Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
Pokręciłem głową.
— Sam nie wiem. Czasami czuję się stary i zmęczony, jakbym już dość zobaczył!
Żachnęła się z pogardą na te słowa.
— Bzdury. Posłuchaj, ty zacząłeś... — machnęła ręką — to wszystko, co tu jest. Podróże w czasie i wszystkie wynikłe z tego zmiany. — Spojrzała na spokojne morze. — A to jest największa zmiana, prawda? — Pokręciła głową. — Wiesz, miałam trochę do czynienia ze strategicznymi planistami w RWWSC i za każdym razem wychodziłam przygnębiona ograniczonym myśleniem tych typów. Tu chcieli ustalić przebieg bitwy, tam dokonać zamachu na jakąś pomniejszą figurę... Jeśli człowiek ma takie narzędzie jak PPC i jeśli wie, że można zmienić historię, tak jak my to wiemy, to czy powinien się ograniczać do takich błahostek? Po co się ograniczać do kilkudziesięciu lat i mieszania w dzieciństwo Bismarcka oraz kajzera, kiedy można się cofnąć o miliony lat, tak jak my? Nasze dzieci będą miały pięćdziesiąt milionów lat, by przebudować świat... Może przekształcimy ludzką rasę, prawda? — Odwróciła się do mnie. — Ale ty jeszcze nie dotarłeś do końca. Jak sądzisz, jaka będzie ostateczna zmiana? Czy można wrócić do chwili stworzenia i zacząć wszystko od początku? Jak daleko można posunąć te zmiany?
Przypomniałem sobie Gödela i jego marzenia o ostatecznym świecie.
— Nie wiem, jak daleko można to posunąć — odparłem zgodnie z prawdą. — Nawet nie potrafię sobie tego wyobrazić.
Widziałem przed sobą jej twarz, która wydawała mi się ogromna. W pogłębiającym się mroku jej oczy przypominały ciemne studnie.
— A zatem — powiedziała — musisz podróżować dalej i dowiedzieć się tego, prawda?
Przysunęła się bliżej i poczułem, jak moja ręka zaciska się wokół jej dłoni, a jej ciepły oddech muska mi policzek.
Wyczułem w Hilary pewną sztywność, powściągliwość, którą próbowała przezwyciężyć, przynajmniej siłą woli. Dotknąłem jej ramienia, napotykając pokiereszowane ciało. Hilary wzdrygnęła się, jakby moje palce były z lodu. Potem jednak zacisnęła rękę wokół mojej dłoni i przycisnęła ją do swego ramienia.
— Musisz mi wybaczyć — powiedziała. — Nie jest mi łatwo być blisko kogoś.
— Dlaczego? Z powodu obowiązków wynikających ze stanowiska dowódcy?
— Nie — odparła tonem, który sprawił, że poczułem się głupio i niezręcznie. — Z powodu wojny. Rozumiesz? Z powodu tych wszystkich, którzy odeszli... Czasami trudno jest mi zasnąć. Człowiek cierpi teraz, a nie potem, i właśnie to jest tragedia dla tych, którzy pozostają przy życiu. Czujesz, że nie potrafisz zapomnieć i że to nawet niewłaściwe, iż żyjesz dalej.
Zacytowała wiersz:
Przyciągnąłem ją do siebie i Hilary poddała mi się, krucha, ranna istota.
W ostatniej chwili szepnąłem:
— Dlaczego, Hilary? Dlaczego teraz?
— Z powodu genetycznej różnorodności — odparła z coraz szybszym oddechem. — Genetycznej różnorodności...
I wkrótce na brzegu tego pierwotnego morza wybraliśmy się w podróż, nie do końca czasu, lecz do granic naszej ludzkości.
Kiedy się obudziłem, nadal panowała ciemność, a Hilary już nie było.
Przyszedłem do naszego starego obozowiska, kiedy jaśniało już pełne światło dnia. Nebogipfel obrzucił mnie krótkim spojrzeniem zza maski. Najwidoczniej moja decyzja nie zdziwiła go bardziej niż Hilary.
Jego samochód czasu był ukończony. Miał kształt pudełka o powierzchni około pięciu stóp kwadratowych i wokół niego dostrzegłem kawałki nieznajomego metalu: przypuszczałem, że to były fragmenty messerchmitta, które Nebogipfel uratował z wraka. Znajdowała się tam ławka, sklecona z drewna dipterocarps, i mały pulpit sterowniczy — prymitywna konstrukcja złożona z przycisków i przełączników, której główny element stanowiła dźwignia kolankowa, uratowana przez Nebogipfela z naszego pierwszego samochodu czasu.
— Mam dla ciebie ubranie — oznajmił Morlok. Podniósł buty, koszulę z diagonalnej tkaniny i spodnie. Wszystkie te rzeczy były w dość dobrym stanie. — Wątpię, czy naszym kolonistom będzie ich teraz brakować.
— Dziękuję.
Dotychczas nosiłem szorty ze zwierzęcej skóry. Szybko się ubrałem.
— Dokąd chcesz pojechać? — zapytał.
Wzruszyłem ramionami.
— Do domu. Do roku 1891.
Skrzywił się.
— On już przepadł w wielorakości.
— Wiem. — Wdrapałem się do machiny. — W każdym razie jedźmy naprzód i przekonajmy się, co zastaniemy.
Po raz ostatni spojrzałem na paleoceńskie morze. Pomyślałem o Stubbinsie i udomowionej diatrymie oraz świetle, które codziennie rano odbijało się od morza. Wiedziałem, że tutaj prawie osiągnąłem stan szczęścia — zadowolenia, które umykało mi przez całe życie — ale Hilary miała rację: to było za mało.
Nadal czułem wielką tęsknotę za domem. Pomyślałem, że w rzece czasu to zew tak silny, jak instynkt, który każe łososiowi wrócić do miejsca tarła. Wiedziałem jednak — zgodnie z tym, co powiedział Nebogipfel — że mój rok 1891, przytulny świat Richmond Hill, przepadł w rozłupionej wielorakości.
Zdecydowałem, że jeśli nie mogę wrócić do domu, to będę kontynuował wędrówkę. Podążę drogą zmian, aż dojdę do samego końca!
Nebogipfel spojrzał na mnie badawczo.
— Jesteś gotowy?
Pomyślałem o Hilary. Nie jestem jednak człowiekiem, który zaprząta sobie głowę pożegnaniami.
— Tak — odparłem zdecydowanie.
Nebogipfel wszedł z trudem do machiny, uważając na swoją źle zrośniętą nogę. Bez zbędnych ceregieli wyciągnął rękę do pulpitu sterowniczego i zamknął obwód niebieskiej dźwigni kolankowej.
19. ŚWIATŁA NA NIEBIE
Po raz ostatni zobaczyłem dwoje nagich ludzi — mężczyznę i kobietę, którzy wydawali się pędzić przez plażę. Przez chwilę na samochód padał cień, rzucony być może przez jedno z olbrzymich zwierząt żyjących w tej erze. Niebawem jednak poruszaliśmy się już zbyt szybko, by dostrzegać takie szczegóły i wpadliśmy w bezbarwny zamęt podróży w czasie.
Ciężkie paleoceńskie słońce przeskakiwało nad morzem i wyobraziłem sobie, jak z punktu widzenia naszego przejścia przez czas Ziemia wiruje wokół swojej osi niczym baje i okrąża swoją gwiazdę. Księżyc również sprawiał wrażenie pędzącej tarczy i z powodu migotania związanego ze zmianą faz wyglądał niewyraźnie. Wkrótce codzienna wędrówka słońca stopiła się we wstęgę srebrnego światła, które oscylowało między punktami równonocy, a dzień i noc zlały się w opisany przez mnie już wcześniej jednorodny, niebieskoszary blask.
Drzewa dipterocarps z drżeniem wyrastały i umierały, wypierane przez energicznie rosnące młode rośliny, ale krajobraz wokół nas — las, morze wygładzone wskutek naszej podróży w czasie i podobne do trawiastej równiny — pozostawały w zasadzie nieruchome. Zastanawiałem się, czy pomimo wszystkich wysiłków moich i Nebogipfela ludziom w ostatecznym rozrachunku udało się przeżyć w paleocenie.
Potem — całkiem niespodziewanie — las zwiędnął i zniknął. To wyglądało tak, jakby dywan zieleni został wyrwany z gleby. Jednakże ziemia nie pozostała goła. Gdy tylko las został usunięty, Ziemię okryła mieszanina bryłowatego brązu i zieleni — budynki rozwijającego się Pierwszego Londynu. Budynki zaścieliły wyludnione wzgórza i ciągnęły się w dół ku morzu, by przemienić się w doki i porty. Poszczególne konstrukcje drżały i znikały, niemal zbyt szybko, byśmy mogli prześledzić ich historię, choć kilka z nich pozostało tak długo — przypuszczam, że przez kilka stuleci — iż stały się prawie nieprzezroczyste, przypominając prymitywne szkice. Morze straciło swoje niebieskie zabarwienie i przemieniło się w brudnoszarą płachtę, a jego fale i pływy stały się rozmazane. Powietrze przybrało brązowy odcień, jak podczas londyńskiej mgły lat 1890-tych, przez co pejzaż wydawał się brudny, pogrążony w półmroku. Odnosiliśmy wrażenie, że powietrze wokół nas jest cieplejsze.