Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]
Światło się mroczy [Dying of the Light - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]

Электронная книга - «Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]». Краткое содержание книги:

Wezwany przez Gwen, swą dawną ukochaną, na festiwalowy świat Worlorn, Dirk t’Larien przekonuje się, że duma światów zewnętrznych położonych poza Welonem Kusicielki bardzo się zmieniła i jest teraz umierającą planetą. Gwiazdozbiór Kręgu Ognia świeci coraz słabiej i Worlorn ponownie podejmuje samotną wędrówkę przez mrok międzygwiezdnych przestrzeni.
Gwen jest obecnie związana z Jaanem Vikarym, jednym z dumnych Kavalarów, którzy władają Worlornem zgodnie ze swym opartym na przemocy kodeksem. Gdy jednak planeta pogrąża się w mroku, ich brutalna, pusta cywilizacja zaczyna się załamywać.
„Światło się mroczy” to powieść zawierająca piękny opis obcych światów i kultur, to mroczna opowieść o przemocy, złamanych obietnicach, samozniszczeniu i obsesyjnej lojalności.
1 ... 76 77 78 79 80 81 82 83 84 ... 94
Перейти на страницу:

— No dobra — rzucił Dirk. — To znaczy, że Jaan lubi jaskinie.

— Bardzo blisko Kryne Lamiya znajduje się wylot całego systemu grot — zakomunikował mu Janacek, wracając do zasadniczego tematu rozmowy. — Drugie wejście znajduje się niedaleko stąd. Zbadaliśmy te jaskinie we troje w pierwszym roku pobytu na Worlornie. Jestem przekonany, że Jaan będzie wolał pokonać ostatni odcinek trasy pod ziemią, jeśli tylko będzie mógł. Przetniemy mu drogę.

Złapał karabin.

Dirk podniósł własną broń.

— Nie masz szansy znaleźć go w lesie — sprzeciwił się. — Dławce stanowią zbyt dobrą osłonę.

— Znajdę go — zapewnił Janacek lekko ochrypłym głosem, w którym pobrzmiewała nuta szaleństwa. — Nie zapominaj o naszych więzach, t’Larien. Żelazo i ogień.

— Zostało tylko puste żelazo — zauważył Dirk, zerkając znacząco na prawy nadgarstek Janacka.

Ironjade rozciągnął usta w swym charakterystycznym, twardym uśmiechu.

— Nieprawda — zaprzeczył. Wsadził rękę do kieszeni, wyjął ją i otworzył zaciśniętą pięść. Na jego dłoni spoczywał świecik. Pojedynczy kamień, okrągły i z grubsza gładzony, mniej więcej dwukrotnie większy od szeptoklejnotu Dirka. W czerwonawym świetle poranka był czarny i niemal nieprzezroczysty.

Dirk popatrzył na klejnot, a potem delikatnie dotknął go palcem, poruszając nim lekko na dłoni Kavalara.

— Jest… zimny — zauważył.

Janacek zmarszczył brwi.

— Nie — zaprzeczył. — On parzy, jak każdy ogień. — Świecik zniknął z powrotem w jego kieszeni. — Istnieją opowieści, t’Larien, poematy po starokavalarsku, historie opowiadane dzieciom w żłobku schronienia. Nawet eyn-kethi je znają. Opowiadają je sobie swymi kobiecymi głosami, ale Jaan Vikary robi to lepiej. Zapytaj go kiedyś o to, co teyn może zrobić dla teyna. Opowie ci o wielkiej magii i jeszcze większym bohaterstwie, o starożytnej, baśniowej chwale. Sam bym ci o tym opowiedział, ale nie mam do tego daru. Być może wtedy zrozumiałbyś choć trochę z tego, co to znaczy być czyimś teynem i nosić więzy żelaza.

— Być może już to zrozumiałem — odparł Dirk.

Zapadła długa cisza. Obaj stali na śliskiej, omszałej skale, zaledwie pół metra od siebie. Patrzyli sobie w oczy. Janacek uśmiechał się lekko, spoglądając na Dirka. Rzeka na dole płynęła niestrudzenie. Szum wody nakłaniał ich do pośpiechu.

— Nie jesteś wcale bardzo złym człowiekiem, t’Larien — przyznał wreszcie Janacek. — To prawda, że jesteś słaby, ale przecież nikt nigdy nie zwał cię silnym.

Z początku zabrzmiało to jak obelga, wydawało się jednak, że Kavalarowi chodziło o coś innego. Dirk znieruchomiał na chwilę, by rozważyć jego słowa.

— Jeśli nada się czemuś imię? — zapytał z uśmiechem.

Kavalar kiwnął głową.

— Wysłuchaj mnie uważnie, Dirk, bo nie będę tego powtarzał dwa razy. Pamiętam, jak po raz pierwszy ostrzeżono mnie przed niby-ludźmi, gdy byłem jeszcze chłopcem w Ironjade. Kobieta, eyn-kethi, ty nazwałbyś ją moją matką, choć na moim świecie takie rozróżnienia nie są istotne, ta kobieta opowiedziała mi legendę o nich. Sformułowała to jednak inaczej. Niby-ludzie, przed którymi mnie ostrzegała, nie byli demonami, o jakich usłyszałem później z ust związanych dumą. Mówiła mi, że są oni tylko ludźmi, nie narzędziami obcych, kuzynami zmiennokształtnych i duszopijców. W pewnym sensie byli jednak zmiennokształtni, ponieważ nie mieli prawdziwej postaci. Nie można im było zaufać, albowiem byli ludźmi, którzy zapomnieli o swych kodeksach, ludźmi bez więzów. Nie byli rzeczywiści. Pozory człowieczeństwa pozbawione jego esencji. Rozumiesz? Esencją człowieczeństwa jest nazwa, więź, obietnica. Kryje się wewnątrz, ale my nosimy ją na przedramionach. Tak mi powiedziała. Dlatego właśnie Kavalarzy biorą sobie teynów i wychodzą na zewnątrz tylko parami. Dlatego, że… iluzja może zakrzepnąć w fakt, jeśli zwiąże się ją żelazem.

— To piękna przemowa, Garse — przyznał Dirk, gdy Ironjade skończył. — Ale jaki wpływ wywiera żelazo na duszę niby-człowieka?

Przez twarz Janacka przemknął szybko wyraz gniewu przypominający cień burzowej chmury. Potem Kavalar się uśmiechnął.

— Zapomniałem o twoim kimdissiańskim dowcipie — stwierdził. — Jeszcze jedno, czego nauczyłem się w młodości, to, żeby nigdy nie dyskutować z manipulatorem. — Roześmiał się, wyciągnął rękę i uścisnął mocno dłoń Dirka. — Dość już tego — rzekł. — Nigdy nie będziemy tym samym, ale potrafię stać się przyjacielem, jeśli ty potrafisz zostać kethem.

Dirk wzruszył ramionami, czując dziwny przypływ emocji.

— Zgoda — rzucił.

Garse zdążył już jednak wystartować. Puścił ramię Dirka, dotknął palcem sterownika, który trzymał w dłoni, wzbił się metr w górę i poleciał nad wodą, pochylając się do przodu. Jego lot był szybki i pełen wdzięku. Długie, rude włosy Kavalara lśniły w blasku słońca, a ubranie zdawało się migotać, zmieniając kolory. W połowie drogi przez wartką rzekę odrzucił głowę do tyłu i krzyknął coś do swego towarzysza, lecz szum i łoskot wody zagłuszyły jego słowa i Dirk usłyszał jedynie ton radosnego, krwiożerczego uniesienia.

Zaczekał, aż Janacek przeleci na drugą stronę rzeki. Czuł się zbyt zmęczony, by od razu wzbić się w powietrze. Wolną dłoń wsunął do kieszeni kurtki, by dotknąć szeptoklejnotu. Nie wydawał mu się już taki zimny jak przedtem, a jego obietnice — och, Jenny! — były ledwie słyszalne.

Janacek unosił się już nad żółtymi drzewami, wznosząc się ku szaro-karmazynowemu niebu. Jego postać oddalała się szybko. Znużony Dirk podążył za nim.

Janacek mógł pogardliwie nazywać powietrzne ślizgi „zabawkami”, umiał jednak na nich latać. Wkrótce znacznie wyprzedził Dirka, wspinając się na mocnym wietrze, aż wreszcie leciał jakieś dwadzieścia metrów nad lasem. Odległość między dwoma lotnikami zdawała się stale zwiększać. W przeciwieństwie do Gwen, Janacek nie miał ochoty czekać, aż Dirk go dogoni.

Ten zadowolił się rolą ścigającego. Ironjade’a łatwo było wypatrzyć — byli sami na posępnym niebie — nie musiał się więc obawiać, że straci go z oczu. Ponownie unosił się na mroczniackim wietrze, pozwalając, by pchał go on naprzód. Pogrążył się w bezładnych rozmyślaniach. Śnił dziwne sny na jawie o Jaanie i Garsie, o więzach żelaza i szeptoklejnotach, o Guinevere i Lancelocie, którzy — uświadomił sobie nagle — oboje złamali przysięgę.

Rzeka zniknęła. Przemknęły pod nimi ciche jeziora oraz obszar porośnięty białym grzybem, pokrywającym las niczym strup. Raz usłyszał ujadanie sfory Lorimaara, daleko z tyłu, wysokie odgłosy niesione przez wiatr. Nie zaniepokoiło go to.

Skręcili na południe. Janacek był małą, czarną kropką, która rozbłyskiwała srebrno, gdy na jego ślizg padły promienie słońca. Stawał się coraz mniejszy. Dirk wlókł się za nim jak ptak z rannym skrzydłem. Wreszcie Ironjade opadł po spirali na poziom wierzchołków drzew.

To była dzika okolica, bardziej skalista niż większa część lasu. Gdzieniegdzie wznosiły się pofałdowane wzgórza i czarne skalne wyniosłości usiane srebrno-złotymi żyłkami. Wszędzie pełno było dławców. Dławców i tylko dławców. Dirk wypatrywał choć jednego srebrnodrzewu, błękitnego wdowca albo wychudłego widmodrzewu, lecz od horyzontu po horyzont ciągnęła się nieprzerwana plątanina żółci. Słyszał jazgotliwe nawoływania drzewnych upiorów i widział, jak przelatują w dole z gałązki na gałązkę, rozpościerając maleńkie skrzydełka.

1 ... 76 77 78 79 80 81 82 83 84 ... 94
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)