Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
Bryce wiedział, co to jest bezsensowna śmierć. Rok temu jadąca na oślep ciężarówka nauczyła go wszystkiego na ten temat. j
– Ta ćma – zaczęła Lisa – czy była jak airedale, jak teh stwór który… który dopadł Gordy'ego?
– Tak – powiedziała Jenny. – Ćma była tylko fantomem, drobnym kawałkiem tego zmiennokształtu.
– Kiedy Stu Wargle dobierał się do ciebie zeszłej nocy – tłumaczył Tal – to nie był faktycznie on. Zmiennokształt prawdopodobnie wchłonął trupa Wargle'a, gdy złożyliśmy go w pomieszczeniu gospodarczym. A potem, kiedy ono chciało cię sterroryzować, przybrało jego postać.
– Zdaje się – powiedział Bryce – że ten cholerny stwór może przybrać postać każdej osoby lub zwierzęcia, które zjadło. Lisa zmarszczyła brwi.
– Ale co z ćmą? Jak ono mogło zjeść coś takiego jak ta ćma? Nic takiego nie istnieje.
– No cóż – wyjaśniał Bryce – może owady o takich rozmiarach istniały dawno temu, dziesiątki milionów lat wstecz, w epoce dinozaurów. Może wtedy zmiennokształt żywił się nimi.
Oczy Lisy były jak spodki.
– Mówi pan, że ten stwór z kanału może mieć miliony lat?
– Cóż, na pewno nie odpowiada znanym prawom biologii – prawda, doktor Yamaguchi?
– Prawda – potwierdziła genetyczka.
– Więc dlaczego nie mogłoby być nieśmiertelne? Jenny miała sceptyczny wyraz twarzy.
– Masz wątpliwości? – pytał Bryce.
– Co do tego, że jest nieśmiertelne? Albo prawie nieśmiertelne? Nie. Kupuję to. To może być coś z mezozoiku i, zgoda, umie się tak odnawiać, że jest dosłownie nieśmiertelne. Ale jak się ma do tego uskrzydlony wąż? Cholernie trudno mi uwierzyć, że coś takiego istniało kiedykolwiek. Jeśli zmiennokształt staje się tylko tym, co uprzednio strawił, to jak może stać się uskrzydlonym wężem?
– Takie zwierzęta istniały – powiedział Frank. – Pterodaktyle były skrzydlatymi gadami.
– Może – powątpiewała Jenny. – Ale ten stwór wyglądał jak z bajki.
– Nie – powiedział Tal. – Był prosto z wudu. Bryce, zaskoczony, obrócił się do Tala.
– Wudu? A co ty wiesz o wudu?
Tal nie patrzył Bryce'owi w oczy i mówił z wyraźnym oporem.
– W Harlemie, kiedy byłem mały, żyła taka ogromnie tłusta pani, Agatha Peabody. Mieszkała w naszym domu i była boko. To taka wiedźma, która stosuje wudu dla niemoralnych i złych celów. Sprzedawała uroki i zaklęcia, pomagała ludziom wyrównywać rachunki z ich wrogami, te rzeczy. Same bzdury. Ale dla dziecka to było straszne i podniecające. Pani Peabody prowadziła otwarty dom, klienci i natręci wchodzili i wychodzili o każdej porze dnia i nocy. Spędzałem tam dużo czasu, słuchając i patrząc. I było tam sporo książek na temat czarnej magii. W kilku widziałem rysunki haitańskich i afrykańskich wersji Szatana, diabłów wudu i dżudżu. Jednym z nich był gigantyczny skrzydlaty waż. Czarny, ze skrzydłami nietoperza. I straszliwymi, zielonymi oczami. Był dokładnie taki jak stwór, którego widzieliśmy dziś wieczór.
Mgła za oknami stała się bardzo gęsta. Kłębiła się ospale w przyćmionym blasku lamp.
– Czy to naprawdę diabeł? Demon? Coś z piekła?
– Nie – powiedziała Jenny. – To tylko… poza.
– Dlaczego więc ono przybiera postać diabła? – pytała Lisa. – I dlaczego nazywa siebie imionami demonów? – Wydaje mi się, że bawią je sataniczne fetysze – wtrącił Frank. – Jeszcze jeden sposób, żeby szydzić z nas i nas łamać.
– Podejrzewam, że ono nie ogranicza się do kształtów swych ofiar – zastanawiała się Jenny. – Ono potrafi przybrać kształt wszystkiego, co wchłonęło, i wszystkiego, co jest zdolne sobie wyobrazić. Więc jeśli jedna z ofiar wiedziała o wudu, z jej wiedzy zaczerpnęło pomysł na uskrzydlonego węża.
Ta myśl zaskoczyła Bryce'a.
– Chcesz powiedzieć, że ono wchłania nie tylko ciało ofiar, ale również ich wiedzę i pamięć?
– Tak to właśnie wygląda – przytaknęła Jenny.
– Biologia zna takie przypadki – powiedziała Sara Yamaguchi, przeczesując swe długie czarne włosy rękami i nerwowo wsuwając kosmyki za delikatne uszy. – Na przykład… jeśli przepuścicie pewien gatunek płazińca wystarczającą ilość razy przez labirynt, na którego końcu znajduje się pokarm, w końcu pokona labirynt Wcześniej niż na początku. Później, kiedy zmieli się go i nakarmi nim innego płazińca, nowy osobnik pokona labirynt równie szybko.
Nowy płaziniec w jakiś sposób zjada wiedzę i doświadczenie swego kuzyna, zjadając jego ciało.
– I w ten sposób zmiennokształt wie o Timothym Płycie – powiedziała Jenny. – Harold Ordnay wiedział o Płycie, więc teraz ono o nim też wie.
– Ale jak, na Boga, Flyte dowiedział się o nim? – spytał Tal. Bryce wzruszył ramionami.
– Na to pytanie może odpowiedzieć tylko Flyte.
– Dlaczego ono nie porwało Lisy z toalety? A w ogóle dlaczego nie porwało nas wszystkich?
– Jesteśmy jego zabawkami.
– Ma z nas zabawę. Chorą zabawę.
– Właśnie. Ale myślę, że pozwoliło nam żyć, żebyśmy mogli opowiedzić Flyte'owi, co widzieliśmy, i żebyśmy go tu zwabili.
– I opowiedzieli Flyte'owi o propozycji żelaznego listu.
– Jesteśmy tylko przynętą.
– A kiedy odegramy naszą rolę…
– Tak.
Coś uderzyło głucho i mocno o mur zajazdu. Okna się zatrzęsły, cały budynek zadygotał.
Bryce zerwał się tak szybko, że przewrócił krzesło.
Następne walnięcie. Mocniejsze, głośniejsze. Drapanie.
Bryce słuchał w skupieniu, próbował umiejscowić dźwięk. Dobiegał jakby od strony północnej.
Klekot, grzechot. Stukot kości. Jak szkielet dawno zmarłego człowieka, szponiastymi dłońmi drążącego tunel z grobowca.
– Coś dużego – rzekł Frank. – Wspina się po murze.
– Zmiennokształt – powiedziała Lisa.
– Ale nie w galaretowatej formie – dodała Sara. – W swoim naturalnym stanie wzniosłoby się w górę cicho.
Wszyscy wpatrywali się w sufit, słuchali, czekali.
Jaki fantasmagoryczny kształt przybierze tym razem? – zastanawiał się Bryce.
Drapanie. Pukanie. Stukot.
Odgłosy śmierci.
Dłoń Bryce'a była zimniejsza niż chwyt jego rewolweru.
Cała szóstka podeszła do okna. Wyjrzeli. Wszędzie wirowała mgła.
W dole ulicy, prawie przecznicę dalej, w półcieniu i świetle lampy lodowej, coś się poruszyło. Na wpół widzialne. Groźny cień, zniekształcony jeszcze przez mgłę. Bryce dojrzał zarys kraba wielkości samochodu. Mignięcie pajęczego odnóża. Błysnęły monstrualne szczypce z wykrojonymi jak piła brzegami, natychmiast pochłonięte przez mrok. Gorączkowo drżące, szperające czułki. Stworzenie umknęło w noc.
– To właśnie włazi na budynek – powiedział Tal. – Inny cholerny krab. Coś prosto z delirium alkoholika.
Usłyszeli, jak dotarło na dach. Chitynowe odnóża zastukały, drapneły dachówki.
– O co mu chodzi? – zapytała z niepokojem Lisa. – Dlaczego wciąż udaje coś innego?
– Może po prostu naśladownictwo je bawi – powiedział Bryce. – Wiesz… tak samo jak niektóre tropikalne ptaki lubią imitować dźwięki dla samej przyjemności posłuchania siebie.
Hałasy na dachu ustały.
Czekali.
Noc zdawała się przyczajona jak dzikie zwierzę, wpatrujące się w swą ofiarę, czekające na moment stosowny do ataku.
Byli zbyt niespokojni, żeby usiąść. Nadal stali przy oknie. Na dworze ruchoma była tylko mgła.
– Teraz całościowe posiniaczenie jest zrozumiałe – powiedziała Sara Yamaguchi. – Zmiennokształt obejmował i ściskał swoje ofiary. Więc posiniaczenie powstawało w wyniku brutalnego, długotrwałego, stosowanego równomiernie uścisku. Stąd też uduszenia: zmiennokształt spowijał ofiary, zamykał w sobie.