Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
– Tędy – powiedział strażnik.
– Tą drogą, do helikoptera – dodał drugi.
Szli szybko labiryntem korytarzy, w dół po betonowych stopniach i przez stalowe drzwi przeciwpożarowe wyszli na smagane wiatrem lądowisko, gdzie czekał elegancki niebieski helikopter. Był to wygodny, dobrze zaopatrzony jetranger II bella, maszyna dla kadr kierowniczych.
– To helikopter gubernatora – poinformował Corello Flyte'a.
– Gubernatora? – zdziwił się Flyte. – On tu jest?
– Nie. Ale oddał swój helikopter do pańskiej dyspozycji. Kiedy wchodzili do wygodnej kabiny pasażerskiej, wirniki zaczęły kręcić się nad ich głowami.
Przyciskając czoło do szyby Timothy Flyte obserwował, jak San Francisco szybko niknie w ciemności nocy.
Ogarnęło go podniecenie. Przed wylądowaniem otumaniony i rozespany – teraz czujny, płonął chęcią poznania prawdy o wydarzeniach w Snowfield.
Jetranger miał wysoką prędkość podróżną jak na helikopter i lot do Santa Mira trwał mniej niż dwie godziny. Corello – człowiek sprytny, wyszczekany, dowcipny – pomógł Timothy'emu przygotować następne oświadczenie dla czekającej prasy. Podróż minęła szybko.
Z głuchym uderzeniem dotknęli ziemi w środku ogrodzonego parkingu za komisariatem. Corello otworzył drzwi kabiny pasażerskiej, jeszcze zanim wirniki przestały się kręcić, wyskoczył z maszyny i szarpany podmuchami idącymi od śmigieł podał dłoń Timothy'emu.
Agresywny tłum dziennikarzy – jeszcze większy niż w San Francisco – wypełniał uliczkę. Napierali na drucianą siatkę, wykrzykiwali pytania, wyciągali mikrofony i robili zdjęcia.
– Zapoznamy ich z oświadczeniem potem, kiedy nam będzie wygodnie – powiedział Corello, przekrzykując wrzawę. – W tej chwili policja czeka, żeby połączyć pana z szeryfem tam, w Snowfield.
Kilku zastępców wprowadziło Timothy'ego i Corella do biura, gdzie czekał na nich umundurowany mężczyzna. Nazywał się Charlie Mercer. Był dobrze zbudowany, miał najbardziej krzaczaste brwi, jakie Timothy widział w życiu, i energię oraz skuteczność działania sekretarki prezesa wielkiej korporacji.
Timothy został podprowadzony do fotela za biurkiem.
Mercer wystukał numer w Snowfield. Łączył się z szeryfem Hammon-dem. Linię połączono z głośnikim konferencyjnym, tak że Timothy nie musiał korzystać ze słuchawki i wszyscy w pokoju słyszeli całą rozmowę.
Hammond odpalił pierwszy ładunek, ledwie wymienili z Timothym pozdrowienia.
– Doktorze Flyte, widzieliśmy odwiecznego wroga. Lub przynajmniej to, co pan miał na myśli. Jest to ogromny… ameboidalny stwór. Zmiennokształt, zdolny naśladować wszystko.
Ręce drżały Timothy'emu; uchwycił się poręczy fotela.
– Mój Boże.
– Czy taki jest ten pański odwieczny wróg?
– Tak. Przeżytek z innej ery. Liczy miliony lat.
– Powie pan nam więcej, kiedy pan tu przyjedzie – powiedział Hammond. – Jeśli uda mi się pana przekonać, żeby pan przyjechał.
Do Timothy'ego docierała tylko połowa tego, co szeryf mówił. Myślał o odwiecznym wrogu. Pisał o nim, szczerze wierzył w jego istnienie. A jednak nie był przygotowany na potwierdzenie swej teorii. Teraz przeżył wstrząs.
Hammond opowiedział mu o ohydnej śmierci, jaka dotknęła zastępcę Gordy'ego Brogana.
Poza samym Timothym tylko Sal Corello wyglądał na oszołomionego i przerażonego opowieścią Hammonda. Mercer i inni najwidoczniej słyszeli to wszystko przed kilkoma gpdzinami.
– Widzieliście to i żyjecie? – pytał zadziwiony Timothy. - Ono musiało zostawić kogoś z nas przy życiu – powiedział Hammond – żebyśmy przekonali pana do przyjazdu. Gwarantuje panu list żelazny.
Timothy, zamyślony, żuł dolną wargę.
– Doktorze Flyte? – spytał Hammond. – Jest pan tam?
– Co? Och… tak. Jestem, jestem. Co pan chce przez to powiedzieć, że ono gwarantuje mi list żelazny?
Hammond opowiedział mu zadziwiającą historię o kontakcie z odwiecznym wrogiem za pomocą komputera.
Timothy zlał się potem. Na biurku zobaczył pudełko chusteczek higienicznych, zaczerpnął je pełną garścią i otarł twarz.
Kiedy szeryf skończył, profesor wziął głęboki oddech i odezwał się z wysiłkiem:
– Nigdy nie oczekiwałem… to znaczy… no, nigdy nie przyszło mi do głowy, że…
– Że co? – spytał Hammond. Timothy chrząknął.
– Nigdy nie przyszło mi do głowy, że odwieczny wróg może posiadać inteligencję równą inteligencji człowieka.
– Podejrzewam, że ma nawet wyższą – powiedział Hammond.
– Ale ja zawsze wyobrażałem sobie, że jest tępym zwierzakiem z ograniczoną samoświadomością.
– Jest inaczej.
– To czyni je o wiele bardziej niebezpiecznym. Mój Boże. O wiele bardziej niebezpiecznym.
– Przyjedzie pan tu? – spytał Hammond.
– Nie zamierzałem zbliżać się bardziej, niż się już zbliżyłem – powiedział Timothy. – Ale jeśli ono jest inteligentne i proponuje mi list żelazny…
W telefonie zaświergotał dziecięcy głos, słodziutki głos małego chłopczyka, może pięcio-, sześcioletniego:
– Proszę, proszę, proszę przyjechać i pobawić się ze mną, doktorze Flyte. Proszę przyjechać na figielki. Dobra?
Zanim Timothy zdążył odpowiedzieć, zabrzmiał kobiecy głos, łagodny jak muzyka:
– Tak, drogi doktorze Flyte, proszę, niech pan nie pozbawia nas swojego towarzystwa. Czekamy z niecierpliwością. Nikt pana nie skrzywdzi.
W końcu na linii usłyszeli głos dojrzałego mężczyzny, ciepły i wyrozumiały:
– Ileż pan jeszcze musi się o mnie dowiedzieć, doktorze Flyte! Ileż wiedzy czeka na zgłębienie! Proszę przyjechać i rozpocząć swe badania. Propozycja listu żelaznego jest szczera.
Cisza.
– Halo? Halo? Kto to? – pytał zmieszany Timothy.
– Jestem – powiedział Hammond. Inne głosy zamilkły.
– Teraz jestem tylko ja – powtórzył Hammond.
– Ale kim byli ci ludzie? – zapytał Timothy.
– To faktycznie nie byli ludzie. To fantomy. Naśladownictwo. Nie pojmuje pan? Trzema różnymi głosami ono powtórzyło panu propozycję żelaznego listu. To odwieczny wróg, doktorze.
Timothy spojrzał na czterech mężczyzn w pokoju. Wszyscy wpatrywali się z napięciem w czarną konferencyjną skrzynkę, z której dochodził głos Hammonda – i inne głosy.
Ściskając przemoczone chusteczki, Timothy otarł mokrą od potu twarz.
– Przyjadę.
Teraz wszyscy w pokoju spojrzeli na niego.
– Doktorze, nie ma najmniejszego powodu wierzyć, że ono dotrzyma obietnicy. Jeśli już się pan tam wybiera, może pan już spisywać testament.
– Ale jeśli jest inteligentne…
– To nie znaczy, że zagrywa uczciwie – powiedział Hammond. – Wszyscy tutaj wiemy na pewno jedno: ta kreatura jest samą esencją zła. Zła, doktorze Flyte. Czy uwierzyłby pan w obietnicę diabła?
Dziecięcy głosik pojawił się na linii, nadal śpiewny i słodki:
– Jeśli się pan zjawi, doktorze Flyte, oszczędzę nie tylko pana, ale tych sześcioro ludzi, którzy siedzą tu w pułapce. Jeśli pan przyjedzie na figielki, puszczę ich. A jak pan nie przyjedzie, wezmę się za te świnie. Rozwalę ich. Wycisnę z nich całą krew, całe gówno. Zetrę na miazgę, nic z nich nie zostanie.
Te słowa wypowiedziane lekkim, niewinnym, dziecięcym głosem przerażały dużo bardziej, niż gdyby wywrzeszczał je rozwścieczony basso profundo.
Timothy'emu waliło serce.
– To załatwia sprawę – powiedział. – Przyjadę. Nie mam wyboru.
– Niech pan nie bierze nas pod uwagę – przekonywał Hammond. – Ono może oszczędzić pana, bo nazywa pana swoim świętym Mateuszem, Markiem, Łukaszem i Janem. Ale jest jasne jak cholera, że nas nie oszczędzi, bez względu na to, co mówi.