Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]
Światło się mroczy [Dying of the Light - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]

Электронная книга - «Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]». Краткое содержание книги:

Wezwany przez Gwen, swą dawną ukochaną, na festiwalowy świat Worlorn, Dirk t’Larien przekonuje się, że duma światów zewnętrznych położonych poza Welonem Kusicielki bardzo się zmieniła i jest teraz umierającą planetą. Gwiazdozbiór Kręgu Ognia świeci coraz słabiej i Worlorn ponownie podejmuje samotną wędrówkę przez mrok międzygwiezdnych przestrzeni.
Gwen jest obecnie związana z Jaanem Vikarym, jednym z dumnych Kavalarów, którzy władają Worlornem zgodnie ze swym opartym na przemocy kodeksem. Gdy jednak planeta pogrąża się w mroku, ich brutalna, pusta cywilizacja zaczyna się załamywać.
„Światło się mroczy” to powieść zawierająca piękny opis obcych światów i kultur, to mroczna opowieść o przemocy, złamanych obietnicach, samozniszczeniu i obsesyjnej lojalności.
1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 94
Перейти на страницу:

— To kłamca! — upierał się Lorimaar. — Jako kto do nas przyszedł? Zapytajcie o to! I spójrzcie!

Wskazał na prawą rękę Garse’a, gdzie świeciki gorzały niczym czerwone oczy. Brakowało tylko garstki.

Janacek zacisnął lewą dłoń na rękojeści noża i wysunął go gładko z pochwy. Potem wyciągnął prawą rękę do Pyra.

— Pomóż mi ją unieruchomić — rzekł tonem spokojnej rozmowy — a usunę fałszywe ognie Jaana Vikary’ego.

Pyr zrobił to, o co go proszono. Nikt się nie odzywał. Dłoń Janacka była szybka i pewna. Kiedy skończył, świeciki leżały na piasku niczym węgielki z rozrzuconego ogniska. Schylił się, uniósł jeden z nich i podrzucił go lekko w powietrzu, a potem złapał, jakby poddawał próbie jego ciężar. Cały czas nie przestawał się uśmiechać. Nagle zamachnął się i cisnął kamieniem, który zatoczył długi łuk w powietrzu, zanim zaczął spadać. Pod koniec lotu wyglądał jak spadająca gwiazda. Dirk niemal się spodziewał, że gdy świecik pogrąży się w ciemnych wodach jeziora, rozlegnie się syk, lecz z tej odległości nie usłyszał nawet plusku.

Janacek podniósł wszystkie świeciki, zagrzechotał nimi krótko w dłoni, a potem oddał je jezioru.

Gdy już zniknęły w ciemnej toni, odwrócił się do łowców i pokazał im prawą rękę.

— Puste żelazo — oznajmił. — Spójrzcie. Mój teyn nie żyje.

Nie robili mu już więcej trudności.

* * *

— Zbliża się świt — oznajmił Pyr. — Przygotujcie moją zwierzynę do polowania.

Łowcy zajęli się Dirkiem. Wszystko odbyło się mniej więcej tak, jak przewidywał Janacek. Przecięli mu więzy i pozwolili przez chwilę rozcierać nadgarstki i kostki, żeby przywrócić krążenie krwi. Potem oparto go o autolot. Roseph i gruby Saanel trzymali go, podczas gdy Pyr wyjął mały nóż i zaczął przecinać jego ubranie. Łysy łowca posługiwał się tym narzędziem równie biegle jak swoją pałką, był jednak brutalny: zostawił na wewnętrznej powierzchni uda Dirka długą szramę, a drugą, krótszą i głębszą, na jego piersi.

Dirk skrzywił się, gdy Pyr go skaleczył, nie opierał się jednak. Po chwili był już zupełnie nagi i zaczął drżeć na wietrze, zbyt mocno wciśnięty plecami w zimny, metalowy bok autolotu.

Pyr zmarszczył nagle brwi.

— Co to jest? — zapytał, zaciskając małą, białą dłoń na szeptoklejnocie.

— Nie — zaprotestował Dirk.

Pyr szarpnął z całej siły za cienki, srebrny łańcuszek, który wpił się boleśnie w szyję jeńca. Klejnot zerwał się z prowizorycznego kółka.

— Nie! — krzyknął Dirk. Rzucił się nagle naprzód i zaczął się wyrywać. Roseph potknął się, wypuścił z rąk jego prawe ramię i padł na ziemię. Saanel nie zwalniał uchwytu, lecz Dirk zdzielił go mocno pięścią w grubą, byczą szyję tuż poniżej podbródka. Grubas zaklął i puścił jeńca. Dirk zamachnął się na Pyra.

Ten złapał już za swą pałkę. Uśmiechał się. Dirk postąpił pośpiesznie krok w jego kierunku i zawahał się.

Chwila niepewności wystarczyła. Saanel otoczył od tyłu jego głowę grubym ramieniem i ścisnął ją mocno, powoli przesuwając uchwyt na szyję.

Pyr przyglądał się temu bez zainteresowania. Wepchnął pałkę w piasek, trzymając szeptoklejnot między kciukiem a palcem wskazującym.

— Niby-ludzka biżuteria — stwierdził z pogardą. Klejnot nic dla niego nie znaczył. Wytrawione przez espera wzory nie wywołały rezonansu w jego umyśle. Być może zauważył, że mała łza jest bardzo zimna w dotyku, a być może nie, nie słyszał jednak szeptów.

— Chcesz prezent od t’Lariena? — zawołał do swojego teyna, który tymczasem zasypywał nogami ognisko.

Mężczyzna podszedł do niego bez słowa, wziął klejnot, potrzymał go przez chwilę, a potem włożył do kieszeni kurtki. Następnie odwrócił się bez uśmiechu i zaczął okrążać obóz, gasząc po drodze wetknięte w piasek elektryczne latarki. Kiedy wszystkie już wyłączył, Dirk zauważył nad horyzontem na wschodzie pierwszy rumieniec jutrzenki.

Pyr skinął pałką na Saanela.

— Puść go — rozkazał. Grubas zwolnił uścisk i odsunął się. Dirk odzyskał swobodę ruchów. Bolała go szyja, a suchy piasek pod jego stopami był szorstki i zimny. Pozbawiony szeptoklejnotu, bał się znacznie bardziej. Rozejrzał się wokół w poszukiwaniu Garse’a Janacka, lecz Ironjade stał po drugiej stronie obozu, pogrążony w ożywionej rozmowie z Lorimaarem.

— Świt już nadszedł — oznajmił Pyr. — Mogę bezzwłocznie ruszyć w pogoń za tobą, niby-człowieku. Uciekaj.

Dirk obejrzał się przez ramię. Roseph masował sobie bark z zasępioną miną. Uderzył się mocno, padając na ziemię. Saanel uśmiechał się głupkowato, wsparty o bok autolotu. Dirk postąpił kilka niepewnych kroków w stronę lasu.

— No nie, t’Larien, jestem pewien, że potrafisz biec szybciej — zawołał Pyr. — Jeśli będziesz uciekał żwawo, może zdołasz ocalić życie. Będę cię ścigał na piechotę, z moim teynem i z psami. — Wyjął z kabury pistolet i rzucił go Saanelowi, który zręcznie złapał broń w dwie dłonie o palcach grubych jak kiełbasy. — Nie będę miał lasera, t’Larien — ciągnął łowca. — To będzie czyste polowanie w najstarszym stylu. Łowca uzbrojony w nóż i rzucadło, naga zwierzyna. Uciekaj, t’Larien, uciekaj! — Podszedł do niego czarnowłosy, kościsty towarzysz. — Mój teynie — rzekł do niego Pyr. — Spuść psy z łańcuchów.

Dirk odwrócił się i pognał sprintem ku skrajowi lasu.

Ucieczka okazała się prawdziwym koszmarem.

Zabrali mu buty i gdy tylko zagłębił się między drzewa na jakieś trzy metry, skaleczył sobie po ciemku stopę o ostry kamień i zaczął utykać. Były też inne kamienie. Wydawało mu się, że nadeptuje po drodze na wszystkie.

Zdjęli mu ubranie. Pod osłoną drzew, gdzie wiatr nie był tak ostry, było trochę lepiej, lecz nadal marzł. Straszliwie. Przez chwilę miał gęsią skórkę, która potem ustąpiła. Inne cierpienia przyćmiły chłód, który przestał mu się wydawać tak ważny.

W zewnętrznoświatowym lesie było za ciemno i zarazem zbyt jasno. Za ciemno, by mógł widzieć, co ma pod nogami. Potykał się, ocierał sobie paskudnie kolana i dłonie, wpadał w wykroty. Było też jednak zbyt jasno. Świt nadchodził szybko, nazbyt szybko. Między drzewa przenikało powoli światło i Dirk tracił z oczu gwiazdę przewodnią. Za każdym razem, gdy wybiegał na otwartą przestrzeń i mógł cokolwiek zobaczyć poza gęstym listowiem, unosił spojrzenie, by ją znaleźć. Samotną, jasną, czerwoną gwiazdę, słońce Dumnego Kavalaanu płonące na niebie Worlornu. Garse pokazał mu ją, mówiąc, by na nią właśnie się kierował, jeśli zgubi drogę. Miała go zaprowadzić przez gąszcz do lasera i kurtki. Świt jednak nadchodził za szybko. Braithowie zbyt długo zwlekali z wypuszczeniem go na swobodę. Za każdym razem, gdy podnosił wzrok — gęsty las uniemożliwiał mu orientację, dławce tworzyły gdzieniegdzie nieprzebyte zasieki, które musiał okrążać, wszystkie kierunki wyglądały tak samo i łatwo było zgubić drogę — za każdym razem, gdy odnajdywał swą gwiazdę przewodnią, jej blask był coraz słabszy. Łuna na wschodzie nabrała czerwonawego koloru. Gdzieś tam wschodził Tłusty Szatan i jego gwiazda przewodnia wkrótce zniknie z pseudowieczornego nieba. Starał się przyśpieszyć bieg.

Miał do pokonania mniej niż kilometr, mniej niż kilometr. Ale kilometr to daleka droga, gdy ktoś biegnie przez las, nagi i bliski zabłądzenia. Po jakichś dziesięciu minutach usłyszał za sobą szaleńcze ujadanie psów Braithów.

1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 94
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)