Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Statki czasu [The Time Ships - pl]
Statki czasu [The Time Ships - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Statki czasu [The Time Ships - pl]

Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:

Powieść napisana została z pozycji pojmowania kosmosu przez człowieka końca dwudziestego wieku i zdobyczy współczesnej nauki; jest nowoczesną reinterpretacją wizji Wellsa. Podróżnik w czasie u Baxtera zmierza ku nieskończoności. Jego zadanie jest daleko ważniejsze niz tylko uratowanie Weeny: prócz tajemnicy przyszłości musi także rozwiązać paradoksy otaczającego go świata.
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
1 ... 82 83 84 85 86 87 88 89 90 ... 128
Перейти на страницу:

To mnie zirytowało. „Sami sobie zgotowaliście?” Nikt z nas nie prosił przeklętego Niemca o to, żeby wybrał się w przeszłość z bombą zbudowaną na bazie karolinu.

— Niech cię diabli wezmą! Próbowałem ci tylko pogratulować z powodu tego, co zrobiłeś dla tej dziewczyny!

— Wolałbym jednak, żebyś nie przyprowadzał mi takich smutnych ofiar szaleństwa, testując moją litość i pomysłowość.

— Niech to licho porwie!

Pomyślałem, że czasami Morlok jest naprawdę nieznośny — zupełnie nieludzki!

Stubbins i ja podtrzymywaliśmy ogień, dorzucając do niego świeże drewno, tak że iskrzył, strzelał i buchał kłębami dymu w kolorze białych chmur. Stubbins robił krótkie wypady poszukiwawcze do lasu, ale bez skutku. Musiałem mu obiecać, że jeśli w ciągu kilku dni ogień nie da pomyślnych rezultatów, pójdziemy ponownie na obchód rejonu wokół epicentrum wybuchu.

Ocalali zaczęli zjawiać się w czwartym dniu po bombardowaniu. Przychodzili pojedynczo lub parami. Byli poparzeni i zmaltretowani, ubrani w strzępy strojów dżunglowych. Wkrótce Nebogipfel prowadził dość duży szpital polowy — rząd sienników z palmowych liści, które leżały w cieniu drzew dipterocarps — natomiast ci, którzy byli sprawni, zajęli się pielęgnacją chorych i zbieraniem dalszych zapasów.

Przez pewien czas żywiliśmy nadzieję, że gdzie indziej istnieje jakieś inne obozowisko, które jest lepiej wyposażone od naszego. Snułem domysły, że być może Guy Gibson przeżył i wziął sprawę w swoje ręce, podchodząc do nowej sytuacji z charakterystycznym dla siebie spokojem i zmysłem praktycznym.

Przeżyliśmy chwilę optymizmu, kiedy na plaży pojawił się lekki pojazd mechaniczny. W samochodzie siedziało dwóch żołnierzy. Okazało się, że to młode kobiety. Doznaliśmy jednak rozczarowania. Te dwie dziewczyny były najdalej wysuniętą grupą badawczą, którą oddział wysłał z bazy. Grupa ta jechała wzdłuż wybrzeża na zachód, szukając drogi umożliwiającej wjazd w głąb kraju.

Przez kilka tygodni po ataku wysyłaliśmy grupy, które patrolowały plażę i las. Czasami odkrywały one szczątki jakiejś biednej ofiary bombardowania. Wydawało się, że niektórzy żyli przez pewien czas po pierwszym wybuchu, ale, osłabieni wskutek doznanych obrażeń, okazali się niezdolni, by przeżyć lub wezwać pomoc. Niekiedy grupa wracała z resztkami wyposażenia. (Nebogipfel nalegał, by przynosić wszelkie odłamki metalu. Argumentował, że minie jeszcze sporo czasu, nim nasza mała kolonia będzie w stanie wytapiać rudę.) Nie znaleźliśmy już jednak nikogo więcej żywego. Dwie kobiety w samochodzie były ostatnimi osobami, które do nas dołączyły.

Mimo to paliliśmy ognisko w dzień i w nocy, jeszcze długo po tym, jak straciliśmy wszelkie uzasadnione nadzieje, że pojawią się kolejne osoby, które przeżyły katastrofę.

Z ponad stu członków ekspedycji bombardowanie i burzę ogniową przeżyło dwadzieścia jeden osób: jedenaście kobiet, dziewięciu mężczyzn i Nebogipfel. Po Guyu Gibsonie nie było śladu. Nepalski doktor również zginął.

Zajęliśmy się więc opieką nad rannymi, zbieraniem zapasów niezbędnych do przeżycia i rozważaniem, jak stworzyć przyszłą kolonię, gdyż po zniszczeniu molochów wkrótce stało się dla nas wszystkich jasne, że nie wrócimy do rodzimego stulecia, że w końcu złożymy kości w tej paleoceńskiej ziemi.

15. NOWA OSADA

Cztery osoby zmarły wskutek oparzeń i innych ran wkrótce po przyniesieniu ich do obozu. Wydawało się, że przynajmniej niewiele cierpiały. Zastanawiałem się, czy czasem Nebogipfel nie domieszał czegoś do swych leków, by skrócić ich męki.

Zachowałem jednak te podejrzenia dla siebie.

Każda śmierć bardzo przygnębiała naszą małą kolonię. Jeżeli chodzi o mnie, to czułem się odrętwiały, jakby groza wypełniła moją duszę po brzegi, zabijając wszelkie uczucia. Obserwowałem, jak zmaltretowani, młodzi żołnierze w postrzępionych, zakrwawionych mundurach wykonują swoje ponure prace i wiedziałem, że kolejne zgony w twardych, prymitywnych warunkach brudu i nędzy, w których walczyliśmy o przetrwanie, zmuszały ich wszystkich do tego, by ponownie stanęli oko w oko ze swoją śmiertelnością.

Na domiar złego po kilku tygodniach nasze przerzedzone szeregi zaczęła nękać nowa choroba. Dotknęła kilka osób, które już wcześniej odniosły rany, lecz — co było niepokojące — także innych, z pozoru zdrowych. Objawy były przerażające: wymioty, krwotoki zewnętrzne i wypadanie włosów, paznokci, a nawet zębów.

Nebogipfel wziął mnie na stronę.

— Potwierdzają się moje obawy — szepnął. — To choroba spowodowana działaniem promieniowania karolinu.

— Czy ktokolwiek z nas jest bezpieczny, czy wszyscy zachorujemy?

— Nie ma sposobu, by leczyć tę chorobę, można jedynie łagodzić niektóre najcięższe objawy. Jeżeli chodzi o bezpieczeństwo...

— Tak?

Wsunął ręce pod maskę i przetarł oczy.

— Nie istnieje bezpieczny poziom radioaktywności — wyjaśnił. — Są jedynie stopnie ryzyka. Być może wszyscy przeżyjemy lub wszyscy zachorujemy.

To wszystko bardzo mnie zmartwiło. Widok tych młodych ciał, które już nosiły blizny wieloletniej wojny, a teraz, wskutek działań bliźnich, leżały zmaltretowane na piasku, mogąc liczyć jedynie na niefachową pomoc medyczną Morloka — obcej istoty, która znalazła się na mieliźnie historii... Wstyd mi było za moją rasę i za siebie.

— Wiesz — powiedziałem Nebogipfelowi — kiedyś skłonny byłem wysuwać argumenty za tym, że wojna może się w końcu okazać siłą pozytywną, ponieważ zdolna jest zburzyć stary, skostniały porządek, i otworzyć świat na zmiany. Wierzyłem też we wrodzoną mądrość ludzkości: że doświadczywszy tylu zniszczeń w wojnie takiej jak ta, ludzie będą się kierować zdrowym rozsądkiem i położą temu wszystkiemu kres.

Nebogipfel pogładził się po twarzy.

— Zdrowym rozsądkiem? — powtórzył.

— Tak to sobie wyobrażałem — powiedziałem. — Ale nigdy dotąd nie doświadczyłem prawdziwej wojny. Gdy ludzie zaczynają się wyrzynać, nic ich nie powstrzyma przed całkowitym wyczerpaniem i wyniszczeniem! Teraz widzę, że wojna nie ma sensu. Nawet jej wynik nic nie znaczy...

Jednak z drugiej strony, powiedziałem Nebogipfelowi, zdziwił mnie altruizm tej garstki ludzi, którzy poświęcili się wzajemnej trosce i opiece. Teraz, gdy wszystko zostało sprowadzone do podstaw — do prostego ludzkiego cierpienia — zatarły się różnice związane z klasą społeczną, rasą, wiarą i stopniem wojskowym, które zaobserwowałem w oddziale ekspedycyjnym przed bombardowaniem.

W ten sposób — przyjmując beznamiętny sposób patrzenia Morloka — dostrzegłem tę sprzeczną mieszaninę sił i słabości, które stanowią istotę mojego gatunku! Ludzie są bardziej brutalni i zarazem pod pewnymi względami bardziej anielscy, niż sądziłem na podstawie pierwszych czterdziestu lat mojego życia.

— To trochę późno — przyznałem — by wyciągać takie głębokie nauki o gatunku, z którym dzieliłem planetę przez czterdzieści kilka lat. Tym niemniej, tak właśnie sprawa wygląda. Wydaje mi się teraz, że jeśli człowiek ma kiedykolwiek osiągnąć stan pokoju i stabilności — przynajmniej zanim przekształci się w coś nowego, na przykład w Morloka — to zjednoczenie gatunku musi się rozpocząć na samym dole: poprzez oparcie się na solidnym fundamencie — jedynym fundamencie polegającym na wytworzeniu instynktownego odruchu pomagania bliźnim. — Spojrzałem na Nebogipfela. — Czy widzisz, do czego zmierzam? Czy sądzisz, że to, co mówię, ma jakiś sens?

Ale Morlok ani nie potwierdził, ani nie zanegował mojej najnowszej hipotezy. Po prostu odwzajemnił mi się spokojnym, uważnym, badawczym spojrzeniem.

1 ... 82 83 84 85 86 87 88 89 90 ... 128
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)