Ostatni szpieg Hitlera
- Автор: Сильва Дэниел
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ostatni szpieg Hitlera». Краткое содержание книги:
– Basilu, co sądzisz o planie Alfreda? – spytał Churchill.
– Jest genialny – odparł Boothby. – Co jednak, jeśli obawy Alfreda co do komandora Jordana okażą się słuszne? Jeśli rzeczywiście okaże się niemieckim agentem? Jordan mógłby wyrządzić nieobliczalne szkody.
– To niebezpieczeństwo towarzyszy również pana planowi, sir Basilu. Niestety, musimy podjąć ryzyko. Ale od tej pory Jordan nie będzie ani przez chwilę sam. Czy będzie z nią, czy z kimś innym. Ma być obserwowany dwadzieścia cztery godziny na dobę. Będziemy iść za nim jak cień. Jeśli usłyszymy albo zobaczymy coś podejrzanego, natychmiast wkraczamy do akcji, aresztujemy Catherine Blake i postępujemy wedle pana scenariusza.
Boothby skinął głową.
– Sądzi pan, że komandor Jordan temu podoła? W końcu dopiero co się przyznał, że kochał tę kobietę. Zdradziła go. Moim zdaniem nie będzie w stanie kontynuować tego związku.
– Cóż, po prostu będzie musiał – uciął Vicary. – On nas wpakował w to łajno i on nas będzie musiał z niego wyciągnąć. Nie możemy zmieniać ról i podstawić na jego miejsce zawodowca. Oni wybrali właśnie jego. Nikt inny go nie zastąpi. Uwierzą tylko w to, co zobaczą w teczce Jordana.
Churchill popatrzył na Eisenhowera.
– Generale?
Eisenhower zgasił papierosa, przez chwilę się namyślał, po czym odrzekł:
– Jeśli to rzeczywiście jedyne wyjście, udzielę wsparcia planowi profesora. Generał Betts i ja dopilnujemy, żeby otrzymał pan wszelką pomoc ze strony SHAEF i mógł przeprowadzić swój plan.
– W takim razie sprawa załatwiona – stwierdził Churchill. – I niech Bóg nas ma w swojej opiece, jeśli się nie uda.
– A tak przy okazji, nazywam się Vicary, Alfred Vicary. To Harry Dalton, mój współpracownik. Ten pan zaś to sir Basil Boothby. On tu wszystkim kieruje.
Był ranek następnego dnia, godzina po świcie. Szli wąską ścieżką wśród drzew – Harry parę kroków przed nimi, niczym zwiadowca, Vicary z Jordanem obok siebie, a za nimi Boothby, pilnujący tyłów. W nocy deszcz ustał, ale niebo nadal przesłaniały gęste chmury. Szare światło zimowego poranka wyprało z wszelkich barw drzewa i wzgórza. W kotlinach zebrała się mgła, w powietrzu unosiła się woń dymu z kominków płonących w domu. Jordan przelotnie popatrzył kolejno na przedstawianych mu mężczyzn, ale nie wyciągnął ręki. Obie schował w kieszeniach sztormiaka, który dostarczono mu do pokoju wraz z wełnianymi spodniami i grubym swetrem.
Przez pewien czas spacerowali w milczeniu, jak starzy szkolni kumple, umawiający się na solidne śniadanie. Chłodne powietrze niczym gwóźdź wwiercało się w kolano Vicary'ego. Szedł wolno, z dłońmi zaplecionymi z tyłu i spuszczoną głową, jakby czegoś szukał na ziemi. Drzewa się skończyły i przed nimi pojawiła się Tamiza. Na brzegu stało kilka drewnianych ławek. Harry usiadł na jednej z nich, Vicary z Jordanem na drugiej, Boothby stał.
Vicary wyjaśnił Jordanowi, czego od niego oczekują. Jordan słuchał, nie patrząc na nich. Siedział bez ruchu, z rękami w kieszeniach, z wyciągniętymi nogami, ze wzrokiem utkwionym w jakimś nieokreślonym punkcie na rzece. Kiedy Vicary skończył, powiedział:
– Znajdźcie inny sposób. Nie dam rady. Bylibyście głupcami, gdybyście mi to zlecili.
– Proszę mi wierzyć, komandorze, że gdyby istniał inny sposób naprawienia szkody, skorzystałbym z niego. Niestety, to jedyne rozwiązanie. Pan musi to zrobić. Jest nam pan to winien. Nam i tym żołnierzom, którzy będą nadstawiać karku, próbując zdobyć plaże Normandii. – Zawiesił głos i przez chwilę wzorem Jordana zapatrzył się w wodę. – I jest pan to winien sobie, komandorze. Popełnił pan straszliwy błąd. Teraz pan musi pomóc go naprawić.
– Czy to kazanie?
– Nie, nie uznaję kazań. To prawda.
– Jak długo to potrwa?
– Tak długo, jak będzie konieczne.
– Nie odpowiedział pan na pytanie.
– Zgadza się. Może parę dni, może parę miesięcy. Po prostu nie wiemy. Nie mamy do czynienia z nauką ścisłą. Skończymy najszybciej, jak się da. Ma pan na to moje słowo.
– Odniosłem wrażenie, że w pana zawodzie niewielkie się przywiązuje znaczenie do danego słowa, Vicary.
– Owszem, ale tym razem tak będzie.
– A co z moją pracą nad operacją Mulberry?
– Będzie pan odgrywał rolę aktywnego uczestnika wydarzeń, ale tak naprawdę zostaje pan od niej odsunięty. – Vicary wstał. – Pora już wracać do domu, komandorze. Przed wyjazdem trzeba podpisać parę papierów.
– Jakich papierów?
– Och, na przykład zobowiązanie, że po kres swoich dni ani słowem nikomu pan o tym nie wspomni.
Jordan oderwał wzrok od rzeki i wreszcie spojrzał na Vicary'ego.
– Wierzcie mi, o to nie musicie się troskać.
Rozdział ósmy
Kętrzyn, Niemcy
Kurt Vogel poprawiał kołnierz. Nie pamiętał, kiedy ostatnio tak długo nosił mundur. Przed wojną dobrze na nim leżał, ale teraz Vogel, podobnie jak prawie wszyscy, schudł i bluza wisiała na nim jak więzienny pasiak.
Był piekielnie zdenerwowany. Nigdy jeszcze nie spotkał führera, nigdy nawet nie znalazł się w tym samym pomieszczeniu co on. Osobiście uważał go za szaleńca i potwora, który doprowadził Niemcy na skraj katastrofy. Mimo to, ku swemu zdziwieniu, nie mógł się doczekać tego spotkania i z niepojętych przyczyn chciał wywrzeć pozytywne wrażenie. Żałował, że nie ma przyjemniejszego brzmienia głosu. Żeby się uspokoić, palił papierosa za papierosem – i w samolocie z Berlina, i teraz, w samochodzie. W końcu Canaris poprosił, żeby zgasił to cholerstwo, bo jamniki się duszą. Leżały u stóp Vogla, dwie spasione parówki, łypiące na niego ślepiami. Vogel uchylił okno i cisnął niedopałek w wirujące płatki śniegu,
Limuzyna zatrzymała się na pierwszym punkcie kontrolnym Wilczego Szańca Hitlera. Czterech esesmanów dopadło wozu, otworzyli maskę i bagażnik, wsunęli pod spód lusterka, żeby sprawdzić podwozie. W końcu machnęli, że można jechać. Wkrótce samochód dotarł do obozu. Mimo późnego popołudnia połacie śniegu wśród drzew skrzyły się w blasku reflektorów. Strażnicy z owczarkami alzackimi patrolowali ścieżki.
Mercedes ponownie się zatrzymał i znowu opadli go esesmani. Tym razem zrewidowali pasażerów. Kazali wysiąść i przeszukali ich. Voglem wstrząsnął widok Wilhelma Canarisa, szefa niemieckiego wywiadu, który stoi z podniesionymi rękami, podczas gdy esesman go obmacuje jak jakiegoś pospolitego pijaczynę.
Strażnik zażądał teczki Vogla i kapitan niechętnie mu ją podał. Znajdowały się w niej zdjęcia dokumentu aliantów wraz ze wstępną analizą pracowników technicznych Abwehry. Esesman zanurzył rękę, sprawdzając, czy w walizce nie ma broni albo środków wybuchowych. Uspokojony oddał ją Voglowi.
Vogel przyłączył się do Canarisa i obaj bez słowa ruszyli ku schodom prowadzącym w głąb bunkra. Dwa zdjęcia Vogel zostawił w Berlinie, zamknięte w szafce: fotografie listu. To była jej dłoń. Vogel rozpoznał nierówną szramę na kciuku. Był rozdarty w sobie. Spełnić jej prośbę i wyciągnąć z Anglii czy zostawić ją na miejscu? Podejrzewał, że decyzja zostanie podjęta za niego.
Kolejny esesman czekał przy schodach, na wypadek gdyby goście führera jakimś cudem zdołali się uzbroić w trakcie krótkiego spaceru po obozie. Canaris i Vogel stanęli, poddając się kolejnej rewizji.
Canaris spojrzał na Vogla.
– Witaj w obozie Paranoja – powiedział.