Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]

Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:

Gwiazda Pella, strategiczny punkt w konflikcie zbrojnym Kompanii Ziemskiej i międzygwiezdnych kolonii. Ten, kto kontroluje Stacje Pella, decyduje o zasięgu ziemskich sił obronnych bądź o skali ziemskiej ekspansji w celu odzyskania utraconego imperium. Ale Pell jest zdecydowany utrzymać neutralność za wszelką cenę.
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
1 ... 72 73 74 75 76 77 78 79 80 ... 146
Перейти на страницу:

Przygryzła wargę.

— Zostanę tutaj — powiedziała — dopóki nie wrócisz.

Istniały pewne trudności, o których powinien poinformować porucznika. To nie było miejsce dla nich. Zerknął na Vanarsa.

— To może trochę potrwać. Dołowcy na Pell nie są zbyt komunikatywni. Są przerażeni i mogą się zaszyć w zakamarkach, w których powymierają i narobią nam prawdziwych kłopotów. Jeśli mi się nie uda, skontaktujcie się z władzami stacji; broń Boże nie wysyłajcie za mną żołnierzy; z nimi trzeba łagodnie. Jeśli jeszcze raz wypali w ich pobliżu jakiś karabin, możemy stracić cały system konserwacyjny, sir. Systemy podtrzymania życia nasz i ich są ze sobą wzajemnie sprzężone i pozostają w precyzyjnej równowadze.

Vanars nic nie odpowiedział. Nie zareagował. Trudno było zgadnąć, czy jemu i całej tej bandzie można przemówić do rozsądku. Damon uścisnął rękę Eleny i przepchnął się łokciami przez tłumek żołnierzy w pancerzach. Okrążając ciemną kałużę krwi podszedł do śluzy i wsunął kartę w szczelinę.

Drzwi otworzyły się i zaraz zamknęły za nim zapoczątkowując automatyczny cykl otwierania śluzy. Sięgnął po sprzęt do oddychania dla ludzi, który w takich komorach wisiał zawsze na prawo od wejścia, i nasunął na twarz maskę, zanim skutki oddychania panującą tu atmosferą nie stały się opłakane. Jego oddech rozlegał się teraz w metalowej komorze głośnym cmokaniem i poświstywaniem i odgłosy te kojarzyły mu się podświadomie z obecnością Dołowca. Otworzył drzwi wewnętrzne i usłyszał echo powracające z głębin. Tam gdzie stał, świeciła słaba, niebieska lampka, ale nie ruszył dalej, dopóki nie otworzył małej szafki przy drzwiach i nie wyjął stamtąd reflektora. Silna wiązka światła rozcięła mrok i padła na pajęczynę stali.

— Dołowcy! — zawołał; jego głos niósł się głuchym echem coraz to niżej i niżej. Przekroczył próg drzwi, i te zamknęły się za nim. Stojąc na metalowej platformie, z której we wszystkie strony biegły drabinki, czuł przenikliwy chłód. — Dołowcy! Tu Damon Konstantin! Słyszycie mnie? Jeśli słyszycie, odezwijcie się.

Echa zamierały bardzo powoli gdzieś daleko w dole.

— Dołowcy?

Z ciemnej otchłani doszedł cichy jęk, odbite echem zawodzenie, od którego włosy zjeżyły mu się na głowie. Są rozeźleni?

Podszedł kawałek dalej ściskając w jednym ręku reflektor, a w drugim cienką poręcz, zatrzymał się i nasłuchiwał.

— Dołowcy?

W mrocznej głębi coś się poruszyło. Daleko w dole rozległ się bardzo cichy szelest stóp stąpających po metalu.

— Konstantin? — wyseplenił nieludzki głos. — Człowiek-Konstantin?

— Mówi Damon Konstantin — zawołał znowu. — Proszę was, chodźcie na górę. Nie ma już karabinów. Jest bezpiecznie.

Zastygł w bezruchu, wyczuwając lekkie drżenie pomostu spowodowane tupotem nóg daleko w dole, w mroku. Usłyszał oddechy i jego oczy wyłowiły w głębi jakiś migoczący złudnie ognik. Miał wrażenie, że dostrzega w mroku futro i błysk innych oczu wspinających się po rusztowaniach. Zastygł w bezruchu samotny, słaby człowiek i te mroczne przestrzenie. Nie byli niebezpieczni… ale nikt dotychczas nie strzelał do nich z karabinów.

Podchodzili sponiewierani, gramoląc się z sapaniem na ostatnie piętro rusztowania, lepiej teraz widoczni w świetle ręcznego reflektora; jeden ranny, drugi z wybałuszonymi z przerażenia oczyma.

— Człowiek-Konstantin — wymamrotał trzęsącymi się ustami ten przestraszony. — Ratuj, ratuj, ratuj.

Wyciągali błagalnie ręce. Odstawił reflektor na żebrowaną podłogę platformy, na której stał i przygarnął ich jak dzieci, ze szczególną ostrożnością dotykając samca, bo biedak miał całe ramię we krwi i szczerzył zęby powarkując nerwowo.

— Już dobrze — zapewnił ich. — Jesteście bezpieczni, nic wam już nie grozi. Wyprowadzę was na zewnątrz.

— Bać się, człowiek-Konstantin. — Samica klepnęła swego towarzysza po ramieniu i spoglądała to na jednego, to na drugiego pociemniałymi oczami. — Wszyscy chować, uciekać, nie znaleźć droga.

— Nie rozumiem, co mówisz.

— My więcej, więcej, więcej, głodni na śmierć, bać się na śmierć. Prosi pomóc nas.

— Zawołaj ich.

Dotknęła samca wymownym gestem troski. Samiec zatrajkotał coś do niej i popchnął ją lekko w jego stronę. Zbliżyła się i dotknęła Damona.

— Poczekam — zapewnił ją Damon. — Poczekam tutaj. Nic wam nie grozi.

— Kochać cię — wyrzuciła z siebie i zaczęła pośpiesznie złazić z powrotem na dół z pobrzękiwaniem metalowych stopni. Po chwili zniknęła w mroku.

Minęło jeszcze parę chwil i z głębin buchnęły radosne piski i trele, które zaraz zwielokrotniło echo; budziły się głosy z innych miejsc, głosy samców i samic, w dole i w górze, aż w końcu cała otchłań i mrok oszalały. Tuż obok niego rozległ się przenikliwy skrzek; to samiec krzyczał coś do tych na dole.

Nadchodzili w ciszy, która nagle zapadła; słychać było tylko metaliczny odgłos kroków dochodzący z dołu i od czasu do czasu rozlegały się niesione echem nawoływania i jęki, od których włos się jeżył na głowie.

Samica wróciła szybko, żeby poklepać swojego towarzysza po ramieniu i dotknąć ręki Damona.

— Ja Satyna, ja zawołać. Powiedzieć on dobry, człowiek-Konstantin.

— Muszą wychodzić przez śluzę po kilkoro na raz, rozumiesz? Ostrożnie ze śluzą.

— Ja znać śluza — zapewniła go. — Ja ostrożna. Iść, iść, ja ich przyprowadzić.

I już spuszczała się szybko z powrotem na dół. Damon otoczył samca ramieniem i wprowadził do śluzy. Naciągnął mu na twarz maskę, bo biedak był jeszcze w szoku; szczerzył z bólu zęby, ale nie próbował go ugryźć ani zaatakować. Otworzyły się drugie drzwi. W panującym za nimi blasku zobaczyli uzbrojonych ludzi i Dołowiec szarpnął mu się pod pachą, wyszczerzył zęby i splunął, ale złagodniał zaraz pod wpływem uspokajającego uścisku ramienia Damona. Elena przeciskała się już przez żołnierzy wyciągając ręce, żeby mu pomóc.

— Każ się cofnąć żołnierzom — warknął Damon oślepiony jasnością, nie mogąc odróżnić w tłumie Vanarsa. — Odsunąć się. Nie wymachiwać w ich stronę karabinami. — Pomógł Dołowcowi usiąść na podłodze pod ścianą, a Elena wzywała tłoczących się ludzi do przepuszczenia lekarza. — Wycofać stąd tych żołnierzy! — krzyknął znowu Damon. — Zostawić to nam!

Dowódca wydał rozkaz. Ku wielkiej uldze Damona żołnierze z Indii zaczęli się wycofywać. Dołowiec siedział nieruchomo, a przy nim klęczał lekarz ze swoją torbą; trzeba było trochę perswazji, żeby pozwolił sobie obejrzeć zranione ramię. Damon ściągnął z twarzy maskę, która utrudniała mu oddychanie i uścisnął rękę siadającej obok niego Eleny. Powietrze cuchnęło potem przerażonego Dołowca, ostrą wonią piżma.

— Nazywa się Niebieskozęby — powiedział lekarz odczytując tabliczkę. Zrobił kilka szybkich notatek i przystąpił do opatrywania rany. — Oparzenie i krwotok. Nic poważnego, to tylko szok.

— Pić — stęknął Niebieskozęby sięgając do torby lekarza. Lekarz odebrał mu ją i spokojnie obiecał przynieść wody, jeśli ją znajdą.

Śluza otworzyła się i wyszedł z niej blisko tuzin Dołowców. Czytając w ich oczach panikę Damon wstał. „Jestem Konstantin”, powiedział bez zwłoki, bo dźwięk tego nazwiska wpływał na Dołowców dziwnie uspokajająco. Przywitał ich z wyciągniętymi ramionami, znosząc dzielnie uściski spoconych, zdezorientowanych Dołowców, delikatne obejmowanie silnymi, porośniętymi futrem ramionami. Tak samo przywitała ich Elena i w chwilę później ze śluzy wysypała się następna grupka tworząc korek, który zatarasował przejście i przewyższał już liczebnością żołnierzy stojących w końcu korytarza. Dołowcy rzucali w tamtym kierunku zaniepokojone spojrzenia, ale trzymali się razem. Z kolejną grupką wyszła ze śluzy towarzyszka Niebieskozębego. Trajkotała z niepokojem, dopóki go nie odnalazła. Vanars wszedł między nich i nie zatoczywszy się ani razu w tej brązowofutrzastej powodzi, przepchnął się do Konstantina.

1 ... 72 73 74 75 76 77 78 79 80 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)