku, gdzie panowała ciemność. Choć wyboista, podłoga była zakryta i zamieciona, a poranne światło słoneczne wsączało się ukośnie przez okna bez szyb. Poczułem lęk połączony z podziwem: pomimo prymitywności architektury i konstrukcji budynek sprawiał wrażenie solidnego, zdolnego przetrwać dłuższy okres.
Hilary Bond stanęła na podwyższeniu utworzonym ze zbiornika samochodu i wsparła się ręką na szerokim ramieniu Stubbinsa. Od jej zniszczonej twarzy, okolonej dziwacznymi kępkami włosów na głowie, biła godność.
Oświadczyła, że nasza nowa kolonia została utworzona i trzeba ją jakoś nazwać. Zaproponowała nazwę „Pierwszy Londyn”. Potem poprosiła nas wszystkich, żebyśmy się przyłączyli do niej w modlitwie. Wraz z innymi spuściłem głowę i złożyłem dłonie przed sobą. Wychowałem się w domu, gdzie wyznawano surowe zasady odłamu kościoła anglikańskiego, zbliżonego do rzymskokatolickiego. Pod wpływem słów Hilary odczułem teraz nostalgię za czasami, które były prostsze i dawały poczucie pewności oraz bezpieczeństwa.