Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
Choroba popromienna pochłonęła jeszcze trzy ofiary.
U wielu wystąpiły objawy — na przykład Hilary Bond straciła większość włosów — ale żadna z tych osób nie zmarła. Niektórzy, nawet jeden mężczyzna, który był bliżej pierwszego wybuchu niż większość osób, nie wykazywali żadnych oznak choroby. Jednakże Nebogipfel ostrzegł mnie, że to jeszcze nie koniec działania karolinu, gdyż w późniejszym życiu na każdego z nas mogą spaść inne choroby — rak i rozmaite dolegliwości.
Hilary Bond była najstarszym oficerem, który pozostał przy życiu. Gdy tylko zdołała się unieść na swoim posłaniu, zaczęła spokojnie i autorytatywnie rządzić. W naszej grupie zapanowała naturalna, wojskowa dyscyplina — choć znacznie uproszczona, gdyż z oddziału ekspedycyjnego przeżyło zaledwie trzynaście osób — i sądzę, że żołnierzom, zwłaszcza młodszym, bardzo odpowiadało przywrócenie tego znajomego porządku życia. Oczywiście, dryl wojskowy nie mógł się na stałe utrzymać. W przypadku przetrwania i pomyślnego rozwoju naszej kolonii w przyszłym pokoleniu organizacja oparta na hierarchii wojskowej okazałaby się niepożądana i niepraktyczna. Na razie jednak istniała taka potrzeba.
Większość żołnierzy miała żony czy mężów, rodziców, przyjaciół — nawet dzieci — w rodzinnym dwudziestym wieku. Teraz musieli pogodzić się z faktem, że nikt z nas nie wróci do domu. Gdy ich pozostały sprzęt powoli rozpadał się w wilgoci dżungli, żołnierze uświadomili sobie, że w przyszłości przeżyją tylko dzięki owocom własnej pracy i pomysłowości oraz wzajemnej pomocy.
Nadal pomny na niebezpieczeństwa radioaktywnego promieniowania, Nebogipfel nalegał, żebyśmy założyli stały obóz kawałek dalej na plaży. Wysłaliśmy grupy zwiadowcze, jak najlepiej wykorzystując nasz samochód, dopóki starczyło mu paliwa. Wreszcie zdecydowaliśmy się na deltę szerokiej rzeki, jakieś pięć mil na południowy zachód od pierwotnego obozowiska ekspedycji — przypuszczam, że było to w okolicy Surbiton. Gdybyśmy postanowili rozwinąć w przyszłości rolnictwo, ziemia granicząca z równiną przy naszej rzece byłaby żyzna i nawodniona.
Przeprowadziliśmy się etapami, gdyż wielu rannych trzeba było nieść przez większą część drogi. Na początku korzystaliśmy z samochodu, ale wkrótce benzyna się skończyła. Nebogipfel naciskał jednak, żebyśmy zabrali pojazd ze sobą. Miał nam służyć jako źródło gumy, szkła, metalu i innych materiałów. Tak więc załadowaliśmy samochód rannymi, zapasami i sprzętem i podczas ostatniej podróży pchaliśmy go po piasku jak taczkę.
Szliśmy utykając wzdłuż plaży — czternastu ludzi, którzy przeżyli — w poszarpanych ubraniach i z powierzchownie zaleczonymi ranami. Przyszła mi do głowy myśl, że gdyby jakiś beznamiętny obserwator zobaczył tę małą karawanę, chyba by się nie domyślił, że ta garstka obdartusów to jedyni w tej epoce przedstawiciele należący do gatunku, który pewnego dnia będzie w stanie zatrząść światem!
Nasza nowa kolonia znajdowała się w tak dużej odległości od pierwotnego obozowiska ekspedycji, że w pobliskim lesie nie widać było większych zniszczeń. Nie mogliśmy wszakże jeszcze zapomnieć o bombardowaniu, gdyż w nocy nadal żarzył się fioletowy płomień na wschodzie. Nebogipfel powiedział, że będzie widoczny przez wiele następnych lat. Wyczerpany całodzienną pracą, często siadałem na skraju obozu, z dala od świateł i rozmów, i obserwowałem, jak gwiazdy wschodzą nad tamtym stworzonym przez człowieka wulkanem.
Na początku nasze nowe obozowisko było prymitywne — tworzył je rząd zadaszeń skleconych z opadłych gałęzi i liści palmowych. Kiedy jednak zainstalowaliśmy się i zapewniliśmy sobie zapas wody oraz jedzenia, wdrożyliśmy program szybszej rozbudowy. Uzgodniliśmy, że zadaniem priorytetowym jest wspólny budynek, który będzie dostatecznie duży, by pomieścić nas wszystkich w razie burzy lub innych klęsk żywiołowych. Nowi koloniści zabrali się do budowy tego budynku z zapałem. Skorzystali z ogólnych planów, które sporządziłem dla własnego schronienia: drewniana platforma ustawiona na szczudłowatych fundamentach. Obecne przedsięwzięcie było jednak zakrojone na większą skalę.
Oczyściliśmy pole przy naszej rzece, aby Nebogipfel mógł kierować cierpliwą uprawą czegoś, co pewnego dnia mogło się stać pożytecznymi zbiorami wyhodowanymi z lokalnej flory. Zbudowaliśmy pierwszą łódź — prosty, wydrążony kajak — aby można było łowić w morzu.
Po wielu próbach złapaliśmy małą rodzinę diatrym i umieściliśmy zwierzęta w zagrodzie. Choć te ptasie bestie wydostawały się kilkakrotnie na wolność, pustosząc teren kolonii, uparliśmy się, by je trzymać w zamknięciu i oswoić, gdyż perspektywa uzyskiwania mięsa i jaj ze stada udomowionych diatrym była kusząca. Próbowaliśmy je nawet przystosować do ciągnięcia pługa.
Stopniowo koloniści zaczęli mnie traktować z pewnego rodzaju uprzejmością i szacunkiem, które — zgadzałem się z tym! — należne mi były z racji wieku i większego doświadczenia, które nabyłem w paleocenie. Jeżeli chodzi o mnie, to stwierdziłem, że wprawdzie dzięki doświadczeniu pierwszego okresu stałem na czele kilku naszych projektów, ale pomysłowość młodszych ludzi połączona z ich wyszkoleniem w zakresie przetrwania w dżungli pozwoliła im szybko prześcignąć moją ograniczoną wiedzę. Wkrótce odkryłem, że traktują mnie z pewną wyrozumiałością połączoną z rozbawieniem. Nadal jednak z zapałem uczestniczyłem w coraz liczniejszych przedsięwzięciach kolonii.
W tym społeczeństwie młodych ludzi Nebogipfel naturalnie stronił od towarzystwa.
Gdy tylko uporał się z najpilniejszymi zadaniami związanymi z leczeniem i miał więcej wolnego czasu, zaczął go spędzać z dala od kolonii. Odwiedzał naszą starą chatę, która nadal stała kilka mil dalej na plaży, na północnym wschodzie. I chodził na wyprawy badawcze do lasu. Nie wtajemniczył mnie w cel tych wycieczek. Przypomniałem sobie samochód czasu, który próbował zbudować przed przybyciem oddziału ekspedycyjnego, i podejrzewałem, że Morlok znów się za to zabrał. Wiedziałem jednak, że plattneryt z lądowych krążowników oddziału uległ zniszczeniu podczas bombardowania, więc w staraniach Nebogipfela nie widziałem żadnego sensu. Mimo to nie narzucałem mu się z pomocą. Uznałem, że z nas wszystkich on musi odczuwać największe wyobcowanie, niemal izolację od naszej małej społeczności i właśnie dlatego jego zachowanie powinniśmy traktować ze zrozumieniem i tolerancją.
16. ZAŁOŻENIE PIERWSZEGO LONDYNU
Pomimo strasznych obrażeń, koloniści byli pogodnymi, młodymi ludźmi, skorymi do śmiechu. Gdy już nikt więcej nie umarł wskutek promieniowania po bombardowaniu i gdy stało się jasne, że nie umrzemy z głodu i nie zostaniemy zmyć i do morza, wszystkich stopniowo ogarniał radosny nastrój.
Pewnego wieczora, gdy cienie drzew dipterocarps wydłużały się w kierunku oceanu, podszedł do mnie Stubbins. Jak zwykle siedziałem na skraju obozu, patrząc w stronę żaru bijącego z leja po bombie. Ku mojemu zdumieniu zapytał mnie nieśmiało, czy nie chciałbym wziąć udziału w meczu w piłkę nożną! Moje protesty, że nigdy w nianie grałem, nic nie znaczyły. Wróciłem więc z nim plażą do miejsca, w którym wyznaczono boisko na piasku. Za bramki służyły słupki z drewnianych pali, które wzięto ze szkieletu konstrukcji naszego budynku. Piłką była skorupa orzecha kokosowego, z którego wylano mleko. Osiem osób spośród naszej grupki, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, przygotowało się do gry.
Nie sądzę, by ten przygnębiający mecz przeszedł do historii sportu. Ja sam niewiele wniosłem do gry, poza tym, że obnażyłem swój kompletny brak koordynacji ruchów, który przysporzył mi tylu kłopotów, kiedy chodziłem do szkoły. Stubbins o niebo przerastał nas wszystkich w grze. Tylko trójka zawodników, w tym Stubbins, była w pełni sprawna — i jedną z tych osób byłem ja, a opadłem zupełnie z sił już po pierwszych dziesięciu minutach meczu. Reszta tworzyła zbieraninę z zabandażowanymi ranami i — co było komiczne, wręcz żałosne — brakującymi lub sztucznymi kończynami! Mimo to, gdy graliśmy dalej i rozlegało się coraz więcej śmiechów oraz okrzyków zachęty, wydawało mi się, że uczestnicy meczu to właściwie jeszcze dzieci: zmaltretowane i zdezorientowane, a teraz wyrzucone na mieliznę w tej starożytnej erze, tym niemniej dzieci.