Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]
Światło się mroczy [Dying of the Light - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]

Электронная книга - «Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]». Краткое содержание книги:

Wezwany przez Gwen, swą dawną ukochaną, na festiwalowy świat Worlorn, Dirk t’Larien przekonuje się, że duma światów zewnętrznych położonych poza Welonem Kusicielki bardzo się zmieniła i jest teraz umierającą planetą. Gwiazdozbiór Kręgu Ognia świeci coraz słabiej i Worlorn ponownie podejmuje samotną wędrówkę przez mrok międzygwiezdnych przestrzeni.
Gwen jest obecnie związana z Jaanem Vikarym, jednym z dumnych Kavalarów, którzy władają Worlornem zgodnie ze swym opartym na przemocy kodeksem. Gdy jednak planeta pogrąża się w mroku, ich brutalna, pusta cywilizacja zaczyna się załamywać.
„Światło się mroczy” to powieść zawierająca piękny opis obcych światów i kultur, to mroczna opowieść o przemocy, złamanych obietnicach, samozniszczeniu i obsesyjnej lojalności.
1 ... 81 82 83 84 85 86 87 88 89 ... 94
Перейти на страницу:

— To tylko domysły, czyste domysły — mruknął Ruark. — Być może miał jakieś inne, własne powody, kto wie? Może wpadł w szał z żalu, tak jest.

— Wiesz co, Arkin — odezwał się Dirk. — Zostawimy cię gdzieś w widocznym miejscu i jak zjawi się Bretan, będziesz mógł go o to zapytać.

Kimdissianin wzdrygnął się i popatrzył na niego dziwnie.

— Nie — odparł. — Nie, z wami będę bezpieczniejszy, przyjaciele, wy mnie obronicie.

— Obronimy — zapewnił Vikary. — W końcu ty zrobiłeś dla nas to samo.

Dirk i Gwen wymienili spojrzenia.

Vikary nagle uruchomił autolot. Wzbili się w górę i polecieli w dal nad skrytymi w porannym mroku ulicami Larteynu.

— Dokąd…? — zapytał Dirk.

— Roseph nie żyje — odparł Vikary. — Ale on nie był jedynym łowcą. Sprawdzimy wszystkich, przyjaciele, sprawdzimy wszystkich.

Budynek, który Roseph high-Braith Kelcek dzielił ze swoim teynem, mieścił się niedaleko od rezydencji Ironjade’ów i bardzo blisko podziemnych kabin. Była to wielka, kwadratowa budowla nakryta metalowym, kopulastym dachem. Jej portyk podtrzymywały czarne, żelazne kolumny. Wylądowali nieopodal i zbliżyli się do domu ukradkiem.

Do kolumn przed budowlą przykuto łańcuchami dwa psy Braithów. Oba były martwe. Vikary przyjrzał się im uważnie.

— Przepalono im gardła z daleka myśliwskim laserem — zauważył. — To bezpieczna, czysta robota.

Został na zewnątrz, pełniąc straż z laserowym karabinem w dłoni. Ruark zatrzymał się obok niego. Gwen i Dirk weszli do środka, żeby przeszukać budynek.

Znaleźli tam mnóstwo pustych pomieszczeń oraz mały pokoik z trofeami, w którym przetrzymywano cztery głowy. Trzy z nich były stare i wyschnięte, pokryte suchą stwardniałą skórą. Rysy twarzy wydawały się niemal zwierzęce. Czwarta według Gwen należała do czarnowińskiego dziecka galarety i, sądząc z wyglądu, była świeża. Dirk dotknął podejrzliwie skórzanego obicia niektórych mebli, ale Gwen potrząsnęła przecząco głową.

W następnym pokoju, tuż obok, znajdowało się mnóstwo figurek: banshee i sfory wilków, żołnierze walczący na miecze i noże, mężczyźni toczący niezwykłe walki z groteskowymi potworami. Wszystkie te sceny pięknie wykonano w żelazie, miedzi i brązie.

— To robota Rosepha — wyjaśniła zwięźle Gwen, gdy Dirk zatrzymał się mimo woli i uniósł jedną figurkę, żeby jej się przyjrzeć. Skinęła na niego, każąc mu iść dalej.

Teyna Rosepha zaskoczono w trakcie posiłku. Znaleźli go w jadalni. Obok niego stała zimna, nie dokończona kolacja — gęsty gulasz z kawałków mięsa i warzyw pływających w krwawym rosole oraz leżące na długim, drewnianym stole kromki czarnego chleba. Obok stał cynowy kufel pełen brązowego piwa. Martwy Kavalar leżał w odległości niespełna metra. Nie spadł z krzesła, które jednak przewróciło się na podłogę. Na ścianie za nim widać było ciemną plamę, a zabity mężczyzna nie miał twarzy.

Gwen zatrzymała się nad nim, marszcząc brwi. Karabin trzymała niedbale pod pachą, wymierzony w podłogę. Wzięła kufel i pociągnęła łyk, zanim podała naczynie Dirkowi. Piwo było letnie i zwietrzałe, utraciło już całą moc.

— A Lorimaar i Saanel? — zapytała Gwen, gdy już znaleźli się na zewnątrz, pod żelaznymi kolumnami.

— Wątpię, by już wrócili z lasu — odparł Vikary. — Być może Bretan Braith czeka na nich gdzieś w Larteynie. Z pewnością zobaczył wczoraj, jak przylecieli Roseph i Chaalyn. Niewykluczone, że czai się gdzieś w pobliżu, mając nadzieję, że wykończy ich jednego po drugim, gdy będą wracali do miasta. Wątpię jednak, by tak było.

— Dlaczego? — zapytał Dirk.

— Nie zapominaj, t’Larien, że przylecieliśmy o świcie, w nieopancerzonym autolocie, a mimo to nas nie zaatakował. Albo spał, albo już go tu nie ma.

— A gdzie twoim zdaniem jest?

— W lesie. Poluje na tych, którzy polują na nas — odparł Vikary. — Zostało tylko dwóch żywych Larteynów, ale Bretan Braith nie może o tym wiedzieć. O ile mu wiadomo, Pyr i Arris, a nawet stary Raymaar Jednoręki nadal żyją i mogą stanowić dla niego zagrożenie. Sądzę, że poleciał do lasu, by ich zaskoczyć, być może obawiając się, że w przeciwnym razie wrócą do miasta całą grupą i przekonają się, że ich kethi zabito, a to stanie się dla nich ostrzeżeniem.

— W takim razie powinniśmy uciec, zanim wróci, tak — wtrącił Arkin Ruark. — Polecieć w jakieś bezpieczne miejsce, daleko od tego kavalarskiego szaleństwa. Do Dwunastego Snu, tak, do Dwunastego Snu. Albo do Musquel, do Wyzwania lub gdziekolwiek indziej. Niedługo przyleci statek i wtedy będziemy bezpieczni. Co wy na to?

— Nie zgadzam się — oznajmił Dirk. — Bretan by nas znalazł. Nie zapominajmy, że już raz odszukał mnie i Gwen w prawie nadprzyrodzony sposób.

Popatrzył znacząco na Ruarka. Trzeba przyznać, że twarz Kimdissianina nawet nie drgnęła.

— Zostaniemy w Larteynie — zdecydował Vikary. — Bretan Braith Lantry to tylko jeden człowiek. Nas jest czworo, z czego troje ma broń. Jeśli będziemy trzymać się razem, nie zdoła nam zagrozić. Wystawimy straże. Będziemy gotowi.

Gwen kiwnęła głową i wzięła Jaana pod rękę.

— Zgadzam się — poparła go. — Bretan może nawet nie przeżyć spotkania z Lorimaarem.

— Nie — zaprzeczył Kavalar. — Nie, Gwen. Sądzę, że się mylisz. Bretan Braith ujdzie z życiem ze spotkania z Lorimaarem. Tego jestem pewien.

Na naleganie Vikary’ego przed opuszczeniem rezydencji Rosepha przeszukali jeszcze wielki, podziemny garaż. Domysł Ironjade’a okazał się trafny. Ponieważ autolot Rosepha i jego teyna został ukradziony w Wyzwaniu, a potem zniszczony, obaj pożyczyli sobie maszynę Pyra i wrócili nią z lasu. Autolot stał na dole i teraz Jaan go sobie przywłaszczył. Nie był to potężny, oliwkowozielony wojskowy zabytek Janacka, ale i tak nadawał się do walki znacznie bardziej niż mały wehikuł Ruarka.

Potem znaleźli sobie lokum. Wzdłuż murów Larteynu, nad stromym urwiskiem opadającym ku odległym Błoniom, zbudowano szereg wież strażniczych. Na ich górnym piętrze znajdowały się wartownie o wąskich szczelinach okien, a na dole, wewnątrz samych murów, pomieszczenia mieszkalne. Szczyt każdej z wież zdobił wielki, kamienny maszkaron. Budowle te miały czysto dekoracyjny charakter, były ornamentem, mającym nadać festiwalowemu miastu prawdziwie kavalarski wygląd. Były jednak łatwe do obrony, a z ich szczytów rozciągał się wspaniały widok na miasto. Gwen wybrała przypadkowo jedną z nich i wprowadzili się tam, zabierając ze swego poprzedniego mieszkania osobisty dobytek, prowiant oraz rezultaty niemal zapomnianych — przynajmniej przez Dirka — ekologicznych poszukiwań, które Gwen i Ruark prowadzili w puszczach Worlornu.

Gdy już byli bezpieczni, zaczęli czekać.

Dirk doszedł później do wniosku, że to była najgorsza rzecz, jaką mogli zrobić. Pod wpływem bezczynności zaczęły uwidaczniać się wszystkie rysy.

Wprowadzili system zachodzących na siebie wart, na górze więc zawsze pełniło służbę dwoje ludzi, uzbrojonych w lasery i polową lornetkę Gwen. Larteyn był szary, pusty i smętny. Wartownicy nie mieli do roboty nic poza obserwacją powolnych przypływów i odpływów blasku na świecikowych ulicach oraz rozmowami. Najczęściej rozmawiali.

Arkin Ruark pełnił straż razem z innymi. Przyjął też karabin laserowy, który wręczył mu Vikary, choć zrobił to z niechęcią. Raz po raz powtarzał, że nie nawykł do stosowania przemocy i w żadnej sytuacji nie zdobyłby się na wystrzelenie z lasera. Zgodził się jednak go trzymać, ponieważ poprosił go o to Jaan Vikary. Stosunki łączące Kimdissianina z pozostałą trójką zmieniły się radykalnie. Gdy tylko mógł, trzymał się blisko Jaana, zdając sobie sprawę, że to Kavalar jest teraz jego prawdziwym obrońcą. Do Gwen odnosił się serdecznie. Poprosiła go, by wybaczył jej to, co zrobiła w Kryne Lamiya, twierdząc, że strach i ból zrodziły w niej paranoiczne podejrzenia. Nie była już jednak dla niego „słodką Gwen”. Gorycz, która zrodziła się między nimi, ujawniała się codziennie. Dirka Kimdissianin traktował z nerwową podejrzliwością, na przemian obsypując go demonstracjami przyjaźni i znowu wycofując się w chłodną poprawność, gdy tylko stawało się jasne, że nie udało mu się zyskać jego przychylności. Słowa, które Dirk usłyszał od Ruarka podczas ich pierwszej wspólnej warty, świadczyły o tym, że pucołowaty ekolog rozpaczliwie czeka na przybycie kursującego po Krawędzi wahadłowca o nazwie „Teric neDahlir”, który miał tu wylądować w przyszłym tygodniu. Wydawało się, że pragnie tylko pozostać bezpiecznie w ukryciu i jak najszybciej opuścić Worlorn.

1 ... 81 82 83 84 85 86 87 88 89 ... 94
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)