Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]
Światło się mroczy [Dying of the Light - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]

Электронная книга - «Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]». Краткое содержание книги:

Wezwany przez Gwen, swą dawną ukochaną, na festiwalowy świat Worlorn, Dirk t’Larien przekonuje się, że duma światów zewnętrznych położonych poza Welonem Kusicielki bardzo się zmieniła i jest teraz umierającą planetą. Gwiazdozbiór Kręgu Ognia świeci coraz słabiej i Worlorn ponownie podejmuje samotną wędrówkę przez mrok międzygwiezdnych przestrzeni.
Gwen jest obecnie związana z Jaanem Vikarym, jednym z dumnych Kavalarów, którzy władają Worlornem zgodnie ze swym opartym na przemocy kodeksem. Gdy jednak planeta pogrąża się w mroku, ich brutalna, pusta cywilizacja zaczyna się załamywać.
„Światło się mroczy” to powieść zawierająca piękny opis obcych światów i kultur, to mroczna opowieść o przemocy, złamanych obietnicach, samozniszczeniu i obsesyjnej lojalności.
1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 94
Перейти на страницу:

Potem nie myślał już ani się nie martwił. Biegł.

Zawładnęła nim zwierzęca panika. Dyszał ciężko, krwawił, a jego obolałym ciałem wstrząsało drżenie. Bieg stał się czymś bez końca, czymś poza czasem, snem w gorączce pełnym poruszających się miarowo nóg, urywków gwałtownych wrażeń oraz ujadania psów za jego plecami. Były coraz bliżej, a przynajmniej tak mu się zdawało. Biegł i biegł, i nigdzie nie mógł dobiec. Biegł i biegł, i nie ruszał się z miejsca. Przedarł się przez gęstą ścianę ognistych głogów i ciernie o czerwonych czubkach rozdarły mu skórę w stu różnych miejscach, ale nie krzyknął. Biegł, biegł. Dotarł na obszar pokryty płaskim, szarym łupkiem i spróbował przebiec przez niego pośpiesznie, i przewrócił się, i grzmotnął z głośnym trzaskiem podbródkiem o kamień, i usta wypełniła mu krew, i wypluł ją. Na skale również była krew, nic dziwnego, że się przewrócił. Jego krew, tylko jego, z ran na stopach.

Przeczołgał się przez połać gładkiego kamienia i znowu dotarł do drzew, i pobiegł jak szaleniec, aż wreszcie przypomniał sobie, że stracił z oczu swą gwiazdę przewodnią. Kiedy ją ponownie odszukał, była za jego plecami i z boku, bardzo blada. Mały, błyszczący punkcik na szkarłatnym niebie. Odwrócił się i pobiegł w tamtą stronę. Znowu przeszedł przez gładką skałę, potykał się o niewidoczne korzenie, przedzierał się przez gęste listowie, szarpiąc je wściekle rękami, biegł, biegł. Wpadł na nisko wiszącą gałąź, usiadł ciężko, wstał, trzymając się za głowę, biegł, biegł. Potknął się na śliskim mchu, czarnym i śmierdzącym zgnilizną, wstał pokryty cuchnącą mazią, biegł, biegł. Poszukał wzrokiem swej gwiazdy przewodniej i przekonał się, że zniknęła. To musiał być właściwy kierunek, musiał. Zamarzał. Płonął. Pierś przeszywały mu noże. Biegł dalej, zachwiał się, potknął, upadł, wstał i biegł dalej. Psy były za nim, blisko, blisko, psy były za nim.

I nagle — nie wiedział kiedy, nie wiedział, jak długo biegł, nie wiedział, jak daleko dotarł, gwiazda zniknęła — wydawało mu się, że czuje słaby odór dymu unoszący się z leśnym wiatrem. Pobiegł w tamtą stronę, wybiegł spomiędzy drzew na małą polanę, popędził na drugą stronę otwartego, jałowego pola i zatrzymał się nagle.

Psy były przed nim.

A przynajmniej jeden z nich. Wychynął z lasu, warcząc głośno. W małych ślepiach miał śmiertelny błysk i podkurczył bezwłosy pysk, odsłaniając paskudne kły. Dirk spróbował obiec go wkoło i bestia runęła na niego, przewracając go na ziemię. Kłapnęła na niego zębami i oboje przetoczyli się po polanie. Potem pies poderwał się zwinnie. Dirk podniósł się z wysiłkiem na kolana, lecz bestia krążyła wokół niego, kłapiąc wściekle zębami, gdy tylko spróbował wstać. Ugryzła go w lewe ramię i znowu popłynęła krew. Nie zabiła go jednak, nie rozerwała mu gardła. Szkolona, pomyślał, jest szkolona. Krążyła wokół niego, krążyła, ani na moment nie spuszczając zeń wzroku. Pyr wysłał ją przodem i podążał za nią, razem ze swym teynem i innymi psami. Ten miał go tu unieruchomić do chwili ich przybycia.

Zerwał się nagle i pognał ku drzewom. Pies skoczył za nim, ponownie zwalił go z nóg i przycisnął do ziemi, omal nie wyrywając mu kończyny z barku. Tym razem Dirk już nie próbował wstawać. Bestia odsunęła się od niego i czekała spokojnie. Paszczę wypełniała jej krew i ślina. Dirk spróbował wesprzeć się na zdrowej ręce. Przeczołgał się pół metra i zwierzę warknęło. Pozostałe były blisko. Dirk słyszał ich ujadanie.

Nagle, w górze, usłyszał coś innego. Podniósł z trudem wzrok, spojrzał na mały skrawek pochmurnego nieba, ledwie rozświetlony promieniami wschodzącego Oka Piekieł i jego towarzyszy. Pies Braithów odsunął się od niego na metr i również popatrzył w górę. Dźwięk rozległ się po raz drugi. To był jęk skargi i okrzyk wojenny, przeciągły, zawodzący krzyk, śmiertelne pohukiwanie, niemal muzyczne w swej intensywności. Dirk zadał sobie pytanie, czy umiera, a jego umysł wypełniają tony Kryne Lamiya. Pies jednak również to usłyszał. Przycupnął, jak sparaliżowany, nadal spoglądając w górę.

Z nieba opadł ciemny kształt.

Dirk widział, jak leci w dół. Był ogromny, zupełnie czarny prawie jak smoła, a jego dolną powierzchnię pokrywało tysiąc maleńkich, czerwonych ust. Wszystkie były otwarte, wszystkie śpiewały, ze wszystkich dobywał się ten sam przeraźliwy, budzący dreszcz ton. Stworzenie zdawało się nie mieć głowy, wyglądało jak wielki, trójkątny żagiel, unosząca się na wietrze manta, skórzany płaszcz, który ktoś cisnął pod niebo. Skórzany płaszcz z niezliczonymi ustami i długim, cienkim ogonem.

Wtem ów ogon uderzył z szybkością bicza, trafiając psa Braithów w pysk. Bestia zamrugała i cofnęła się nieco. Latające stworzenie znieruchomiało na chwilę w powietrzu, falując ogromnymi skrzydłami z zachwycającą powolnością, a potem opadło na psa, owijając się wokół niego. Oba zwierzęta milczały. Pies — ogromny, muskularny pies o szczurzym pysku, dorównujący wzrostem człowiekowi — zniknął. Tamto pokryło go w całości i leżało na trawie i ziemi niczym czarna, skórzana kiełbasa o gigantycznych rozmiarach.

Zapadła cisza. Zawodzenie łowcy sparaliżowało cały las. Dirk nie słyszał już innych psów.

Podniósł się z wysiłkiem i ominął, utykając, odrętwiały płaszcz-zabójcę. Stworzenie niemal się nie poruszało. W słabym świetle poranka można by je wziąć za wielką, pokraczną kłodę.

Oczyma wyobraźni Dirk jednak nadal widział je tak, jak wyglądało na niebie: czarny kształt, opadający na ziemię z głośnym wyciem, same usta i skrzydła. Przez chwilę, widząc tylko samą sylwetkę, pomyślał, że to Jaan Vikary przybył mu na ratunek w swym szarym autolocie w kształcie manty.

Po drugiej stronie polany wznosiła się bariera dławców, żółtobrązowa i bardzo gęsta. Dym jednak wyłaniał się zza niej. Znużony Dirk przecisnął się przez nią, odpychając na bok woskowate gałęzie, a gdy było to konieczne, łamiąc je.

Wrak przestał się już palić, lecz wciąż wisiał nad nim całun rzadkiego dymu. Jedno ze skrzydeł autolotu zostawiło w ziemi głęboką bruzdę i zwaliło kilka drzew, zanim wreszcie się złamało. Drugie wznosiło się ku niebu, a jego nietoperzowy kształt zniekształciły rowki pozostawione przez ściekające krople stopionego metalu oraz dziury wypalone przez działko laserowe. Kabina była ciemną, bezkształtną plamą. Ziała w niej wielka, wyszczerbiona dziura.

Dirk odszukał leżący nieopodal karabin laserowy. Znalazł też szczątki: dwa szkielety obejmujące się w uścisku śmierci, ciemne, wilgotne kości, nadal jeszcze brązowe od krwi oraz przylegających do nich skrawków mięsa. Jeden ze szkieletów był ludzki. Wszystkie kończyny miał połamane, a większość strzaskanych żeber zniknęła, Dirk rozpoznał jednak złożony z trzech zębów hak wieńczący złamaną w dwóch miejscach rękę. Leżały tu również pomieszane z ludzkimi szczątki stworzenia, które wyciągnęło zwłoki z płonącego autolotu — jakiegoś padlinożercy, którego naznaczone czarnymi żyłkami kości wyglądały jak zrobione z gumy. Banshee dopadło je podczas żerowania. Nic dziwnego, że było tak blisko.

Nigdzie nie znalazł śladu obszytej futrem skórzanej kurtki, którą zrzucili tu z Garse’em. Wdrapał się na zimny kadłub autolotu i skrył się w jego mrocznej paszczy. Skaleczył się o ostrą, metalową powierzchnię, ale niemal tego nie zauważył. Cóż znaczyło jedno draśnięcie więcej? Usiadł tam i czekał, osłonięty przed wiatrem. Miał nadzieję, że nie zauważy go tu ani banshee, ani Braithowie. Spostrzegł, że większość z jego ran już się zasklepiła. Krwawił tylko lekko, tu i ówdzie. Niemniej wszystkie brązowe strupy pokrywała warstwa ziemi i Dirk zadał sobie pytanie, czy powinien coś zrobić, by nie dopuścić do zakażenia. Wydawało się jednak, że to nie ma znaczenia. Odepchnął od siebie tę myśl i ścisnął laser w rękach odrobinę mocniej. Miał nadzieję, że łowcy dotrą tu szybko.

1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 94
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)