Ostatni szpieg Hitlera
- Автор: Сильва Дэниел
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ostatni szpieg Hitlera». Краткое содержание книги:
– Tak, Herr Reichsführer.
– Schellenberg ma swoje wady: arogancję, zamiłowanie do kiczu, no i ta obsesja na punkcie pornografii… – Himmler wzruszył ramionami. – Ale to inteligentny i bystry oficer wywiadu. Wiem, że dobrze wam się będzie razem pracować.
Himmler gwałtownie się odwrócił i odszedł. Vogel stał samotnie, trzęsąc się z zimna od stóp do głów.
– Źle wyglądasz – odezwał się Canaris, gdy Vogel wrócił do samochodu. – Ja też zwykle tak się czuję po rozmowach z hodowcą drobiu. Ale muszę się pochwalić, że lepiej od ciebie to ukrywam.
Przy samochodzie coś zaskrobało. Canaris otworzył drzwiczki od swojej strony, psy wskoczyły do środka i ułożyły się u stóp Vogla. Canaris zastukał w szybę dzielącą ich od szofera. Silnik zawarczał i koła samochodu zachrzęściły na śniegu. Vogel poczuł ulgę, kiedy już mieli za sobą obóz i zanurzyli się w mroczny las.
– Mały kapral był dziś z ciebie ogromnie dumny, Kurt – powiedział Canaris z pogardliwą nutką. – A co z Himmlerem? Czy podczas tej przechadzki wbiłeś mi nóż w plecy?
– Panie admirale…
Canaris pochylił się i położył Voglowi dłoń na ramieniu. W jego błękitnych oczach pojawił się wyraz, jakiego kapitan do tej pory nie widział.
– Uważaj, Kurt – ostrzegł. – Podjąłeś niebezpieczną grę. Bardzo niebezpieczną grę.
To powiedziawszy, Canaris ułożył głowę na oparciu, przymknął oczy i natychmiast zasnął.
Rozdział dziewiąty
Londyn
Operację pospiesznie ochrzczono Kettledrum - Kocioł. Kto i dlaczego wybrał taki kryptonim, Vicary nie wiedział. Dowodzenie nią z ciasnego pokoiku przy St James's Street byłoby zbyt skomplikowane, więc Vicary wybrał sobie na kwaterę szacowny dom na West Halkin Street. W salonie urządzono punkt dowodzenia z dodatkowymi telefonami, zestawem do podsłuchu i olbrzymią mapą Londynu na ścianie. Bibliotekę na górze przerobiono na gabinet Vicary'ego i Harry'ego. Dom miał tylne wejście dla obserwatorów i solidnie zaopatrzoną spiżarnię. Maszynistki zgłosiły się do gotowania i gdy Vicary zjawił się wczesnym wieczorem w swojej nowej kwaterze, uderzył go zapach pieczonego tosta z bekonem i gulaszu jagnięcego pyrkoczącego na ogniu.
Obserwator zaprowadził go na górę do biblioteki. W kominku płonął ogień. Powietrze było suche i ciepłe. Vicary wyplątał się z przemoczonego płaszcza, powiesił go na wieszaku, a wieszak na haku na drzwiach. Któraś z dziewcząt zostawiła dla niego pełny imbryk. Nalał sobie herbaty. Padał z nóg. Po przesłuchaniu Jordana spał krótko; nadzieje, że zdrzemnie się w drodze powrotnej, rozwiał Boothby, który zaproponował, żeby wrócili jednym samochodem i pogawędzili.
Całkowitą kontrolę nad operacją Kettledrum sprawował Boothby. Vicary'emu zlecono pilnowanie Jordana, odpowiadał też za obserwację Catherine Blake. Równocześnie miał spróbować znaleźć pozostałych agentów siatki i odkryć, w jaki sposób kontaktują się z Berlinem. Boothby przyjął funkcję łącznika z Komitetem Dwadzieścia, międzywydziałową grupą, kontrolującą całą działalność i siatkę podwójnych agentów. Nazwa wzięła się stąd, że takich agentów oznaczano podwójnym X, które można odczytać też jako rzymską dwudziestkę. Boothby wraz z komitetem miał przygotowywać specjalnie opracowane dokumenty do teczki Jordana i skoordynować operację Kettledrum z działalnością siatki podwójnych szpiegów oraz operacją Bodyguard. Vicary nie pytał, jakie mylące informacje znajdą się w teczce Jordana, a Boothby go nie poinformował. Profesor wiedział, co to oznacza. Odkrył istnienie nowej niemieckiej siatki szpiegowskiej i odnalazł Jordana, źródło przecieku. Teraz jednak zepchnięto go na drugi plan. Boothby objął pełne dowodzenie.
– Niezła chatka – odezwał się Harry, wchodząc do pokoju. Nalał sobie herbaty i stanął tyłem do kominka, żeby ogrzać plecy. – Gdzie jest Jordan?
– Na górze. Śpi.
– Skończony głupek – stwierdził Harry przyciszonym głosem.
– Nie zapominaj, że od tej pory my odpowiadamy za tego skończonego głupka. Co znalazłeś?
– Odciski palców.
– Co?
– Odciski palców. Świeże odciski palców, bynajmniej nie należące do Petera Jordana, w środku sejfu. Na biurku. Na sejfie. Jordan twierdzi, że zabronił sprzątaczce ruszać gabinetu. Należy więc założyć, że owe odciski zostawiła Catherine Blake.
Vicary wolno pokręcił głową.
– Już wyszykowaliśmy mieszkanie Jordana – ciągnął Harry. – Tak je nafaszerowaliśmy mikrofonami, że usłyszysz pierdzącą mysz. Eksmitowaliśmy rodzinę z naprzeciwka i przyszykowaliśmy tam sobie punkt obserwacyjny. Widok idealny. Każdy, kto się zbliży do domu, będzie miał fotkę.
– A co z Catherine Blake?
– Na podstawie numeru telefonu znaleźliśmy adres na Earl's Court. Przejęliśmy mieszkanie w budynku vis- à- vis.
– Dobra robota, Harry.
Harry przez dłuższą chwilę przypatrywał się zwierzchnikowi.
– Nie obraź się, Alfredzie, ale wyglądasz koszmarnie.
– Nie pamiętam, kiedy ostatnio spałem. Co cię trzyma na nogach?
– Kilka benzedryn i niezliczone ilości herbaty.
– Przekąszę coś, a potem spróbuję zasnąć. A co z tobą?
– Cóż, wieczór mam już zajęty.
– Grace Clarendon?
– Zaprosiła mnie na kolację. Pomyślałem, że skorzystam z okazji. Podejrzewam, że w ciągu najbliższych paru tygodni nie będziemy mieli dużo wolnego czasu. Vicary wstał i nalał sobie znów herbaty.
– Harry, nie chciałbym wykorzystywać twojego związku z Grace, ale zastanawiałem się, czy nie mógłbym jej poprosić o przysługę. Chciałbym, żeby dyskretnie sprawdziła w archiwum parę nazwisk i zobaczyła, co z tego wyniknie.
– Poproszę ją. O jakie nazwiska ci chodzi?
Vicary wziął filiżankę, podszedł do kominka i stanął obok Harry'ego.
– Peter Jordan, Walker Hardegen i coś lub ktoś ukrywający się pod nazwiskiem Brum.
Grace nigdy nie lubiła jeść, zanim się kochali. Po wszystkim Harry leżał w jej łóżku, paląc papierosa, słuchając płyty Glenna Millera i odgłosów jej krzątaniny w maleńkiej kuchni. Wróciła do sypialni po dziesięciu minutach. Miała na sobie szlafrok luźno związany w szczupłej talii i niosła tacę z ich kolacją: zupą i chlebem. Harry usiadł, Grace naprzeciwko niego, między nimi leżała taca. Grace podała mu talerz. Dochodziła północ i oboje konali z głodu. Harry nie mógł oderwać oczu od kochanki. Prosty posiłek zdawał się jej sprawiać taką rozkosz! A szlafrok tak cudownie się rozchylał, odsłaniając jędrne, doskonale ukształtowane ciało.
Zauważyła, że jej się przygląda.
– O czym pan myśli, Harry Daltonie? – spytała.
– O tym jak bardzo bym chciał, żeby to się nigdy nie skończyło. I jak bardzo bym pragnął móc w ten sposób spędzać wszystkie wieczory mego życia.
Jej twarz spoważniała; nie potrafiła ukrywać uczuć. Kiedy była szczęśliwa, cała się rozświetlała. A gdy była zła, jej zielone oczy pochmurniały. W chwilach smutku zaś – tak jak teraz – sztywniała.
– Nie wolno ci mówić takich rzeczy, Harry. To wbrew regułom gry.
– Wiem, że to wbrew regułom gry, ale to prawda.
– Czasem lepiej prawdę trzymać przy sobie. Nie wypowiedziana na głos nie boli tak bardzo.
– Grace, chyba się w tobie… Rąbnęła łyżką o tacę.
– Chryste, Harry! Nie mów takich rzeczy! Czasem tak cholernie wszystko komplikujesz. Najpierw mówisz, że nie możesz się ze mną spotykać, bo czujesz się winny, a teraz, że się we mnie zakochałeś.
– Przepraszam, Grace. To po prostu prawda. Sądziłem, że zawsze możemy być wobec siebie szczerzy.