Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
To było uderzające, że pomimo upływu stuleci, niezależnie od losu poszczególnych budynków, ogólne kontury miasta były wciąż takie same. Zauważyłem, że wstęga centralnej rzeki — proto-Tamizy — i trasy głównych dróg pozostały w zasadzie nie zmienione. To był zadziwiający pokaz, jak geomorfologia, rzeźba terenu, wywiera dominujący wpływ na geografię człowieka.
— Najwidoczniej nasi koloniści przetrwali — powiedziałem do Nebogipfela. — Stali się rasą Nowych Ludzi i zmieniają swój świat.
— Tak. — Morlok poprawił swoją skórzaną maskę na twarzy. — Nie zapominaj jednak, że podróżujemy z szybkością kilku stuleci na sekundę. Jesteśmy w środku miasta, które istnieje już od kilku tysięcy lat. Wątpię, czy wiele pozostało z Pierwszego Londynu, jaki zapamiętaliśmy.
Rozejrzałem się z dużym zainteresowaniem. Moja grupka wygnańców musiała już być tak odległa dla tych Nowych Ludzi, jak Sumerowie od, powiedzmy, roku 1891. Czy w tej niezwykle rozwiniętej i bardzo aktywnej cywilizacji zachowały się jakieś wspomnienia o kruchych początkach gatunku ludzkiego w antycznej epoce paleocenu?
Uświadomiłem sobie, że na niebie zaszła zmiana: pojawiło się dziwne, zielone, migoczące światło. Wkrótce domyśliłem się, że to Księżyc, który nadal żegluje wokół Ziemi. Jego odwieczny cykl przybywania i ubywania przebiegał zbyt szybko, bym zdołał go prześledzić, ale tarcza tego cierpliwego towarzysza była teraz zabarwiona na zielono i niebiesko — kolorami Ziemi i życia.
Zamieszkany Księżyc podobny do Ziemi! Ci Nowi Ludzie najwyraźniej polecieli na bratni świat w machinach kosmicznych, przekształcili go i skolonizowali. Może przeobrazili się w rasę księżycowych ludzi, tak wysokich i wrzecionowatych jak niskograwitacyjni Morlokowie, których spotkałem w roku 657 208! Oczywiście, nie mogłem rozpoznać szczegółów, ponieważ z powodu jednomiesięcznego ruchu po swojej orbicie Księżyc wirował na niebie podczas mojej szybkiej wędrówki. Żałowałem, że tak jest, ponieważ w przeciwnym razie, gdybym miał teleskop, mógłbym przyjrzeć się dokładnie wodom nowych oceanów, chlupoczącym w głębokich, odwiecznych kraterach, oraz lasom porastającym zakurzone obszary wielkich księżycowych mórz. Jak by to było stać na tamtych skalistych równinach, zostać uwolnionym od grawitacyjnych szelek matki Ziemi? Przy tamtym zmniejszonym ciążeniu człowiek przy każdym kroku frunąłby w rzadkim, zimnym powietrzu, mając nad głową ogniste, nieruchome słońce. Pomyślałem, że byłby to krajobraz jak z bajki — oślepiający blask i rośliny bardziej niepodobne do ziemskiej flory niż te, które wyobrażałem sobie pośród skał w głębinach morza...
Cóż, był to widok, którego nie mogłem nigdy zobaczyć. Z wysiłkiem wróciłem w wyobraźni z Księżyca do rzeczywistości i skupiłem się na naszej obecnej sytuacji.
Na zachodnim niebie, nisko nad horyzontem, zapanował teraz jakiś ruch: drobne światełka ożyły, przeskoczyły po niebie i ustawiły się na miejscu, pozostając tam na wiele tysiącleci, nim zniknęły i zostały zastąpione przez inne. Niebawem zaroiło się od tych iskierek, które scaliły się w pewnego rodzaju most łączący niebo od horyzontu do horyzontu. Na szczycie tego mostu naliczyłem kilkadziesiąt światełek w tym mieście na niebie.
Pokazałem je Nebogipfelowi.
— Czy to są gwiazdy?
— Nie — odrzekł spokojnie. — Ziemia nadal wiruje i prawdziwe gwiazdy są niewidoczne. Światła, które widzimy, wiszą nieruchomo nad Ziemią...
— A więc czym one są? Sztucznymi księżycami?
— Być może. Na pewno umieszczone tam zostały przez ludzi. Te obiekty mogą być sztuczne — skonstruowane z materiałów ściągniętych z Ziemi lub Księżyca, na którym grawitacja jest o tyle mniejsza, albo naturalne, przyholowane i rozstawione wokół Ziemi przez rakiety: być może są to pochwycone asteroidy lub komety.
Spojrzałem na tamte stłoczone światła z takim lękiem, z jakim jaskiniowiec mógłby patrzeć na światło komety przebiegającej nad jego podniesioną głową dzikusa!
— Jaki byłby cel takich stacji kosmicznych?
— Taki satelita przypomina unieruchomioną nad Ziemią wieżę o wysokości dwudziestu tysięcy mil...
Skrzywiłem się.
— Niezły widok! Człowiek mógłby w niej siedzieć i obserwować rozwój pogody nad półkulą.
— Lub stacja mogłaby służyć do przekazu telegraficznych wiadomości z jednego kontynentu na drugi. Albo też, idąc jeszcze dalej, można sobie wyobrazić przeniesienie wielkich gałęzi przemysłu — może przemysłu ciężkiego lub energetycznego — do stosunkowo bezpiecznego środowiska orbity okołoziemskiej.
Rozłożył ręce.
— Pewnie sam już zaobserwowałeś pogorszenie się jakości powietrza i wody wokół nas. Ziemia ma ograniczoną zdolność wchłaniania odpadów przemysłowych. Gdy sytuacja osiągnie punkt krytyczny, planeta może się nawet nie nadawać do zamieszkania.
— Na orbicie jednak — ciągnął — ograniczenia rozwoju dosłownie nie istnieją. Przypomnij sobie Sferę, którą zbudowali moi ziomkowie.
W miarę gdy powietrze psuło się coraz bardziej, temperatura otoczenia rosła. Sklecony na poczekaniu samochód czasu Nebogipfela był funkcjonalny, ale kiepsko wyważony i dlatego chwiał się i kołysał. Przywarłem żałośnie do ławki, gdyż połączenie upału, kołysania i zawrotów głowy, które zawsze towarzyszą podróżowaniu w czasie, wywołało u mnie mdłości.
20. ORBITALNE MIASTO
Nasze równikowe miasto orbitalne rozwijało się dalej. Dostrzegłem, że wśród chaotycznie rozrzuconych sztucznych świateł zapanował porządek. Teraz widać było siedem lub osiem oślepiająco jasnych stacji, rozmieszczonych wokół globu w równych odstępach. Przypuszczałem, że poniżej linii horyzontu musi znajdować się więcej takich stacji, które kontynuują swój stały marsz wokół obwodu planety.
Pasemka światła, cienkie i delikatne, zaczęły spływać z pobłyskujących stacji równomiernie w dół, kierując się niepewnie ku Ziemi jak palce. Poruszały się jednostajnie i dostatecznie wolno, byśmy mogli prześledzić ich bieg. Uświadomiłem sobie, że obserwuję zdumiewające wyczyny inżynierii — przedsięwzięcia obejmujące odległości rzędu tysięcy mil i zajmujące okres wielu tysiącleci — i byłem pełen nabożnego szacunku dla oddania oraz zdolności umysłowych Nowych Ludzi.
Po kilku sekundach pierwsze pasemka wślizgnęły się w nieprzejrzystą mgłę na horyzoncie. Jedno pasemko zniknęło i stacja, z którą było połączone, zgasła jak płomień świeczki na wietrze. Najwidoczniej pasemko spadło lub się urwało i jego stacja kotwiczna została zniszczona. Obserwowałem blade, bezdźwięczne obrazy, zastanawiając się, jakąż to olbrzymią katastrofę — i ile śmiertelnych ofiar — reprezentują! Ale po kilku chwilach w pustym miejscu na opasującym równik paśmie ustawiono nową stację i wysunęło się kolejne pasemko.
— Nie wierzę własnym oczom — powiedziałem Morlokowi. — Wygląda mi na to, że ustawiają te kable z przestrzeni kosmicznej do Ziemi!