Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
– Zastanawiam się – zamyśliła się Jenny – czy wtedy wydziela konserwant.
– Tak, prawdopodobnie – zgodziła się Sara. – Dlatego brak ukłuć na badanych trupach. Konserwant najprawdopodobniej wnika osmotycznie.
Jenny pomyślała o Hildzie Beck, swojej gosposi, pierwszej znalezionej ofierze.
Zadrżała.
– Woda – powiedziała Jenny.
– Co? – spytał Bryce.
– Te kałuże destylowanej wody, które znaleźliśmy. Zmiennokształt wydalał wodę.
– Jak to sobie wyobrażasz?
– Ludzkie ciało składa się głównie z wody. Więc kiedy stwór wchłonął ofiary, zużywał każdy miligram soli mineralnych, każdą witaminę, każdą użyteczną kalorię, a wydalał to, co niepotrzebne: absolutnie czystą wodę. Te kałuże to wszystko, co pozostało z setek zaginionych ludzi. Żadnych ciał. Żadnych kości. Tylko woda… która już wyparowała.
Hałasy na dachu nie powtórzyły się. Zapanowała cisza. Krab-fantom przepadł.
W ciemności, we mgle, w żółtym świetle sodowych lamp ulicznych nic się nie poruszało.
W końcu odwrócili się plecami do okna i usiedli przy stole.
– Czy to cholerstwo da się zabić? – zastanawiał się Frank.
– Mamy pewność, że pociski nie załatwią sprawy – powiedział Tal.
– Ogień? – spytała Lisa.
– Żołnierze mieli bomby ogniowe własnego wyrobu – przypomniała Sara. – Ale zmiennokształt najwyraźniej uderzył tak nagle, tak nieoczekiwanie, że nikt nie miał czasu złapać za butelkę i zapalić zapalnik.
– Poza tym – zaopiniował Bryce – ogień najprawdopodobniej nie załatwi sprawy. Jeśli zmiennokształt zapali się, to po prostu… cóż… odłączy się od części ogarniętej płomieniami i przejdzie główną partią cielska w bezpieczne miejsce.
– Środki wybuchowe prawdopodobnie też są bezużyteczne – dodała Jenny. – Założę się, że kiedy rozsadzi się tego stwora na tysiąc kawałków, powstanie tysiąc mniejszych zmiennokształtów, które spłyną się znów razem, nie zniszczone.
– No to da się go zabić czy nie? – Frank powtórzył pytanie. Milczeli, zastanawiali się.
– Nie – rzekł wreszcie Bryce. – Ja nie widzę sposobu.
– Więc co możemy zrobić?
– Nie wiem – powiedział Bryce. – Po prostu nie wiem.
Frank Autry połączył się z Ruth i rozmawiał z nią blisko pół godziny. Tal zadzwonił, z drugiego telefonu, do paru przyjaciół. Później Sara Yamaguchi zajęła jedną z linii na prawie całą godzinę. Jenny zatelefonowała do kilku osób, w tym do ciotki w Newport Beach, z którą porozmawiała również Lisa. Bryce porozmawiał z kilkoma policjantami w komisariacie w Santa Mira, z ludźmi, z którymi pracował od lat i z którymi wiązała go więź braterstwa. Porozmawiał też z rodzicami, mieszkającymi w Glendale, i z ojcem Ellen w Spokane.
Rozmowy całej szóstki były pełne animuszu. Mówili, że rozprawią się ze stworem i że szybko opuszczą Snowfield.
Jednakże Bryce wiedział, że wszyscy starają się robić dobrą minę do złej gry. Wiedział, że to nie są zwykłe rozmowy telefoniczne; pomimo pozorów optymizmu te wymiany zdań miały jeden ponury cel; szóstka, której udało się przeżyć, mówiła “do widzenia".
15
Sal Corello, agent reklamowy wynajęty do opieki nad Timothym Flyte'em na Lotnisku Międzynarodowym San Francisco, był drobnym, ale silnie umięśnionym mężczyzną, z włosami żółtymi jak kolba kukurydzy i oczami w kolorze głębokiego błękitu. Miał wygląd przywódcy. Gdyby mierzył sześć" stóp dwa cale zamiast pięciu stóp jednego cala, jego twarz mogłaby być równie sławna jak twarz Roberta Redforda. Jednakże jego inteligencja, spryt i agresywny urok wyrównywały niedostatek wzrostu. Wiedział, jak osiągnąć to, czego potrzebowali jego klienci – i on sam.
Zwykle Corello potrafił przymusić nawet dziennikarzy do takiego zachowania, że można było błędnie uznać ich za ludzi cywilizowanych. Ale nie dzisiaj. Sensacja była zbyt wielka i świeża. Corello w życiu nie widział czegoś podobnego: setki reporterów i ciekawskich runęło na Flyte'a w chwili, kiedy go zobaczyli. Napierali na profesora, szarpali nim, wsadzali pod nos mikrofony, oślepiali fleszami, gorączkowo wykrzykując pytania: – Doktorze Flyte?… Profesorze Flyte?… Płytę! – Flyte, Flyte-Flyte-Flyte, FlyteFlyteFlyteFlyte… Pytania zatarły się w bełkot. Sala Corella bolały uszy. Profesor najpierw był oszołomiony, potem przestraszony. Corello wziął mocno pod ramię starszego pana i przeprowadził przez otaczającą ich ciżbę, działając jak mały, ale bardzo skuteczny taran. Wyglądało na to, że nim dotrą do niewielkiego podium, które Corello i funkcjonariusze ochrony lotniska wznieśli na końcu hali, profesor Flyte wyzionie ducha ze strachu.
Corello stanął przed mikrofonem i szybko uciszył tłum. Nakłonił zebranych, by pozwolili Flyte'owi wygłosić krótkie oświadczenie, obiecał, że będą mogli potem zadać kilka pytań, przedstawił mówcę i zmył się z podium.
Kiedy wszyscy uzyskali sposobność dobrego przyjrzenia się Timo-thy'emu Flyte'owi, nie byli w stanie ukryć sceptycyzmu. Corello dojrzał to na twarzach: doskonale widoczną obawę, że Flyte robi z nich balona. Rzeczywiście Flyte wyglądał na pomyleńca. Siwe włosy stanęły mu na głowie, jakby właśnie wsadził palec do kontaktu. Oczy miał wytrzeszczone i ze strachu, i z chęci zapanowania nad zmęczeniem, a jego sfatygowana twarz przypominała oblicze roztrzęsionego pijaczka. Był nie ogolony. Ubranie wisiało na nim jak worek, wymięte i nieświeże. Corellowi kojarzył się z jednym z tych ulicznych fanatyków, głoszących nieuchronny Armageddon.
Burt Sandler, wydawca z firmy Wintergreen i Wyle, telefonując wcześniej z Londynu, przygotował Corella na to, że Flyte może wywrzeć negatywne wrażenie na dziennikarzach. Sandler martwił się niepotrzebnie. Dziennikarze niecierpliwili się wprawdzie, gdy Flyte chrząkał dobrych parę razy do mikrofonu, ale kiedy w końcu zaczął mówić, oczarował ich w minutę. Opowiedział im o kolonii Roanoke Island, o zniknięciu cywilizacji Majów, o tajemniczej depopulacji życia morskiego i o armii, która zniknęła w 1711 roku. W tłumie zaległa cisza. Corello odetchnął.
Flyte opowiadał teraz im o wiosce Eskimosów Anjikuni, pięćset mil na północny wschód od posterunku Królewskiej Policji Konnej w Churchill. W śnieżne popołudnie francusko-kanadyjski traper i kupiec, Joe LaBelle, zatrzymał się w Anjikuni – tylko po to, żeby odkryć, iż wszyscy mieszkańcy zniknęli. Cały dobytek, w tym cenne strzelby myśliwskie, porzucono. Posiłki stały, nie dojedzone. Psie zaprzęgi (ale bez psów) zostały, co znaczyło, że nie było sposobu, aby cała wieś mogła przenieść się lądem w inne miejsce. Osiedle, jak później określił to LaBelle, było “niesamowite, jak cmentarz w głuchą noc". LaBelle szybko udał się na posterunek Policji Konnej w Churchill. Rozpoczęto szeroko zakrojone śledztwo, ale nigdy nie znaleziono śladu po mieszkańcach wioski.
Kiedy reporterzy robili notatki i kierowali mikrofony magnetofonów na Flyte'a, on opowiedział im o swojej (jakże potępianej!) teorii odwiecznego wroga. Rozległy się zduszone okrzyki zdumienia, pojawiły niedowierzające spojrzenia, ale obyło się bez hałaśliwych dopytywań lub wyraźnych oznak niedowiarstwa.
Ledwo Flyte skończył czytać przygotowane oświadczenie, Sal Corello sprzeniewierzył się obietnicy krótkich wywiadów, ujął Flyte'a pod ramię i pociągnął do drzwi za podium.
Dziennikarze zawyli z oburzenia na tę zdradę. Runęli za Flyte'em.
Corello i profesor weszli do służbowego korytarza, w którym czekało kilku pracowników służby bezpieczeństwa lotniska. Jeden ze strażników zatrzasnął i zamknął drzwi na klucz, odcinając dziennikarzy, którzy zawyli jeszcze głośniej niż poprzednio.