Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
Ramiona wyciągnęły się ku niemu.
Flyte czmychnął czołgając się tyłem po podłodze, dopadł ściany.
Ramiona poszły za nim, zawisły, gotowe do uderzenia. Cofnęły się. Ono nie było zainteresowane Flyte'em.
Bryce wypalił z rewolweru, choć był to gest bez znaczenia.
Tal krzyknął coś, czego Jenny nie była w w stanie zrozumieć, i stanął pomiędzy nią i Lisa a zmiennokształtem.
Pominąwszy Sarę, stwór dopadł Franka Autry'ego. Oto kogo ono pragnęło. Dwa grube ramiona owinęły się wokół torsu Franka i odciągnęły go od innych.
Kopiąc, wywijając pięściami i szarpiąc trzymającego go stwora, Frank krzyczał bezgłośnie, jego twarz zniekształciła groza.
Teraz wszyscy wrzeszczeli przeraźliwie – nawet Bryce, nawet Tal.
Bryce rzucił się za Frankiem. Złapał go za prawe ramię. Usiłował wyrwać bestii, która nieustannie ściągała Autry'ego do siebie.
– Oderwijcie to ode mnie! Oderwijcie to ode mnie! – wykrzykiwał Frank.
Bryce próbował oderwać jedno z koszmarnych ramion od zastępcy.
Grube, pokryte śluzem, inne ramię poderwało się z podłogi, zwinęło się, strzeliło, uderzyło Bryce'a z ogromną siłą, rzuciło na podłogę.
Frank został uniesiony z podłogi w powietrze. Oczy wylazły mu z orbit, kiedy patrzył na ciemny, śluzowaty korpus zmieniającego się odwiecznego wroga. Kopał i walczył na próżno.
Jeszcze jedno pseudoodnóże wychyliło się z centralnej bryły zmiennokształtu i uniosło w powietrze, dygocąc od dzikiej żądzy. Wzdłuż obrzydliwego ramienia rozstąpiła się nakrapiana, szaro-kasztanowo-czerwono-brązowa skóra. Pojawiła się naga, brocząca surowicą tkanka.
Lisa zakrztusiła się, tłumiąc torsje.
Nie tylko na widok ohydnego ropiejącego ciała zbierało się na wymioty. Wzrósł koszmarny smród.
Żółtawy płyn zaczął kapać z otwartej rany. Krople upadając na podłogę syczały, pieniły się i zżerały płytki.
Jenny usłyszała czyjś głos:
– Kwas!
Wrzaski Franka przeszły w rozpaczliwe przeszywające wycie, pełne grozy i rozpaczy.
Kapiące kwasem ramię owinęło się falującym ruchem wokół szyi zastępcy i zaciągnęło mocno jak garrota.
– O Jezu, nie!
– Nie patrz! – powiedziała Jenny do Lisy.
Zmiennokształt prezentował, w jaki sposób pozbawił głów Jakoba i Aidę Libermannów.
Krzyk Franka Autry'ego przeszedł w bełkot, potem w gulgot. Żrące ramię przecięło szyję z niesamowitą szybkością. Głowa Franka wystrzeliła w górę jak korek szampana, stuknęła o płytki podłogowe.
Jenny poczuła w ustach żółć. Przełknęła ślinę.
Sara Yamaguchi łkała.
Stwór nadal trzymał w powietrzu bezgłowe ciało Franka. Teraz w bryle niekształtnej tkanki otworzyła się wielka, bezzębna gęba. Ramiona wciągnęły ciało w rozwarte, poszarpane usta. Czarne wargi ośliniły trupa. Usta zamknęły się mocno i przestały istnieć. Frank Autry też przestał istnieć.
Zszokowany Bryce spoglądał na odciętą głowę Franka. Niewidzące oczy patrzyły w niego, poprzez niego.
Frank przepadł. Frank, który przeżył kilka wojen, życie wypełnione niebezpieczną pracą, tego nie przeżył.
Bryce pomyślał o Ruth Autry. Jego rozszalałe serce cisnęło się z żalu na myśl o samotnej Ruth. Ona i Frank tworzyli wyjątkową parę.
Ramiona wróciły do pulsującej bryły. Po kilku sekundach znikły.
Bezkształtny, falujący kadłub wypełniał jedną trzecią sali.
Bryce był teraz w stanie sobie wyobrazić, jak ono toczy się szybko przez prehistoryczne mokradła, stapia z błotem, czatuje na ofiary. Tak, dinozaury nie były dla niego równorzędnym przeciwnikiem.
Wcześniej myślał, iż zmiennokształt oszczędził życie jego i kilku innych osób, aby zwabić Flyte'a do Snowfield. Teraz wiedział, że nie w tym rzecz. Mógł ich pożreć i imitować głosy przez telefon, i Flyte zostałby ściągnięty równie łatwo. Zostawiło ich z jakiegoś innego powodu. Być może tylko dlatego, żeby zabijać pojedynczo przed obliczem Flyte'a. Aby ten zobaczył dokładnie, jak ono funkcjonuje.
Chryste!
Zmiennokształt górował nad nimi, dygocąc jak żelatyna. Całe wielkie groteskowe cielsko pulsowało jak od nie zsynchronizowanych uderzeń wielu serc.
– Gdyby było można w jakiś sposób dostać wycinek tkanki! – odezwała się Sara Yamaguchi drżącym głosem. – Dałabym wszystko, żeby zbadać to pod mikroskopem… zdobyć jakieś pojęcie o strukturze jego komórki. Może znaleźlibyśmy jakiś słaby punkt… sposób… żeby pokonać…
– Chciałbym to zbadać… tylko żeby móc zrozumieć… tylko wiedzieć – powiedział Flyte.
Ze środka bezkształtnej masy wypłynęła tkanka. Zaczęła przybierać ludzką postać. Przed ich oczyma formował się Gordy Brogan. Zanim fantom zrealizował się w pełni – ciało było wciąż nieforemne, w połowie zaznaczone, a twarz jeszcze nie wykończona – otwarły się usta i replika Gordy'ego przemówiła. Ale nie własnym głosem. Usłyszeli głos Stu Wargle'a, co dodatkowo dawało w najwyższym stopniu niepokojący efekt.
– Idźcie do laboratorium – powiedziało na pół ukształtowanymi ustami, ale bardzo wyraźnie. – Pokażę panu wszystko, co potrzebne, doktorze Flyte. Pan jest mym Mateuszem. Mym Łukaszem. Idźcie do laboratorium. Do laboratorium.
Nie dokończony wizerunek Gordy'ego Brogana rozpłynął się jak dym.
Wybrzuszona bryła guzowatej tkanki wielkości człowieka wpłynęła w większą bryłę.
Cała pulsująca i opadająca masa zaczęła wycofywać się poprzez pępowinę, idącą w górę ściany i przez przewód wentylacyjny.
Ile tego jeszcze spoczywa wewnątrz ścian zajazdu? -/• z niepokojem zastanawiał się Bryce. Ile czeka w kanałach? Jak wielki jest bóg Proteusz?
Kiedy stwór odpływał, otwierały się w nim dziwnie ukształtowane otwory, nie większe od ludzkich ust. Kilkanaście. Kilkadziesiąt. Zaczęły wydawać odgłosy: ćwierkanie ptaków, krzyki mew, buczenie pszczół, warczenie, syk, słodki dziecięcy śmiech, dalekie śpiewy, pohukiwanie sowy, brzmiący jak marakasy terkot grzechotnika. Te dźwięki łączyły się w nieprzyjemny, irytujący, wyraźnie złowrogi chór.
Zmiennokształt znikł w wylocie wentylacyjnym. Tylko odcięta głowa Franka i pogięta kratka na podłodze świadczyły, że było tu coś z piekła rodem.
Zegar elektryczny wskazywał czas: 3.44.
Noc prawie dobiegła końca.
Ile jeszcze do świtu? – zastanawiał się Bryce. Półtorej godziny? Godzina i czterdzieści minut? Więcej?
Podejrzewał, że jest to bez znaczenia.
I tak nie dożyje wschodu słońca.
17
Drzwi drugiego laboratorium stały otworem. Światła były zapalone. Monitory komputerów świeciły się. Wszystko zostało przygotowane.
Jenny do tej pory usiłowała narzucić sobie wiarę, że stać ich na opór, że jeszcze mają szansę, choć niewielką, wpłynąć na bieg wydarzeń. Obecnie ta krucha, kojąca serce wiara rozpłynęła się. Byli bezsilni. Zrobią tylko to, co ono zechce, pójdą tylko tam, gdzie ono im pozwoli.
Cała szóstka tłoczyła się w laboratorium.
– Co teraz? – spytała Lisa.
– Czekamy – powiedziała Jenny.
Flyte, Sara i Lisa siedli przy trzech jarzących się monitorach. Jenny i Bryce oparli się o ladę, Tal stał przy otwartych drzwiach, wyglądał na zewnątrz.
Mgła pieniła się za drzwiami.
Jenny powiedziała do Lisy: – Czekamy. Ale czekanie nie jest rzeczą łatwą. Każda sekunda wystawiała ich na próbę; oczekiwali groźnych i ponurych zdarzeń.
Skąd teraz przyjdzie śmierć?
W jakiej fantastycznej postaci?
I kogo tym razem zabierze?
– Doktorze Flyte – odezwał się w końcu Bryce – jeśli te prehistoryczne kreatury przeżyły miliony lat w podziemnych jeziorach i rzekach, w najgłębszych rowach oceanicznych… lub gdziekolwiek… i jeśli wynurzają się na powierzchnię, aby zdobyć pożywienie… to dlaczego zbiorowe zaginięcia nie są częstsze?