Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]
- Автор: Мартин Джордж Рэймонд Ричард
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7298-540-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]». Краткое содержание книги:
Gwen jest obecnie związana z Jaanem Vikarym, jednym z dumnych Kavalarów, którzy władają Worlornem zgodnie ze swym opartym na przemocy kodeksem. Gdy jednak planeta pogrąża się w mroku, ich brutalna, pusta cywilizacja zaczyna się załamywać.
„Światło się mroczy” to powieść zawierająca piękny opis obcych światów i kultur, to mroczna opowieść o przemocy, złamanych obietnicach, samozniszczeniu i obsesyjnej lojalności.
Niebo na wschodzie zaczęło jaśnieć, gdy po raz pierwszy jego uszu dobiegła niesiona wiatrem muzyka, urywki rozpaczy, stanowczo zbyt znajome jak na jego gust. Mroczniackie miasto znajdowało się już blisko.
Zwolnił i zawisł w powietrzu, krzywiąc się wściekle. Pokonał całą trasę, którą jego zdaniem powinien uciekać Jaan Vikary, i nic nie zauważył. Być może jego domysły były fałszywe, a Ironjade poprowadził łowców w zupełnie innym kierunku. Dirk jednak nie sądził, by tak było. Najprawdopodobniej przeleciał nad nimi ciemną nocą, nie widząc ich ani nie dając się im zobaczyć.
Ruszył z powrotem tą samą trasą. Tym razem leciał pod wiatr i czuł na policzkach zimne, widmowe palce Lamiyi-Bailis. Miał nadzieję, że za dnia jego zadanie będzie łatwiejsze.
Wzeszło Oko Piekieł, a wraz z nim Słońca Trojańskie, jedno po drugim. Po smętnym niebie mknęły wąskie wstęgi szarobiałych chmur, a w dole snuła się poranna mgła. Drzewa zmieniły barwę z czarnej na żółtobrązową. Wszędzie widział pełno dławców, splecionych z sobą niczym niezgrabni kochankowie. Ich woskowate gałęzie lśniły blado w czerwonym świetle. Dirk wzbił się wyżej i horyzont jego widzenia się poszerzył. Zobaczył rzeki, błysk słońca odbijającego się w wodzie. I mroczne, zarośnięte glonami jeziora, w których nie było ani jednej ryby, a całą taflę pokrywała cienka, zielonkawa błonka. I śnieg, czy raczej coś, co wyglądało jak śnieg, dopóki nie znalazł się nad tym i nie przekonał się, że cały las jest pokryty w tym miejscu przez brudnobiały grzyb.
Ujrzał też linię uskoku, skalistą szramę przebiegającą przez las z północy na południe tak prosto, jakby nakreślono ją z użyciem linijki. I błota, czarne, brązowe i śmierdzące, położone po obu stronach szerokiej, wolno płynącej rzeki. I szare, zwietrzałe skalne urwisko wypiętrzające się niespodziewanie ponad las. Dławce tłoczyły się u jego podstawy i wyrastały pod dziwacznymi kątami ze szczytu, ale na pionowej skalnej ścianie nie zauważył nic oprócz garstki białych porostów oraz jakiegoś dużego, martwego ptaka, siedzącego na gnieździe.
Nigdzie nie wypatrzył Jaana Vikary’ego ani ścigających go łowców.
Późnym rankiem mięśnie Dirka zaczęły słabnąć, a w ramieniu znowu poczuł pulsujący ból. Jego nadzieja gasła. Las ciągnął się bez końca, kilometr za kilometrem. Ogromny, żółty dywan, na którym szukał pyłku. Milczący świat pogrążony w półmroku. Znowu zawrócił ku Kryne Lamiya, przekonany, że zapędził się za daleko. Zaczął lecieć po sinusoidzie zamiast po prostej. Szukał, nie przestawał szukać. Był już bardzo zmęczony. Niedługo przed południem postanowił, że zacznie krążyć po zacieśniającej się spirali nad najbardziej obiecującym obszarem, by spróbować pokryć go w całości.
I nagle usłyszał krzyk banshee.
Tym razem również je zauważył. Leciało nisko, tuż nad wierzchołkami drzew, znacznie niżej od niego. Poruszało się niewiarygodnie powoli. Wydawało się, że czarne, trójkątne ciało niemal stoi w miejscu. Stworzenie trzymało skrzydła bardzo sztywno, unosząc się na mroczniackim wietrze. Gdy chciało skręcić, łapało prąd wstępujący i zataczało szeroki łuk, a potem znowu zniżało lot. Dirk, nie mając nic lepszego do roboty, poleciał jego śladem.
Ponownie wydało z siebie przeciągły krzyk.
Tym razem Dirk usłyszał odpowiedź.
Dotknął sterownika, który trzymał w dłoni, i opadł szybko w dół. Wytężył słuch, nagle znowu czujny. Dźwięk był słaby, lecz nie sposób było go pomylić z niczym innym. To była sfora psów Braithów, szczekających głośno z gniewu i strachu. Dirk stracił z oczu banshee, które przestało już być dla niego ważne, i skierował się ku cichnącemu szybko dźwiękowi. Pomyślał, że dobiegał on z północy, poleciał więc w tamtą stronę.
Nagle, gdzieś blisko, zawył kolejny pies.
To zaniepokoiło Dirka. Nie było wykluczone, że — jeśli będzie leciał za nisko — psy zaczną szczekać na niego zamiast na banshee. Znajdzie się w niebezpiecznej sytuacji. Jego płaszcz robił, co tylko mógł, by upodobnić się barwą do worlorńskiego nieba, lecz jeśli ktoś spojrzałby w górę, mógł zauważyć błysk srebrnego powietrznego ślizgu. A gdy w pobliżu było banshee, z pewnością będą spoglądali w górę.
Jeśli jednak miał pomóc Jaanowi Vikary’emu i swojej Jenny, nie miał właściwie wyboru. Ścisnął mocno broń w garści, nie przestając obniżać lotu. W dole płynęła wartka, niebieskozielona rzeka, przecinająca las niczym nóż. Pomknął po pętli w jej stronę, nieustannie przeczesując wzrokiem brzegi. Usłyszał dźwięk bystrz i odnalazł je. Z góry wydawały się wartkie i niebezpieczne. Nagie skały sterczały z wody niczym spróchniałe zęby, brązowe i pokraczne, wokół nich kipiała gniewnie woda, a na obu brzegach tłoczyły się dławce. Niżej rzeka rozlewała się szerzej i płynęła spokojniej. Dirk zerknął w tamtą stronę, a potem spojrzał z powrotem na bystrza. Przeleciał nad rzeką, zawrócił i przemknął nad nią z powrotem.
Jeden z psów zaszczekał głośno. Pozostałe przyłączyły się do niego.
Dirk przeniósł nagle wzrok w dół rzeki i ujrzał czarne punkciki przechodzące ją w bród w miejscu, gdzie nurt wydawał się niezbyt rwący. Poleciał w tamtą stronę.
Punkciki rosły szybko, zmieniając się w ludzkie postacie. Niski, pękaty człowiek w żółto-brązowym stroju walczył z prądem, próbując przedostać się na drugi brzeg. Drugi mężczyzna stał nieopodal, trzymając na łańcuchach sześć ogromnych psów.
Ten, który usiłował przejść rzekę w bród, zawrócił. Dirk zauważył, że ściska on w ręku karabin. Mężczyzna był niski, lecz bardzo gruby. Miał bladą twarz, masywny tułów, potężne ramiona i nogi — Saanel Larteyn, otyły teyn Lorimaara. A sam Lorimaar stał na brzegu, pilnując sfory. Żaden z nich nie spoglądał w górę. Dirk zwolnił, chcąc utrzymać odpowiedni dystans.
Saanel wygramolił się z wody. Nadal znajdował się na niewłaściwym brzegu rzeki, na tym samym co Lorimaar, a nie na tym, na którym leżało Kryne Lamiya. Zamierzał jednak przedostać się na drugą stronę. Ale nie tutaj. Obaj łowcy ruszyli dalej w dół rzeki, przedzierając się niezgrabnie przez zielsko, kamienie oraz porastające brzeg dławce.
Dirk nie podążył za nimi. Miał powietrzny ślizg i wiedział, w którą stronę się udają. Zawsze będzie mógł ich znaleźć, jeśli okaże się to konieczne. Gdzie jednak byli pozostali? Roseph i jego teyn? Garse Janacek? Odwrócił się i poleciał z powrotem w górę rzeki, czując się odrobinę pewniej. Jeśli łowcy się rozdzielili, łatwiej mu będzie sobie z nimi poradzić. Leciał szybko, nisko nad rzeką. Woda kipiała dwa metry pod jego stopami, on zaś cały czas omiatał spojrzeniem oba brzegi, starając się wypatrzyć następną próbującą przedostać się w bród grupę.
Jakieś dwa kilometry na północny wschód od bystrzy — koryto rzeki było tu wąskie, a nurt wartki — natrafił na Janacka, który stał na brzegu z zadumaną miną.
Wydawało się, że jest sam. Dirk krzyknął do niego. Zaskoczony Ironjade uniósł wzrok, a potem pomachał ręką.
Dirk opadł na ziemię tuż obok niego. To było kiepskie lądowanie. Skalną wyniosłość, na której stał Janacek, porastał śliski, zielony mech. Dolna powierzchnia powietrznego ślizgu zsunęła się z niego i Dirk omal nie wpadł do rzeki. Janacek złapał go za ramię.
Dirk wyłączył grawitor.
— Dziękuję — mruknął. — Mam wrażenie, że tu kiepsko się pływa.
— To właśnie przyszło mi do głowy, kiedy tu stałem — poparł go Janacek. Był wychudzony, twarz i ubranie miał brudne, a rudą brodę wilgotną od potu. Na czoło opadał mu długi kosmyk włosów, zlepiony i przetłuszczony. — Próbowałem zdecydować, czy zaryzykować przeprawę, czy też marnować czas, idąc dalej w górę rzeki, mając nikłą nadzieję na to, że znajdę bezpieczniejszy bród. — Przez jego twarz przemknął słaby uśmiech. — Ale ty rozwiązałeś ten problem dzięki zabawce Gwen. Gdzie…