Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
Sięgnąłem po butelkę i chwilę przyglądałem się zalakowanemu korkowi. To, że w śmierci nieprzyjaciół widziałem nadzieję dla mej córki, uczyniło ze mnie człowieka, którego zabić było bez mała niemożliwe, a który sam zadawał śmierć z taką samą łatwością, z jaką farmer sieje ziarno. Tygodnie, miesiące i całe lata zlewały się w jednolity korowód ukrywania się, podróży, planowania i krótkich okresów wzmożonego wysiłku, po których zostawiałem za sobą dziesiątki martwych ciał. Nie żałowałem niczego. Pomagałem w ten sposób Zuzannie, pomagałem też K., jednemu z niewielu ludzi, którym pomagać było warto.
Tylko że teraz, kiedy straciłem resztkę nadziei, barwy wyblakły, a nikomu przecież się nie chce gapić w całkiem szare płótno. Nawet ja nie wytrzymam tego zbyt długo. Do tego wszystkiego piwo nie smakowało już tak jak kiedyś, a zabić człowieka było łatwiej, niż głęboko odetchnąć. Dziwny świat. Może się powinienem napić? Wahałem się. Najlogiczniejszy koniec, jaki mnie czekał, to nieopatrzny błąd, niepotrzebna brawura, zwykły pech, czyli dokładnie to, co mi przepowiadał Łasiczka.
Pan Łasiczka ma rację zbyt często i zbyt często przegrywam w tych naszych grach. Nie żeby to miało aż takie znaczenie, ale mimo wszystko natchnęło mnie to, żeby z podróżnej torby wyciągnąć ochraniacze przedramion, które bez zwłoki wciągnąłem i zasznurowałem. Były wykonane z bawolej skóry z wszytymi metalowymi drutami i doskonale się sprawdzały w pojedynkach z nożownikami, którzy zazwyczaj starali się człowieka najpierw poranić, aby go osłabić. Założyłem też koszulę i podszywany kaftan, na który z kolei naciągnąłem kolczą kamizelkę. Sprawdzała się w ciżbie, kiedy wokół człowieka świszczało więcej krótkich ostrzy, niż był w stanie naliczyć. Wyglądałem w tym wszystkim jak chodzący pieniek, szerszy niż wyższy, ale co mi tam. Do zestawu dodałem jeszcze rękawice. Były bezpalce, za to z metalowymi prętami chroniącymi dłonie. Noży zostawiać w domu też nie widziałem sensu. Do tego dołożyłem jeszcze mój nowy miecz i byłem gotów. Możliwe, że Łasiczka ten podświadomy pęd samobójczy zdiagnozował u mnie prawidłowo, ale to jeszcze nie dziś.
Te wszystkie przygotowania zajęły mi trochę czasu. Rzuciłem tylko ostatnie spojrzenie na las stojących na podłodze butelek i bez dalszej zwłoki ruszyłem na zbiórkę armii Bandarilla.
Nikt tego głośno nie powiedział, ale czekali tam już jedynie na mnie. Ktoś wcisnął mi w rękę piwo. Do takich uprzejmości nie nawykłem, popularność, jak się wydawało, miała też i dobre strony.
- Plan jest następujący - rozpoczął Bandarillo, kiedy gwar przycichł i wszyscy stali tylko, czekając na rozkazy.
Nie wyglądał na zadowolonego z konieczności podjęcia otwartej walki, ale zdawał sobie sprawę, że musi sytuację ogarnąć, jeśli chce utrzymać swoją pozycję albo po prostu przeżyć. Bandyci handlujący opium nie odchodzili przecież na emeryturę, a ich wzajemne konflikty wzbudzały szczególne zainteresowanie.
Przysłuchiwałem się, jak wykłada ludziom, co muszą zrobić, aby uchronić swą pozycję, próbując im przy tym wmówić, że jadą na tym samym wozie. Łgał. Oni w każdej chwili mogli postawić żagle i zniknąć za horyzontem. Mieli znacznie mniej do stracenia, większość z nich mogłaby wręcz przystąpić do drugiej strony. Miał jednak talent i zdołał ich przekonać, że zwycięstwo, a z nim i bogactwo są na wyciągnięcie ręki. Przyszedł czas na czyny. Każdy wiedział doskonale, gdzie znajdowała się główna siedziba Olvena, na temat jego dobrze chronionej kryjówki krążyły plotki. Teraz jeszcze Bandarillo i jego najbliżsi współpracownicy powiedzieli nam o trzecim miejscu, w którym Olven chętnie szukał schronienia, co jeszcze bardziej umocniło wiarę ludzi w zwycięstwo.
- Właśnie tam jest w tej chwili - powiedział Bandarillo z nieznoszącą sprzeciwu pewnością siebie. - Zaatakujemy wszystkimi siłami.
Miałem nadzieję, że swojego człowieka w szeregach Olvena opłacał naprawdę dobrze. Wystarczająco dobrze, aby nie przyszło mu do głowy grać na dwie strony. A może ja tylko tak z przyzwyczajenia wszystko czarno widzę? Zuzanna nazwałaby mnie pesymistą.
- Ta rudera ma jakieś umocnienia? - spytałem.
Brałem kiedyś udział w oblężeniu domu, które trwało tydzień. Nie było łatwo. Nawet biorąc pod uwagę, że to ja siedziałem wewnątrz.
- Kafar się zrobił jakiś nerwowy, pewnie ze strachu - zaśmiał się ktoś obok mnie i położył mi rękę na ramieniu. Mądrala, przypomniałem sobie przezwisko, które mu już wcześniej nadałem. Nakryłem jego dłoń swoją i bez mrugnięcia okiem zacząłem powoli ściskać. Próbował ją wyrwać, ale nie dał rady. Potem zaczął się zwijać z bólu, zgiął się w pasie, wreszcie o mały włos, a ugięłyby się pod nim kolana. Paść na podłogę jednak nie mógł, bo wciąż trzymałem jego rękę.
- Dość już tego. Możecie się droczyć, jak załatwimy sprawę z Olvenem - warknął na nas wściekle Bandarillo.
Uwolniłem rękę Mądrali i przez chwilę czekałem, żeby zobaczyć, czy czegoś będzie próbował. Nie spróbował, tylko odkuśtykał obrażony na bezpieczną odległość. Może go ręka za bardzo bolała? Są rzeczy, które potrafiłem odgadnąć z zabójczą dokładnością, niczym jakiś jasnowidz. O ile Duval i sporo innych chłopaków bardzo się z mojego przybycia cieszyli, o tyle Mądrala i jego kumple nie mogli mnie znieść. Pewnie im z mojego powodu Bandarillo obniżył pensje. Co robić, konkurencja, prawa rynku. Zanim wyruszyliśmy, poprosiłem jeszcze, aby mi opisali drogę, tak abym i bez pomocy reszty wiedział, którędy będziemy szli. Zaprocentowały te dni, które spędziłem na łazikowaniu po Damarkandzie.
Tajną rezydencją Olvena okazała się zwyczajna willa stojąca w wielkim ogrodzie w początkowo niezwykle luksusowej części miasta, która jednak na mocy niepisanego prawa ulicy ostatnimi czasy wyszła z mody. Wstępu na teren posesji broniły rozlatujący się płot i masywna brama z polerowanego granitu. Wszystko tonęło w szarości zmierzchu, jedynie gładki kamień odbijał światło księżyca i oddalonych latarni, które tu jeszcze pozostały z dawnych, lepszych czasów. Brama mogła jeszcze uchodzić za jako taką ochronę, płot w żadnym wypadku. Wszyscy stali i zastanawiali się, jak się dostać do środka, podczas gdy liczne zdobione kolumny, krzewy i rzeźby za ich plecami zapewniały setki potencjalnych kryjówek dla przyczajonego przeciwnika.
Odszedłem na bok, sprawdziłem ręką belki, czy nie wystają z nich ćwieki albo jakieś inne świństwo. Staroświeckie rzemiosło, drewno osadzone w drewnie, po co marnować pieniądze na żelazo… Odstąpiłem dwa kroki i z krótkiego rozbiegu płot zwyczajnie przewaliłem. Ruszyłem, nie czekając, w mrok pomiędzy przerośniętymi krzewami i drzewami. Może i nie było to najmądrzejsze, ale ta banda głośnych, miękkich i bezradnych bęcwałów zbyt mnie denerwowała.
Zanim do nich dotarło, co właśnie zrobiłem, stałem już przed cichą i ciemną willą. Nie wyglądało na to, aby Olven jakoś szczególnie używał sobie życia czy też przygotowywał się do walki. A może po prostu po spędzonym pracowicie dniu spał teraz spokojnym snem niesprawiedliwego. Albo czuwał przygotowany na atak, a za kamienną ścianą i oknami czekała zgraja uzbrojonych po zęby ludzi. Możliwości było kilka. Mogłem poczekać na posiłki, spróbować się dostać do środka niezauważony oknem albo zwyczajnie wejść głównymi drzwiami. Posiłki były gówno warte, oknem mi się nie chciało przeciskać, spróbowałem więc klamki - otwarte.