Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]
- Автор: Мартин Джордж Рэймонд Ричард
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7298-540-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]». Краткое содержание книги:
Gwen jest obecnie związana z Jaanem Vikarym, jednym z dumnych Kavalarów, którzy władają Worlornem zgodnie ze swym opartym na przemocy kodeksem. Gdy jednak planeta pogrąża się w mroku, ich brutalna, pusta cywilizacja zaczyna się załamywać.
„Światło się mroczy” to powieść zawierająca piękny opis obcych światów i kultur, to mroczna opowieść o przemocy, złamanych obietnicach, samozniszczeniu i obsesyjnej lojalności.
On również był bardzo bliski łez. Zastanawiał się, czy to widać. Czuł się tak, jakby przejął w siebie cały strach i ból Jaana. Ironjade wydawał się z każdą sekundą silniejszy i bardziej pewny siebie, natomiast oczy Dirka zaszły mgiełką żalu.
Vikary spojrzał na nieruchome ciało, leżące między drzewami.
— Uczciłbym go żałobą za to, kim był, i za to, co nas ze sobą łączyło, ale nie mamy na to czasu. Ścigają nas łowcy z psami. Musimy ruszać w drogę.
Uklęknął na chwilę obok ciała Janacka, ściskając w dłoni okrwawioną, bezwładną rękę. Potem pocałował trupa w zmasakrowane usta, a wolną dłonią pogłaskał jego potargane włosy.
Gdy jednak wstał, trzymał w ręku czarną, żelazną bransoletę. Dirk zobaczył, że przedramię Janacka jest nagie, i poczuł nagłe ukłucie bólu. Vikary schował puste żelazo do kieszeni. Dirk powstrzymał łzy i słowa, które cisnęły mu się do ust. Nie powiedział nic.
— Musimy ruszać.
— Mamy go tu tak zostawić?
— Zostawić? — Vikary zmarszczył brwi. — Ach, rozumiem. Pochówek nie leży w kavalarskich zwyczajach, t’Larien. Zgodnie z tradycją porzucamy naszych zmarłych w głuszy i jeśli zjedzą ich zwierzęta, nie czujemy z tego powodu żalu. Życie powinno karmić życie. Czy nie będzie lepiej, jeśli jego ciało stanie się pokarmem dla jakiegoś szybkiego, czystego drapieżnika, a nie dla masy ohydnych, cmentarnych robaków?
Zostawili go więc tam, gdzie Vikary upuścił ciało, na małej polance pośrodku bezkresnego, żółtobrązowego gąszczu. Ruszyli przez mroczne podszycie w stronę Kryne Lamiya. Dirkowi, który niósł pod pachą powietrzny ślizg, trudno było dotrzymać kroku posuwającemu się szybko naprzód Jaanowi Vikary’emu. Po zaledwie kilku chwilach dotarli do wysokiego, stromego grzbietu z czarnej, wyszczerbionej grani.
Gdy Dirk znalazł się obok tej bariery, Jaan pokonał już połowę drogi na szczyt. Krew Janacka na jego ubraniu skrzepła, przeradzając się w brązową skorupę. Dirk widział wyraźnie z dołu jej plamy. Pozostałe fragmenty stroju Kavalara przybrały czarną barwę. Wchodził płynnie na górę z karabinem laserowym na plecach, a jego silne ręce przesuwały się pewnie od jednego punktu zaczepienia do drugiego.
Dirk rozłożył na ziemi srebrną płachtę ślizgu i wleciał na szczyt.
Gdy mijał najwyżej sięgające gałęzie dławców, usłyszał nieopodal krótki krzyk banshee. Rozejrzał się, wypatrując wielkiego drapieżnika. Z góry dobrze było widać małą polankę, na której zostawili Janacka, bliską plamę ciemności. Dirk nie dostrzegł jednak zwłok. Środek polany zajmowała masa walczących z sobą, żółtych stworków. Na jego oczach następne zlatywały się z sąsiednich drzew, chcąc dołączyć do uczty.
Nagle znikąd pojawiło się banshee, które zawisło nieruchomo nad sceną walki, wydając z siebie swój przeraźliwy, przeciągły zew. Drzewne upiory kontynuowały jednak szaloną bijatykę, nie zwracając uwagi na hałas, skrzecząc i machając pazurami. Banshee opadło na nie. Jego cień je pokrył, potężne skrzydła zafalowały i złożyły się. Wielka bestia runęła w dół, nakrywając swym głodnym uściskiem upiory wraz ze zwłokami. Dirk poczuł się dziwnie pokrzepiony.
Ale tylko na chwilę. Gdy banshee leżało nieruchomo, rozległ się kolejny ostry pisk. Dirk zobaczył małą plamkę, która opadła w dół i wylądowała na czarnym grzbiecie. Podążyła za nią następna. I następna. I kilkanaście dalszych, wszystkie jednocześnie. Dirk zamrugał i wydawało się, że w tej chwili liczba upiorów uległa podwojeniu. Banshee rozłożyło swe wielkie, trójkątne skrzydła i poruszyło nimi słabo, lecz nie zdołało się podźwignąć. Szkodniki oblazły je całe, gryząc i drapiąc pazurami, przygniotły je swym ciężarem i rozszarpały na strzępy. Przytłoczone do ziemi, nie mogło nawet wydać z siebie swego bolesnego krzyku. Zginęło bezgłośnie, nadal więżąc pod sobą swój posiłek.
Gdy Dirk wzleciał na szczyt grani, polanę znowu pokrywała masa tłoczących się żółtych ciał, tak jak wtedy, gdy zobaczył ją po raz pierwszy. Po banshee nie zostało ani śladu. W lesie panowała głucha cisza. Zaczekał, aż dołączy do niego Jaan Vikary, i we dwójkę wznowili podróż w milczeniu.
W jaskini panowały chłód, cisza i całkowity bezruch. Mijały godziny. Dirk cały czas podążał za słabym, migotliwym blaskiem latarki Jaana Vikary’ego. Światło prowadziło ich przez kręte podziemne galerie, przez pełne ech komnaty, w których ciemność ciągnęła się bez końca, przez wąskie klaustrofobiczne korytarze, gdzie musieli się posuwać na rękach i kolanach. Blask latarki stał się całym wszechświatem. Dirk stracił poczucie czasu i przestrzeni. Nie mieli sobie z Jaanem nic do powiedzenia, nic więc nie mówili. Słychać było tylko drapanie ich butów o pokrytą pyłem skałę oraz, od czasu do czasu, grzmiące echa. Vikary dobrze znał tę jaskinię. Nigdy się nie wahał ani nie gubił drogi. Kuśtykali i czołgali się przez sekretną duszę Worlornu.
I wyszli na zewnątrz na pochyłym zboczu porośniętym dławcami. Noc pełna była ognia i muzyki.
Kryne Lamiya płonęło. Kościane wieże wykrzykiwały druzgoczącą pieśń bólu.
Bladą nekropolię ogarnęły płomienie, jej ulicami wędrowali gorejący wartownicy. Miasto migotało w falach gorąca niczym jakaś niezwykła iluzja, wydawało się niematerialnym, pomarańczowym duchem. Jeden z cienkich wiszących mostów runął nagle w dół. Najpierw rozpadł się jego poczerniały środek. Gdy kamienne fragmenty zwaliły się w pożogę, reszta przęsła podążyła za nimi. Ogień wzniósł się jeszcze wyżej, wyciągając z hukiem ku niebu nienasycone palce. Pobliski budynek kaszlnął głucho i implodował, zapadając się w siebie w wielkim obłoku dymu i ognia.
W odległości trzystu metrów od wzgórza, na którym stali, widać było białe jak kreda wieże-dłonie, nietknięte jeszcze przez pożar, majaczące wysoko nad dławcowym lasem. Rysowały się ostro w straszliwym blasku płomieni i wydawało się, że ruszają się jak żywe istoty, wijące się i wzdychające z bólu.
Dirk usłyszał słabe dźwięki muzyki Lamiyi-Bailis, przebijające się przez huk płomieni. Mroczniacka symfonia została zdekompletowana i zmieniona. Niektóre wieże runęły i w muzyce brakowało nut, przerywały ją chwile niesamowitej ciszy, a buzowanie płomieni tworzyło rytmiczny kontrapunkt do wyć, gwizdów i jęków. Mroczniacki wiatr, dmący nieustannie od gór, by karmić śpiew Syreniego Miasta, rozniecał również potężny pożar, który pożerał Kryne Lamiya, czerniąc jego śmiertelną maskę popiołem i sadzą, a wreszcie miał je uciszyć.
Jaan Vikary zdjął z pleców karabin laserowy. Jego obojętna twarz wyglądała dziwnie, skąpana w blasku wielkiego pożaru.
— Jak…?
— Wilczy wehikuł — wyjaśniła Gwen.
Stała na zboczu kilka metrów poniżej. Spojrzeli na nią bez zaskoczenia. Za jej plecami, w cieniu błękitnego wdowca o opadających gałęziach, który rósł u podstawy wzgórza, Dirk zauważył mały, żółty autolot Ruarka.
— Bretan Braith — stwierdził Vikary.
Gwen podeszła do obu stojących u wejścia do jaskini mężczyzn i kiwnęła głową.
— Tak. Autolot przeleciał kilka razy nad miastem, strzelając z laserów.
— Chell nie żyje — domyślił się Vikary.
— Ale wy żyjecie — odparła Gwen. — Zaczęłam już się zastanawiać…
— Żyjemy — potwierdził. Pozwolił, by laser wypadł mu z bezwładnych palców. — Gwen — powiedział. — Zabiłem własnego teyna.
— Garse’a? — zapytała zdumiona, marszcząc brwi.
— Oddał mnie Braithom — odezwał się pośpiesznie Dirk, spoglądając w oczy Gwen. — I polował na Jaana u boku Lorimaara. Nie było innego wyjścia.