Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
Wystarczył drobny powiew powietrza ze środka i stało się jasne, że nikt żywy, zdolny się ruszać, na nas nie czekał. Tylko idiota pozostałby w willi przesiąkniętej smrodem niedawnej śmierci.
W którymś pokoju wciąż jeszcze paliła się lampa lub może świeczka. Ruszyłem w tamtą stronę, o pierwsze ciało o mało się nie potknąłem. Kiedy zdobyłem światło, poszło mi już lepiej. Zaszedłem do pomieszczenia, które wedle tego, jak było urządzone, musiało służyć do towarzyskich spotkań. I teraz można było powiedzieć, że wypełniało go wielkie towarzystwo. Ciche i całkiem martwe towarzystwo. Niektórych dosięgły ostrza, inni mieli roztrzaskane głowy i przetrącone karki, jakby jakieś wielkie koło łopatkowe rzucało nimi o ściany. Ciemność rozpraszały żarzące się węgle w kominku i dogasająca olejowa lampa. Szedłem dalej, aż dotarłem do sztabu głównego - pomieszczenia urządzonego w sposób nad wyraz ekskluzywny, gdzie na grubych kobiercach nasiąkniętych krwią, wśród poprzewracanych i porozbijanych kielichów leżeli Olven i jego najlepsi ludzie. Olvenowi ktoś wyrwał grdykę, dwaj goście o posturach zapaśników mieli przetrącone karki, a trzeciego zaduszono.
Siadłem na stole pomiędzy papierami, rozglądając się dookoła. Willa ożyła głosami postępujących do środka ludzi Bandarilla. Słyszałem, jak nerwowo komentują kolejne znaleziska.
- Ilu ich tu musiało być, żeby urządzić taką masakrę? - pytał czyjś głos.
- Dwudziestu, trzydziestu… Zabitych musieli zabrać ze sobą, wszyscy tutaj wyglądają na ludzi Olvena.
- A zatem kolejny kawałek miasta należy teraz do was - ogłosiłem Bandarillowi, kiedy pojawił się w drzwiach.
- Na to wygląda. Macie jakieś pojęcie, z kim tutaj walczyli? - Zaczął ciekawie przeglądać leżące na stole papiery.
Wzruszyłem ramionami.
- Wisicie mi stówkę - przypomniałem mu.
- Wy chyba straciliście rozum! - zagrzmiał. - Przecież nawet nie wykonaliście żadnej pracy.
- Idę - oznajmiłem mu. - Ale wisicie mi stówkę.
- No lećcie, a jak się opamiętacie, możecie wrócić i znów się zgłosić do roboty, choć za rozsądniejsze pieniądze. Dobra passa się skończyła - warknął za mną.
Bez odpowiedzi zmierzałem dalej ku drzwiom.
- Odprowadźcie go. - Bandarillo skinął na Mądralę, chcąc się upewnić, że nie będę się dalej błąkał po willi i mu czegoś nie podwędzę.
Rzucili się na mnie, kiedy tylko przekroczyłem próg domu. Zaczął od tyłu Mądrala z pałką. Obróciłem się szybciej, niż się zdążył zorientować, zablokowałem jego rękę przedramieniem i bez większej finezji pięścią wepchnąłem mu twarz do środka. Drugi chciał swojemu kumplowi pomóc jak najszybciej, więc skoczył na mnie z gołymi rękoma. Łupnąłem go w brzuch, złapałem za głowę i ściągnąłem w dół, równocześnie wystawiając jej na spotkanie kolano. Bezwładnego cisnąłem pod nogi trzeciemu. Ten już stał z kindżałem w ręce. Próbując uniknąć zderzenia ze swoim kompanem, uchylił się i stracił równowagę. Pomogłem mu oprzeć się o ścianę, po czym porządnie nim dwa razy o nią trzasnąłem. Osunął się na ziemię i wnioskując po śladach, jakie zostawił na surowym tynku, w przyszłości będzie musiał wydać niemałe pieniądze na maści, opatrunki, a potem pewnie i na pudrowanie, o ile będzie mu zależało na jako takim wyglądzie.
Pochyliłem się nad Mądralą i chwilę się przysłuchiwałem jego charczącemu oddechowi. Powietrze przeciskało się z wielkim trudem poprzez krzepnącą krew i zmiażdżoną chrząstkę nosa.
- No to przynajmniej wieczór nie poszedł na marne, co? - zwróciłem się do niego i nie czekając na odpowiedź, odszedłem.
To spustoszenie nie było dziełem dwudziestu lub trzydziestu ludzi, to była robota jednego człowieka. A właściwie połowy człowieka, bo reszty krzyżówki dopełniał górski goryl. Po obu odziedziczył wszystko, co najlepsze tudzież najgorsze - w zależności, z której strony spojrzeć. Było to absolutnie oczywiste, ponieważ mając wojnę za pasem, Olven nigdy by się przecież nie pozbył swego najcenniejszego człowieka, a trupa Rosena nigdzie nie znalazłem. Ktoś mu musiał zapewne zapłacić jeszcze więcej i zdecydował, że na reputacji znowu aż tak bardzo mu nie zależało. Albo mu Olven wisiał pieniądze, tak jak teraz Bandarillo mnie.
Kiedy w moim pokoju znalazłem pana Łasiczkę, nawet mnie to nie zaskoczyło. Siedział po ciemku i pił coś, co sądząc po zapachu, mogło być mocną, słodką herbatą. Wyglądał przy tym na niezadowolonego.
- Jakieś problemy? - spytałem, kiedy zapaliłem lampę.
- Jakieś problemy u was? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Nie, dlaczego? - nie zrozumiałem.
- Cali jesteście we krwi.
- Brak należnego wychowania, nic więcej. - Zbyłem go. - Gość nie umiał krwawić tak, aby nie poplamić mi ubrania.
Nie żeby tych parę ciemnych plamek na moim stroju umiał dostrzec ktokolwiek inny niż pedant Łasiczka.
- No, a co się wam przydarzyło? - zapytałem, żeby podtrzymać rozmowę.
W rzeczywistości było mi wszystko jedno i najchętniej poszedłbym po prostu spać, ale stało się oczywiste, że nie przyszedł do mnie przecież na zwykłe pogaduszki.
Siorbnął herbaty, przełknął.
- Wiem, kto jest największą rybą w tym stawie. Wytropiłem, do kogo tak naprawdę trafiły pieniądze, za które kupiłem opium.
- Harbirger? - strzeliłem z głupia frant.
- Nie. - Łasiczka pokręcił głową. - Horowitz.
Jeden z wielu bandytów w Damarkandzie, przypomniałem sobie. Większa średnia ryba, nic więcej.
- To się zgadza. Jednak nigdy by mi nie przyszło do głowy, że to właśnie on jest dystrybutorem dla wszystkich pozostałych. Kiedy składałem zamówienia, które w ostatniej chwili zwiększałem i oznajmiałem, że chcę teraz albo wcale, wszyscy, od których kupowałem, biegli prosto do niego. Wiem, bo ich śledziłem. To znaczy kazałem śledzić, sam bym nie dał rady.
- Do niego? - Nie bardzo potrafiłem to sobie wyobrazić.
- Do ukrytych magazynów, które, kiedy już przedarłem się przez te wszystkie warstwy podstawionych kupców, fałszywych spółek i gildii, wszystkie jak jeden mąż należą do niego.
Łasiczka może i nie użył sobie tyle co ja, ale i jego śledztwo najwyraźniej przyniosło rezultaty.
- No dobra, wyście kupowali od niego, ale przecież o źródłach Bandarilla czy Olvena i tak nic nie wiecie. A tak przy okazji, Bandarillo właśnie przejął interes Olvena, od dziś ma pod kontrolą ponad połowę miasta i dobre dwie trzecie handlu opium.
- To się nazywa awans - przyznał Łasiczka. - Lecz wszystko, co ustaliłem, i tak wskazuje, że i oni kupowali z tego samego źródła. Nieświadomie, przez podstawionych pośredników, ale jednak.
Parsknąłem i sięgnąłem po dzbanuszek, z którego Łasiczka popijał herbatę. Piwo czy herbata, wszystko smakowało tak samo i ani jednym, ani drugim nie szło się napić.
- Mam jeszcze jedną wieść - mruknął.
Było jasne, że przyszedł moment wyłożyć na stół asa. Odwróciłem się tak, aby mnie dobrze widział. To też część gry - wyprowadzić tego drugiego z równowagi. Tyle że mnie już z równowagi nie mogło wyprowadzić zgoła nic.
- Do Damarkandy właśnie przybył jeden z cesarskich czarodziejów.
- Ciekawe - przyznałem. - Może należałoby go zabić, jak już załatwimy ten nasz mały interes.
Pomimo całego naszego wysiłku - mojego, Łasiczki, Zuzanny, a także ogromnej liczby dalszych agentów K. - armia cesarskich czarodziejów powoli, ale niepowstrzymanie powiększała się. A co gorsza, zwiększały się też ich możliwości.