Ostatni szpieg Hitlera
- Автор: Сильва Дэниел
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ostatni szpieg Hitlera». Краткое содержание книги:
„Proszę się odezwać? Och, niech to licho!". Vicary spojrzał na Harry'ego i powiedział:
– Zejdź na dół, cicho otwórz drzwi od gabinetu, wejdź do środka i zamknij je za sobą.
Harry wrócił po dwóch minutach.
– Słyszałeś coś?
– Nic.
– Więc mogłaby się wyślizgnąć w nocy do jego gabinetu i fotografować dokumenty, które przynosił z pracy.
– Musimy to przyjąć, tak. Sprawdź łazienkę. Zobacz, czy nie zostawiła tam jakiegoś osobistego drobiazgu.
Vicary słyszał, jak Harry buszuje w szafce z lekarstwami. Za chwilę wrócił do sypialni.
– Nie ma tam niczego, co by należało do kobiety.
– Dobra. Na razie tyle nam wystarczy.
Wrócili na dół, zamknęli na klucz drzwi do gabinetu i wyszli na zewnątrz. Zaparkowali tuż za rogiem. Kiedy skręcili na chodnik, Vicary spojrzał w górę na rząd kamienic po drugiej stronie ulicy. Błyskawicznie spuścił wzrok. Przysiągłby, że w zacienionym oknie dostrzegł kogoś, kto patrzył na niego. Twarz mężczyzny: ciemne oczy, czarne włosy, wąskie usta. Jeszcze raz zerknął na górę, lecz człowiek zniknął.
Żeby oczekiwanie mniej mu się dłużyło, Horst Neumann wymyślił sobie zabawę: zapamiętywał twarze. Zrobił się w tym całkiem dobry. Patrzył na twarze ludzi – w pociągu albo na zatłoczonym placu – każdą z nich zapamiętywał, a potem w duchu je odtwarzał, jakby przewracał strony albumu ze zdjęciami. Tyle już czasu spędził na trasie Hunstanton – Liverpool Street! Wydawało mu się, że cały czas widzi znajome twarze. Pyzaty sprzedawca, który zawsze pogładził nogę dziewczyny, zanim się z nią pocałował na do widzenia w Cambridge, dokąd wracał do żony. Stara panna, która wiecznie wyglądała, jakby lada chwila miała wybuchnąć płaczem. Wojenna wdowa, która bezustannie patrzyła w okno i zapewne – tak przynajmniej sobie wyobrażał Neumann – w mijanym szarozielonym krajobrazie widziała twarz męża. Na Cavendish Square poznał już wszystkich tubylców: mieszkańców domów otaczających plac, spacerowiczów, którzy lubili posiedzieć na ławce wśród śpiących roślin. Monotonne zajęcie, ale dzięki temu utrzymywał umysł w formie i zabijał czas.
Grubas zjawił się o trzeciej – ten sam szary płaszcz, ten sam kapelusz, to samo niepewne zachowanie przyzwoitego mężczyzny, który popełnia niecny uczynek. Dyplomata otworzył drzwi domu i wszedł do środka. Neumann przeszedł przez plac i wsunął kopertę z filmem w szparę. Usłyszał znajome sieknięcie, kiedy pulchny dyplomata się po nią schylił.
Neumann wrócił na swoje stanowisko i czekał. Po kilku minutach dyplomata wyszedł, złapał taksówkę i odjechał. Neumann stał jeszcze kilka minut, żeby się upewnić, czy nikt nie śledził samochodu.
Do pociągu zostały mu jeszcze dwie godziny. Wstał i ruszył w stronę Portman Square. Przez okno księgarni zauważył dziewczynę. W sklepie było pusto. Siedziała za kontuarem i czytała te same wiersze Eliota, których tomik mu przed tygodniem sprzedała. Poczuła, że ktoś ją obserwuje, bo szybko podniosła wzrok, jakby ją coś przestraszyło. Potem rozpoznała Neumanna, uśmiechnęła się i gestem zaprosiła do środka. Otworzył drzwi i wszedł.
– Właśnie powinnam sobie zrobić przerwę – powiedziała dziewczyna. – Po drugiej stronie ulicy jest kawiarnia. Przyłączy się pan do mnie? A tak przy okazji, nazywam się Sara.
Ech, raz kozie śmierć – pomyślał Neumann.
– Z przyjemnością, Saro – odparł.
Deszcz cicho bębnił w dach humbera. Zimno przenikało do środka, tak że wewnątrz unosiły się obłoczki pary, gdy rozmawiali. Na Grosvenor Square panował niezwykły spokój, w gęstych ciemnościach nie widzieli nic. Jak dla Vicary'ego, równie dobrze mogli parkować pod Reichstagiem. Na plac wjechał amerykański samochód służbowy. W słabym świetle osłoniętych reflektorów widać było mokrą ulicę. Z wozu wysiadło dwóch mężczyzn; żaden z nich nie był Jordanem. Po chwili przez mrok przemknął kurier na motocyklu. Vicary'emu przypomniała się Francja.
Zacisnął powieki, żeby odpędzić tamten widok i przywołał przed oczy twarz mężczyzny w oknie na Kensingtonie. Najprawdopodobniej to tylko wścibski sąsiad – tłumaczył sobie w duchu. Ale coś go niepokoiło: to że mężczyzna stał o krok od okna, a w pokoju było ciemno. Odtwarzał w pamięci tamtą twarz: ciemne włosy i oczy, wąskie usta, jasna cera, rysy, które nie wskazywały na żadną narodowość. Może Niemiec, może Włoch, może Grek albo Rosjanin. Albo i Anglik.
Harry ćmił papierosa, potem zapalił Vicary i po chwili tak nadymili, że wnętrze samochodu przypominało łaźnię turecką. Vicary odrobinę uchylił okno od swojej strony. Do środka wdarło się zimno, siekąc go w twarz.
– Nie wiedziałem, że z ciebie taka gwiazda, Harry. Każdy policjant w Londynie zna twoje nazwisko.
– Sprawa Spencera Thomasa – wyjaśnił Harry.
– Jak go dopadłeś?
– Skończony kretyn. Wszystko spisywał.
– Jak to?
– Chciał zapamiętać szczegóły zbrodni, ale nie ufał pamięci. Więc prowadził ten makabryczny dziennik. Znalazłem go, przeszukując jego pokój. Zdziwiłbyś się, gdybyś wiedział, jakie rzeczy ludzie potrafią wypisywać.
Nie, nie zdziwiłbym się – pomyślał Vicary, przypominając sobie list od Helen.
„Udowodniłam Ci swą miłość w sposób, w jaki już żadnemu mężczyźnie nie udowodnię. Lecz nie zamierzam poświęcić mego związku z ojcem dla małżeństwa".
– Co słychać u Grace Clarendon? – zagadnął Vicary. Nigdy przedtem o nią nie pytał, więc zabrzmiało to nienaturalnie, jakby zagadnąć o rugby albo krykieta.
– Wszystko dobrze – odparł Harry. – Czemu pytasz?
– Wczoraj w nocy widziałem ją pod gabinetem Boothby'ego.
– Boothby zawsze prosi, żeby Grace osobiście dostarczała mu dokumenty. Jej zdaniem dlatego, że lubi patrzeć na jej nogi. Połowa ludzi w wydziale myśli, że ma z nim romans.
Do Vicary'ego też w swoim czasie doszły te pogłoski: Boothby spał z każdą wolną panienką z wydziału, a Grace Clarendon należała do jego ulubionych zdobyczy.
„Nie zrobisz mi tego! Łajdak! Skończony drań!".
Vicary założył, że Boothby udzielał Grace nagany za teczkę Vogla. Ale całkiem możliwe, że podsłuchał sprzeczkę kochanków. Postanowił więcej nie poruszać z Harrym tego tematu.
W chwilę później na plac wjechał samochód.
Ten ułamek sekundy, kiedy po raz pierwszy zobaczył Jordana, pozostał w Vicarym na bardzo długo, jak swąd przypalonego jedzenia na ubraniu. Najpierw usłyszał cichy warkot nadjeżdżającej limuzyny i odwrócił się szybko, by zobaczyć przez szybę twarz Jordana. Trwało to moment, ale ten obraz wyrył mu się w mózgu wyraziście niby na taśmie filmowej. Zobaczył oczy rozglądające się po placu, jakby szukały ukrytych nieprzyjaciół. I linię brody – zdecydowaną, ostrą – jakby Jordan szykował się do odparcia napastnika. Czapkę miał mocno nasuniętą na brwi i płaszcz zapięty po szyję.
Samochód Jordana zatrzymał się pod numerem 47. Uruchomili silnik i błyskawicznie podjechali. Harry wysiadł i ruszył chodnikiem za Jordanem.
Resztę Vicary oglądał jak pantomimę. Harry prosi Jordana, żeby poszedł z nim i wsiadł do drugiego humbera, który ni z tego, ni z owego wyrósł na ulicy. Jordan patrzy na Harry'ego, jakby ten się urwał z choinki.
Harry niezwykle uprzejmie, jak to mają w zwyczaju londyńscy policjanci, przedstawia się Jordanowi. Jordan dobitnie mówi, żeby się odwalił. Harry chwyta go za ramię, odrobinę za mocno, pochyla się i szepcze mu coś do ucha.