Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]
Światło się mroczy [Dying of the Light - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]

Электронная книга - «Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]». Краткое содержание книги:

Wezwany przez Gwen, swą dawną ukochaną, na festiwalowy świat Worlorn, Dirk t’Larien przekonuje się, że duma światów zewnętrznych położonych poza Welonem Kusicielki bardzo się zmieniła i jest teraz umierającą planetą. Gwiazdozbiór Kręgu Ognia świeci coraz słabiej i Worlorn ponownie podejmuje samotną wędrówkę przez mrok międzygwiezdnych przestrzeni.
Gwen jest obecnie związana z Jaanem Vikarym, jednym z dumnych Kavalarów, którzy władają Worlornem zgodnie ze swym opartym na przemocy kodeksem. Gdy jednak planeta pogrąża się w mroku, ich brutalna, pusta cywilizacja zaczyna się załamywać.
„Światło się mroczy” to powieść zawierająca piękny opis obcych światów i kultur, to mroczna opowieść o przemocy, złamanych obietnicach, samozniszczeniu i obsesyjnej lojalności.
1 ... 73 74 75 76 77 78 79 80 81 ... 94
Перейти на страницу:

Potem położył się na metalowych płytach między siedzeniami. Sen przyszedł natychmiast.

Gdy się obudził, czuł suchość w ustach, drżał i był bardzo podenerwowany. Z pewnością był to skutek uboczny zażytych leków. Odzyskał jednak zdolność myślenia, a kiedy dotknął czoła grzbietem dłoni, przekonał się, że jest chłodne — choć zlane zimnym potem, stopy zaś nie bolały go już tak mocno. Obrzęk górnej kończyny również nieco ustąpił, choć nadal była ona grubsza niż zwykle, a także trochę zesztywniała. Dirk włożył nadpaloną, splamioną krwią koszulę oraz kurtkę, zabrał apteczkę i wyszedł z pojazdu.

Nastał już zmierzch. Niebo na zachodzie było czerwonopomarańczowe, a dwa małe, żółte słońca gorzały jaskrawym blaskiem pośród krwawych chmur. Braithowie nie wrócili. Jaan Vikary, uzbrojony, ubrany i doświadczony, z pewnością potrafił uciekać znacznie lepiej niż Dirk.

Ruszył piaszczystym brzegiem w stronę jeziora. Woda była lodowato zimna, lecz wkrótce się do tego przyzwyczaił. Błoto mlaskało uspokajająco między palcami jego stóp. Rozebrał się i pochylił głowę, by się umyć, a potem otworzył apteczkę i zrobił wszystko to, co powinien zrobić wcześniej. Oczyścił starannie i zabandażował stopy, nim znowu wsunął je w buciory Pyra, posmarował najpoważniejsze rany środkiem odkażającym, a w zaczerwienione ślady po ukąszeniu wtarł maść, która miała ponoć łagodzić reakcje alergiczne. Przełknął też kolejną garść tabletek przeciwbólowych, tym razem popijając je wodą z jeziora.

Gdy znowu się ubrał, zapadała już noc. Pies Braithów leżał przy autolocie Lorimaara, ogryzając kawał kości, lecz jego panów nigdzie nie było widać. Dirk ostrożnie ominął bestię i podszedł do trzeciego autolotu, będącego własnością Pyra i jego teyna. Doszedł do wniosku, że dobranie się do ich zapasów powinno być stosunkowo bezpieczne, gdyż kiedy pozostali Braithowie wrócą do pustego obozu, z pewnością się nie zorientują, że coś zabrano.

W środku znalazł półkę pełną broni: cztery karabiny laserowe ozdobione znajomą białą głową wilka, dwa pojedynkowe miecze, noże, srebrne rzucadło długości dwóch i pół metra, a także dwa pistolety, ciśnięte niedbale na siedzenie. Odszukał też schowek z ubraniami i przebrał się z radością, wciskając podarte łachy tam, gdzie nikt nie powinien ich zauważyć. Ubrania nie pasowały na niego, lecz czuł się w nich wyśmienicie. Wziął też sobie pas ze stalowej siatki, jeden z pistoletów oraz sięgający kolan szynel z kameleonowej tkaniny.

Gdy zdjął szynel z haka, odkrył pod spodem kolejny schowek. Otworzył go gwałtownym szarpnięciem. W środku były cztery znajome buty oraz powietrzne ślizgi Gwen. Najwyraźniej Pyr i jego teyn wzięli je sobie jako łup.

Dirk uśmiechnął się. Od samego początku nie miał zamiaru lecieć autolotem. Istniało zbyt wielkie ryzyko, że łowcy go zauważą, zwłaszcza gdyby doścignął ich za dnia. Nie uśmiechała mu się też jednak zbytnio perspektywa wędrówki na piechotę. Ślizgi stanowiły idealne rozwiązanie. Nie tracąc czasu, wciągnął na nogi większą parę butów. I tak jednak nie mógł ich zasznurować na zabandażowanych stopach.

Żywność znalazł w tym samym schowku co buty: proteinowe batony, pałeczki suszonego mięsa, mały kawałek kruchego sera. Dirk zjadł ser, a pozostałe rzeczy schował do plecaka, razem z drugim ślizgiem. Na prawej ręce zapiął sobie kompas, zarzucił plecak na ramiona i wyszedł z pojazdu, by rozłożyć na piasku srebrzystą metalową płachtę.

Było już zupełnie ciemno. Jego gwiazda przewodnia z wczorajszej nocy, słońce Dumnego Kavalaanu, jarzyła się nad lasem jasnym, czerwonym blaskiem. Nie miała towarzyszek. Dirk uśmiechnął się na jej widok. Dzisiaj nie będzie dla niego drogowskazem. Domyślił się już, że Jaan Vikary kieruje się prosto do Kryne Lamiya, dokładnie w przeciwnym kierunku. Mimo to gwiazda nadal wydawała mu się przyjaciółką.

Zabrał dopiero co naładowany karabin laserowy, dotknął sterownika, który trzymał w dłoni, i wystartował. Pies Braithów za jego plecami podniósł się i zaczął wyć.

Dirk leciał przez całą noc, trzymając się kilka metrów nad wierzchołkami drzew. Od czasu do czasu sprawdzał kompas i zerkał na gwiazdy. Nie było ich zbyt wiele. Las w dole ciągnął się bez końca, czarny i tajemniczy. Nie widział w nim żadnych ogni ani świateł, które mąciłyby ciemność. Niekiedy wydawało mu się, że stoi nieruchomo. Przypominało mu to jego poprzedni lot na powietrznym ślizgu przez porzucone tunele kolei podziemnej Worlornu.

Wiatr towarzyszył mu przez cały czas. Dął z tyłu, popychając go naprzód, i Dirk z radością przyjmował tę pomoc. Jego powiewy szarpały zwisającymi mu między nogami połami szynela, targały długie włosy, które raz po raz opadały mu na oczy. Dirk słyszał też, jak porusza drzewami w dole. Te bardziej giętkie pochylały się z szelestem, a silniejsze trzęsły się, targane zimnymi, gwałtownymi dłońmi, aż spadały z nich ostatnie liście. Tylko dławce wydawały się odporne, ale było ich tu mnóstwo. Wiatr zawodził wysoko i przeraźliwie, przedzierając się między ich splątanymi gałęziami. Ów dźwięk pasował do tego miejsca. Dirk wiedział, że to jest wiatr Kryne Lamiya, zrodzony wewnątrz gór i sterowany przez mroczniackie kontrolery pogody, które kierowały go ku miejscu przeznaczenia — tam, gdzie czekały białe wieże, wyciągające ku niemu zastygłe w bezruchu dłonie.

Słyszał też inne dźwięki: nagłe ruchy w lesie w dole, pohukiwania nocnych drapieżców, szum małej, wąskiej rzeczułki, łoskot bystrz. Kilkakrotnie uszu Dirka dobiegło wysokie, piskliwe skrzeczenie drzewnych upiorów. Widział też ich małe postacie przebiegające z gałęzi na gałąź. Jego oczy i uszy stały się dziwnie wrażliwe. Gdy przelatywał nad dużym jeziorem, usłyszał jakieś pluskające się w wodzie stworzenie, a potem nawet kilka. W oddali, gdzieś na brzegu, nocną ciszę zmąciło krótkie, przeraźliwe trąbienie. Za plecami Dirka odpowiedziało mu wyzwanie: długi, jękliwy zew banshee.

Ten dźwięk przeszył go dreszczem, gdy usłyszał go po raz pierwszy, ale ów strach minął. Kiedy był nagi w lesie, banshee wydawało się straszliwą groźbą, wcieloną śmiercią na skrzydłach. Teraz miał karabin i pistolet, nie musiał więc już się obawiać tego stworzenia. Pomyślał, że w gruncie rzeczy może ono być nawet jego sojusznikiem. Raz już uratowało mu życie. Być może zrobi to po raz drugi.

Gdy banshee znowu wydało z siebie swój przerażający zew — nadal było za nim, ale wznosiło się w górę — Dirk uśmiechnął się tylko. Zwiększył wysokość, chcąc trzymać się wyżej niż bestia, i zatoczył powoli krąg, starając się ją wypatrzyć. Wciąż jednak dzieliła ją od niego znaczna odległość, a do tego banshee było czarne, jak jego kameleonowy strój. Zauważył tylko niewyraźny ruch na tle lasu. Mogły to być po prostu gałęzie, poruszające się na wietrze.

Nie zniżając lotu, raz jeszcze spojrzał na kompas i zatoczył krąg, ponownie kierując się ku Kryne Lamiya. Jeszcze dwukrotnie wydawało mu się, że słyszy krzyczące do niego banshee, ale dźwięk ten był odległy i Dirk nie mógł być tego pewien.

1 ... 73 74 75 76 77 78 79 80 81 ... 94
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)