Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Шпионские детективы » Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]

Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:

Podczas wycieczki do Amsterdamu Thomas Lang dostaje propozycję zabójstwa Amerykanina, której nie przyjmuje. Po wielu przemyśleniach postanawia uprzedzić swoją niedoszłą ofiarę Woolfa. Ciąg nieprzypadkowych zdarzeń uzależnia go od Woolfa i jego córki Sary. Ich celem jest uniknięcie amerykańskiego planu ataku terrorystycznego, który miałby zmusić rząd do kupienia nowoczesnych helikopterów (projekt Absolwent). Thomas przez cały czas wmawia sobie, że nic nie czuje do dziewczyny, lecz gotowy jest zrobić dla niej wszystko. W pewnym momencie mężczyźni trafiają w pułapkę, Woolf zostaje zabity. Ranny Lang próbuje odnaleźć Sarę, pomoc w poszukiwaniach oferuje Ronnie — jej koleżanka z pracy. Thomas udaje się do ambasadora USA w Wielkiej Brytanii i uświadamia sobie jak zawiła i tajemnicza jest to sprawa. W ostateczności zostaje zmuszony to przygotowania tego ataku, inaczej Sara zginie.
1 ... 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87
Перейти на страницу:

Zapada milczenie, kilkoro z nich opuszcza wzrok. Benjamin otwiera usta, aby coś powiedzieć albo, co bardziej prawdopodobne, aby coś wykrzyknąć, ale Francisco wyciąga rękę i kładzie ją na ramieniu Benjamina. Następnie kieruje wzrok na mnie.

— Wiemy, że mają przysłać helikopter, Rick — mówi.

Prr!

Nie brzmi to dobrze. Nie brzmi to ani odrobinę dobrze. Rozglądam się po ich twarzach, a kiedy spotykam się wzrokiem z Benjaminem, ten traci nad sobą kontrolę.

— Nie rozumiesz, pieprzony zasrańcu? — krzyczy, niemal się śmiejąc, tak bardzo mnie nienawidzi. — Wypełniliśmy zadanie — zaczyna podskakiwać; z nosa znów cieknie mu krew. — Na nic się zdała twoja zdrada.

Przenoszę wzrok na Francisca.

— Powiadomili nas Rick — wciąż mam wrażenie, jakby mówił z oddali. — Dziesięć minut temu.

— Naprawdę? — mówię.

Wszyscy patrzą na mnie.

— Przysyłają helikopter — wyjaśnia Francisco. — Zabierze nas na lotnisko — wypuszcza z płuc powietrze i opuszcza ramiona. — Wygraliśmy.

Kurwa, ale kanał, myślę.

Stoimy zatem dalej na pustyni z papy, z kilkoma wylotami przewodów klimatyzacyjnych w charakterze palm, czekając na życie lub śmierć. Na miejsce pod słońcem albo miejsce w mroku.

Muszę teraz coś powiedzieć. Próbowałem już kilka razy dojść do głosu, ale towarzysze prowadzili nieskoordynowaną, głupkowatą dyskusję na temat zrzucenia mnie z dachu, więc się powstrzymywałem. Teraz jednak słońce znajduje się w idealnym położeniu. Bóg sięgnął ręką z nieba, umieścił słońce na podkładce i przetrząsa właśnie torbę golfową w poszukiwaniu odpowiedniego kija. Nadszedł idealny moment i muszę coś powiedzieć.

— A więc co robimy? — pytam.

Nikt nie odpowiada z prostego powodu, że nikt nie może. Wszyscy oczywiście wiemy, co chcielibyśmy, aby się zdarzyło, ale chęci to już za mało. Między ideą a rzeczywistością zapada cień i tym podobne rzeczy. Czuję na sobie spojrzenia ze wszystkich stron. Absorbuję je wszystkie.

— Zamierzacie po prostu zostać na dachu, dobrze myślę?

— Stul pysk — mówi Benjamin.

Nie zwracam na niego uwagi. Nie wolno mi tego robić.

— Czekamy na dachu na helikopter. To właśnie kazali wam zrobić? — Nikt nie odpowiada. — A może zasugerowali jeszcze, żebyśmy ustawili się w szeregu i obrysowali jaskrawopomarańczowymi kółkami? — Milczenie. — Zastanawiam się tylko, jak jeszcze moglibyśmy im ułatwić zadanie.

Słowa te kieruję głównie do Bernharda, ponieważ odnoszę wrażenie, że jako jedyny ma wątpliwości. Pozostali chwytają się brzytwy. Są podekscytowani, pełni nadziei, zajęci rozważaniami, czy usiądą przy oknie i czy będą mieli czas na wizytę w sklepie wolnocłowym — jednak Berhnard, podobnie jak ja, obracał się wielokrotnie w stronę słońca i być może również myśli, że atak mógłby nastąpić właśnie teraz. Trudno o lepszy moment i Bernhard czuje się bezbronny, stojąc na dachu.

Zwracam się do Morderstone'a.

— Powiedz im.

Potrząsa głową. To nie odmowa, ale niepewność, strach i jeszcze coś innego. Robię kilka kroków w jego kierunku, a Bernhard natychmiast podrzuca do góry steyra.

Nie wolno mi się zatrzymać.

— Powiedz im, że to wszystko prawda — nalegam. — Powiedz im, kim jesteś.

Morderstone zamyka na chwilę oczy, a po chwili otwiera je szeroko. Być może liczył na to, że zobaczy przystrzyżone trawniki i kelnerów w białych marynarkach albo sufit jednej ze swoich sypialni; ale kiedy przed oczami pojawia mu się jedynie grupka brudnych, głodnych, wystraszonych ludzi z bronią, osuwa się na gzyms.

— Wiesz, że mam rację — mówię. — Wiesz, w jakim celu przyleci ten helikopter. Co zrobi. Musisz im powiedzieć. — Robię kilka kolejnych kroków. — Powiedz im, co się stało i dlaczego muszą z tego powodu umrzeć. Wykorzystaj swój głos.

Ale z Morderstone'a uszły już wszystkie siły. Podbródek opadł mu na piersi, znów zamknął oczy.

— Morderstone… — przerywam, ponieważ ktoś za moimi plecami syknął.

To Bernhard. Stoi nieruchomo, przekrzywiając głowę na bok.

— Słyszę go — mówi.

Zastygamy w bezruchu.

Teraz ja również go słyszę. Po chwili także Latifa, wreszcie Francisco.

Brzmi jak mucha brzęcząca gdzieś daleko w butelce.

Morderstone również go usłyszał albo uwierzył, że my go słyszymy. Podniósł podbródek i otworzył szeroko oczy.

Ja jednak nie mogę czekać, aż coś zrobi. Podchodzę do gzymsu.

— Co ty wyprawiasz? — mówi Francisco.

— To coś nas zabije — odpowiadam.

— Uratuje nas, Ricky.

— Zabije nas, Francisco.

— Ty zasrany sukinsynu — wrzeszczy Benjamin. — Co ty, kurwa, wyprawiasz?

Wszyscy patrzą na mnie. Słuchają i patrzą. A to dlatego, że sięgnąłem do małego namiotu z szarego pergaminu i odsłoniłem znajdujące się pod nim skarby.

Produkowany przez Brytyjczyków javelin to lekki, naddźwiękowy, przenośny pocisk ziemia-powietrze. Jest wyposażony w dwuetapowy silnik rakietowy o masie całkowitej trzydzieści ileś kilogramów, pozwalający na uzyskanie faktycznego zasięgu między pięcioma a sześcioma kilometrami. Można go zamówić w dowolnym kolorze, pod warunkiem, że jest nim oliwkowa zieleń.

Jednostka składa się z dwóch poręcznych części: pierwsza to zaplombowana wyrzutnia tubowa zawierająca pocisk, a druga to półautomatyczny system identyfikacji celów, który składa się z wielu bardzo małych, bardzo sprytnych, bardzo drogich podzespołów elektronicznych. Pocisk Javelin po zmontowaniu potrafi wykonać swoje zadanie niezwykle skutecznie.

Zestrzeliwuje helikoptery.

To właśnie dlatego go zamówiłem. Za odpowiednim wynagrodzeniem Bob Rayner załatwiłby mi ekspres do parzenia herbaty, suszarkę do włosów albo bmw kabriolet.

Ale ja powiedziałem, nie, Bob, dajmy sobie spokój z tymi kuszącymi urządzeniami. Chcę kupić dużą zabawkę. Chcę kupić javelina.

Ten konkretny egzemplarz, według Boba, upadł na ciężarówkę wyjeżdżającą ze składu sprzętu wojskowego Armii Brytyjskiej niedaleko Colchester. Zapewne zastanawia was, jak w dzisiejszych czasach mogło dojść do czegoś takiego, gdzie się podziały komputerowe ewidencje mienia, pokwitowania, strażnicy przy bramie — ale, wierzcie mi, armia nie różni się od domu towarowego. Ubytki w magazynie to stały problem.

Javelin został ostrożnie zdjęty z ciężarówki przez znajomych Raynera, którzy umieścili go pod podłogą furgonetki yolkswagena, gdzie, dzięki Bogu, przejechał bezpiecznie prawie dwa tysiące kilometrów trasy do Tangeru.

Nie miałem pojęcia, czy ludzie jadący furgonetką wiedzieli o jego istnieniu. Dowiedziałem się tylko, że pochodzili z Nowej Zelandii.

— Odłóż to — krzyczy Benjamin.

— Bo co? — pytam.

— Bo cię, kurwa, zabiję! — wrzeszczy, zbliżając się do krawędzi dachu.

Ciszę, jaka zapada, wypełnia odległe bzyczenie. Rozjuszona mucha w butelce.

— Nic mnie to nie obchodzi — mówię. — Naprawdę. Jeżeli odłożę rakietę, i tak zaraz zginę. A zatem, dzięki, potrzymam ją sobie.

— Cisco — krzyczy zdesperowany Benjamin. — Wygraliśmy. Powiedziałeś, że wygraliśmy! — Nikt mu nie odpowiada, więc Benjamin znów zaczyna podskakiwać. — Zabiją nas, jeżeli zestrzeli helikopter.

Do moich uszu docierają kolejne krzyki. Więcej krzyków. Coraz trudniej określić, skąd dochodzą, ponieważ bzyczenie stopniowo przekształca się w terkot. Terkot dochodzący od strony słońca.

1 ... 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)