Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
Skrzydła zatrzepotały.
Ich dźwięk przypominał strzelanie z bata.
Tal wcisnął się plecami w ścianę.
Skrzydła trzepotały.
Lisa ściskała Jenny coraz mocniej.
Jenny obejmowała dziewczynę, ale oczy, umysł i wyobraźnię miała skupione na monstrualnym stworze, który powstał z odpływu burzowego. Kurczył się, pulsował i wibrował w świetle gasnącego słońca. Zdawał się cieniem pobudzonym do życia.
Skrzydła znów zatrzepotały.
Jenny poczuła zimny powiew wiatru. j
Wyglądało na to, że ten nowy fantom odłączył się od reszty protoplazmy, spoczywającej w kanale. Jenny spodziewała się, że stwór podskoczy i uniesie się w dal w zapadający mrok – lub/ spadnie wprost na nich.
Serce Jenny tłukło się. Szalało.
Wiedziała, ze nie ma drogi ucieczki. Byle ruch zwróci uwagę onego. Nie warto marnować energii na ucieczkę. Przed takim stworem nie ma się gdzie skryć.
Zapalały się kolejne latarnie. Cienie wślizgiwały się między nich chyłkiem, jak duchy.
Jenny obserwowała w osłupieniu, jak na szczycie dziesięciostopowej kolumny cętkowanej tkanki formuje się wężowa głowa. Para wypełnionych nienawiścią oczu wyłoniła się z bezkształtnego ciała; przypominało to oglądanie w przyspieszonym tempie filmu o rozroście złośliwych guzów. Zamglone oczy, wyraźnie ślepe, mlecznozielone owale szybko przejaśniały i uwidoczniły się podłużne czarne źrenice. Oczy spoglądały złowróżbnie w dół, na Jenny i innych. Szeroki na stopę, długi pysk otworzył się gwałtownie: rząd ostrych, białych kłów wyrastał z czarnych dziąseł.
Jenny pomyślała o demonicznych imionach pobłyskujących na zielonych monitorach końcówek komputera, o imionach z piekła rodem, które stwór sobie nadał. Masa amorficznego ciała, przybierająca kształt skrzydlatego węża, była jak demon wezwany stamtąd.
Fantom-wilk, który wchłonął ciało Gordy'ego Brogana, zbliżył się do podstawy górującego węża. Otarł się o kolumnę pulsującego ciała i po prostu został wchłonięty. Nie trwało to dłużej niż mrugnięcie okiem; dwie kreatury stały się jedną.
Najwidoczniej pierwszy zmiennokształt nie był oddzielnym osobnikiem. Stał się obecnie tym, czym prawdopodobnie zawsze był: częścią gargantuicznego stwora, który poruszał się wewnątrz odpływów burzowych, pod ulicami. Ogromne ciało-matka mogło oddzielić części siebie i wysłać je do pojedynczych zadań – takich jak atak na Gordy'ego Brogana – a potem ściągnąć na zawołanie.
Skrzydła zatrzepotały i odgłos ten rozniósł się po całym mieście. Potem zaczęły z powrotem roztapiać się w kolumnie – stawała się coraz szersza, wchłaniała tkankę. Pysk węża też się rozmazywał. Ono znudziło się przedstawieniem. Łapy, trzypalce odnóża i groźne szpony, wycofały się do kolumny i nie pozostało nic poza kłębiącą się jak poprzednio śluzowatą masą ciemno cętkowanej tkanki. Przez kilka sekund stało w zapadającym mroku jak obraz zła, po czym poprzez właz i zaczęło opadać w dół, w odpływ burzowy.
Wkrótce przepadło.
Lisa przestała krzyczeć. Wpatrywała się w przestwór. Płakała.
Inni byli wstrząśnięci równie mocno jak dziewczyna. Spoglądali po sobie, ale nikt się nie odezwał.
Bryce wyglądał, jakby dostał pałką po głowie.
– Chodźmy. Wracajmy do zajazdu, zanim zrobi się ciemno – powiedział w końcu.
Przed frontowymi drzwiami zajazdu nie było wartownika.
– Kłopoty – stwierdził Tal.
Bryce skinął głową. Minął ostrożnie dwuskrzydłowe drzwi i prawie Wszedł na rewolwer. Leżał na podłodze. Hall był pusty.
– Do cholery! – odezwał się Frank Autry. Przeszukali budynek, pokój po pokoju. Nikogo w stołówce. Nikogo w sypialni. Kuchnia też pusta. Nie oddano strzału. Nikt nie zawołał. Nikt też nie uciekł.
Dziesięciu kolejnych policjantów zniknęło. Zapadła noc.
14
Wszyscy którym udało się zostać przy życiu – Bryce, Tal, Frank, Jenny, Lisa i Sara – stali w oknach hallu Zajazdu Na Wzgórzu. Skyline Road ozdobiona wyraźnymi wzorami z cieni i światła latarń była nieruchoma i cicha. Noc cicho odliczała czas – jak bomba zegarowa.
Jenny wspominała kryty pasaż obok Cukierni Libermannów. Poprzedniej nocy myślała, że coś jest w krokwiach, a Lisie wydało się, że jakieś stworzenie przywarowało przy ścianie. Bardzo możliwe, że obie miały rację. Zmiennokształt, a przynajmniej jego część, wił się bezszelestnie między krokwiami i przy ścianie. Później, kiedy Bryce dojrzał jakiś przebłysk w odpływie burzowym, z pewnością widział mroczną bryłę protoplazmy, czołgającą się kanałem. Śledziła ich albo zajmowała się jakimś nieznanym, nie dającym się rozszyfrować zadaniem.
– Tajemnice zamkniętych pokoi nagle przestają być tajemnicami – powiedziała Jenny, mając na myśli Oxleyów w zabarykadowanym małym pokoju. – Ten stwór potrafi przesączyć się pod drzwiami albo przewodem wentylacyjnym. Wystarczy najmniejsza dziura lub szczelina. A co do Harolda Ordnaya… Gdy'się zamknął w łazience, stwór dopadł go przez rury umywalni i wanny.
– To samo prawdopodobnie z ofiarami w zamkniętych samochodach – powiedział Frank. – Mogło otoczyć samochód, zamknąć go w sobie i wcisnąć się przez otwory wentylacyjne.
– Może poruszać się naprawdę cicho – dodał Tal. – Dlatego zaskoczyło tylu ludzi. Zakradało się od tyłu, spod drzwi albo z otworów wentylacyjnych, rosło i rosło, ale ludzie nie wiedzieli, że jest, dopóki nie zaatakowało.
Lekka mgła napłynęła z doliny i zaczęła podnosić się na ulicy. Mgliste aureole formowały się wokół lamp ulicznych.
– Jak myślicie, jakie jest duże? – spytała Lisa. Przez moment nikt nie odpowiedział.
– Duże – odezwał się w końcu Bryce.
– Może wielkości willi – powiedział Frank.
– Albo całego tego zajazdu – dodała Sara.
– Albo nawet większe – uzupełnił Tal. – Przecież uderzyło we wszystkich częściach miasta, prawdopodobnie równocześnie. Może być jak… jak podziemne jezioro, jezioro żywej tkanki pod Snowfield.
– Jak Bóg – powiedziała Lisa.
– Hę?
– Jest wszędzie – ciągnęła Lisa. – Widzi i wie wszystko. Jak Bóg.
– Mamy pięć wozów patrolowych – rzekł Frank. – Jeśli się rozdzielimy, wsiądziemy do wszystkich i wyjedziemy dokładnie o tej samej porze…
– Ono nas zatrzyma – rzekł Bryce.
– Może nie zdoła zatrzymać wszystkich. Może jeden wóz się przedrze.
– Zapanowało nad całym miastem.
– No… taak – przyznał z oporem Frank.
– W każdym razie prawdopodobnie podsłuchuje nas w tej właśnie chwili – powiedziała Jenny. – Zatrzyma nas, zanim dojdziemy do aut.
Wszyscy spojrzeli na wyloty przewodów wentylacyjnych pod sufitem. Nic nie można było zobaczyć za metalowymi kratkami. Nic – tylko ciemność.
Zgromadzili się wokół stołu w fortecy, która przestała być fortecą. Udawali, że mają ochotę na kawę, ponieważ każdy posiłek dawał im poczucie wspólnoty i normalności.
Bryce nie zawracał sobie głowy wystawianiem straży przy drzwiach. Straż była bezużyteczna. Jeśli ono zechce, dopadnie ich z pewnością.
Mgła gęstniała. Napierała na szyby.
Musieli porozmawiać o tym, co widzieli. Wszyscy mieli świadomość, że śmierć wyciąga po nich ręce, więc chcieli zrozumieć, dlaczego i jak mają umrzeć. Śmierć budzi grozę, o tak; ale dopiero bezsensowna śmierć jest naprawdę straszna.