Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]
Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]

Электронная книга - «Ludzie z gwiazdy Pella [=Stacja Podspodzie / Downbelow Station - pl]». Краткое содержание книги:

Gwiazda Pella, strategiczny punkt w konflikcie zbrojnym Kompanii Ziemskiej i międzygwiezdnych kolonii. Ten, kto kontroluje Stacje Pella, decyduje o zasięgu ziemskich sił obronnych bądź o skali ziemskiej ekspansji w celu odzyskania utraconego imperium. Ale Pell jest zdecydowany utrzymać neutralność za wszelką cenę.
Ludzie z Gwiazdy Pella to obszerna, wielowątkowa i dramatyczna wizja przyszłości, ukazująca charaktery, postawy i ambicje nie odbiegające od naszych. Przez stronice tej powieści przewija się galeria fascynujących postaci, ludzkich i nieludzkich, których losy zależą od wyniku tytanicznych zmagań w skali kosmicznej.
Powieść ta otrzymała nagrodę Hugo w roku 1982.
1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 146
Перейти на страницу:

Ale nie miał wyboru. Ojciec już tego dopilnował.

Po jakimś czasie przyszedł Blass, usiadł i z powagą rozłożył na stole mapy, wyjaśniając mu rozmaite kwestie, jakby on, Vittorio, odgrywał w tej misji jakąś rolę. Patrzył na schemat i usiłował zrozumieć cel tego kluczenia w nicości, kiedy, prawdę mówiąc, nie mógł nawet pojąć, gdzie się znajdują, bo zasadniczo było to nigdzie.

— Powinien się pan czuć bardzo bezpiecznie — powiedział w końcu Blass. — Zapewniam pana, że znajduje się w miejscu daleko bezpieczniejszym niż w tej chwili sama stacja.

— Jest pan w Unii bardzo wysokim oficerem, prawda? zapytał. — Inaczej… nie wysłaliby pana tutaj.

Blass wzruszył ramionami.

— Młot i Oko Łabędzia… to jedyne statki, jakie macie w pobliżu Pell?

Blass ponownie wzruszył ramionami. To była cała jego odpowiedź.

6

WŁAZ KONSERWACYJNY BIAŁY 9-1042;
GODZ. 2100

Od dłuższego czasu kręcili się tu ludzie, ludzie-w-skorupach noszący karabiny. Satyna, drżąc, wcisnęła się głębiej w cienie przy windach towarowych. Stanowili liczną grupę, która uciekła na polecenie Lukasa i która ponownie uciekła, gdy przyszli obcy ludzie. Uciekali drogami, których mogli używać hisa, wąskimi przejściami, ciemnymi tunelami, gdzie hisa mogli oddychać bez masek, a człowiek nie. Ludzie z Nadwyża znali te drogi, ale nie pokazali ich jeszcze obcym i hisa byli tu bezpieczni, chociaż część z nich płakała głęboko w ciemnościach, głęboko, głęboko pod spodem, tak żeby nie usłyszeli ludzie.

Nie było tu żadnej nadziei. Satyna zagryzła wargi i przesunęła się w kucki do tyłu. Zaczekała chwilę, aż zmieni się powietrze i czmychnęła z powrotem w bezpieczny mrok. Dotknęła jej czyjaś ręka. Poczuła woń samca. Syknęła z wyrzutem i zaczęła węszyć za tym, który należał do niej. Otoczyły ją ramiona. Znużona, położyła głowę na twardym ramieniu przytulając się tak, jak on ją przytulał. Niebieskozęby nie zadawał jej żadnych pytań. Wiedział, że nie przynosi żadnych lepszych wieści, wiedział już wtedy, kiedy uparła się wyjść i zobaczyć.

To był kłopot, wielki kłopot. Lukasy tylko gadali i rozkazywali, a obcy straszyli. Starego tu nie było… nie było żadnego z długoterminowców; udali się gdzieś w swoich sprawach chronić jakieś ważne rzeczy, domyślała się Satyna. Poszli wypełniać obowiązki nałożone na nich przez ważnych ludzi, być może obowiązki związane z hisa.

Ale oni nie posłuchali, nie poszli do nadzorców tak samo, jak nie poszedł tam Stary, który też nienawidził Lukasów.

— Wracamy? — spytał ktoś w końcu.

Znaleźliby się w kłopotach, gdyby pokazali się po tej ucieczce. Ludzie byliby na nich źli, a ci ludzie mieli karabiny.

— Nie — zadecydowała, a kiedy podniósł się pomruk niezadowolenia, Niebieskozęby odwrócił głowę, żeby fuknąć na najbardziej sprzeciwiających się.

— Pomyślcie — powiedział. — Pójdziemy, a tam mogą być ludzie i będzie wielki kłopot.

— Jestem głodny — zaprotestował inny. Nikt nie odpowiedział.

Ludzie mogą zabrać im swoją przyjaźń za to, co zrobili. teraz jasno zdawali sobie z tego sprawę. A bez ich przyjaźni mogli być zawsze na Podspodziu. Satyna pomyślała o polach Podspodzia, o miękkich chmurach, które wyobrażała sobie kiedyś jako wystarczająco twarde, żeby można było na nich usiąść, o deszczu i błękitnym niebie i szarozielononiebieskich liściach, o kwiatach i o aksamitnych mchach… a najbardziej o powietrzu, które pachniało domem. Niebieskozęby też chyba marzył o tym coraz więcej, w miarę jak stygło ciepło jej wiosny i już go nie podniecała, bo była młoda i przechodziła dopiero swój pierwszy sezon. Niebieskozęby patrzył teraz na wszystko trzeźwiej. Tęsknił czasami za światem. Czasami i ona tęskniła. Ale żeby być tam zawsze i na zawsze…

Nazywała się Niebo-Ją-Widzi i widziała prawdę. Błękit nieba był fałszywy, był przykryciem rozpostartym jak koc; prawdą były czarne odległości i oblicze wielkiego Słońca błyszczące w ciemności. Prawda będzie wisiała nad nimi zawsze. Tracąc sympatię ludzi wróciliby na Podspodzie bez nadziei, na zawsze i żyliby tam ze świadomością, że są odcięci od nieba. Teraz, kiedy patrzyli na Słońce, ich dom nie był już tam.

— Lukasy czasami odchodzą — mruknął jej do ucha Niebieskozęby.

Wtuliła głowę w jego futro starając się zapomnieć, że jest głodna i spragniona i nie odpowiedziała.

— Karabiny — odezwał się gdzieś blisko inny głos. — Zastrzelą nas i stracimy się na zawsze.

— Nie zastrzelą, jak tu zostaniemy — odpowiedział mu Niebieskozęby — i zrobimy, jak mówię.

— To nie są nasi ludzie — wtrącił gruby głos Wielkoluda. Ci robią krzywdę naszym ludziom.

— To jest ludzka-walka — pouczył go Niebieskozęby. — To nic dla hisa.

Coś przyszło jej na myśl. Podniosła głowę.

— Konstantinowie. To walka-Konstantinów. Znajdziemy Konstantinów i spytamy co robić. Znajdziemy Konstantinów i znajdziemy Starych; koło Miejsca ze Słońcem.

— Spytaj Słońce-Jej-Przyjacielem — wykrzyknął ktoś inny. — Ona musi wiedzieć.

— Gdzie jest Słońce-Jej-Przyjcielem?

Zapadło milczenie. Nikt nie wiedział. Starzy zachowali ten sekret dla siebie.

— Znajdę ją. — To był Wielkolud. Przyczołgał się do nich i wyciągnął w ciemnościach rękę, żeby dotknąć ramienia Satyny.

— Obejdę wiele miejsc. Chodźcie. Chodźcie.

Wstrzymała oddech i niepewnie dotknęła ustami policzka Niebieskozębego.

— Chodźmy — przystał niespodziewanie Niebieskozęby pociągając ją za rękę. Wielkolud popędził już przodem. W ciemnościach słychać było człapanie jego stóp.

Ruszyli za nim, a inni podążyli w ich ślady. Szli ciemnymi korytarzami, wspinali się po drabinkach i przeciskali przez wąskie miejsca, gdzie czasami bywało światło, ale przeważnie panowały ciemności. Kilkoro zostało z tyłu, bo weszli między rury i zimne miejsca i miejsca, które parzyły ich w bose stopy, i mijali maszyny dudniące złowieszczą mocą.

Niebieskozęby, puszczając czasami jej rękę, wysforowywał się na czoło pochodu; później dopędzał go Wielkolud i znowu on wychodził na prowadzenie. Satyna szczerze wątpiła, że Niebieskozęby ma choćby najmniejsze pojęcie, dokąd idzie, albo która droga zaprowadzi ich do Słońce-Jej-Przyjacielem; miała niejasne przeczucie, które wyniosła z planety, że wie, którędy idzie się do Miejsca-ze-Słońcem, w którym już kiedyś byli, serce podpowiadało jej, że to miejsce powinno być… na górze; wiedziała, że to gdzieś na lewo… ale czasami tunele nie skręcały w lewo i kluczy_ li. Dwóch samców parło niezmordowanie do przodu, raz prowadził jeden, raz drugi i w końcu wszyscy dyszeli już ciężko i słaniali się na nogach; coraz więcej hisa nie wytrzymywało tempa i zostawało z tyłu, aż wreszcie idący za nią chwycił ją za rękę błagając tym gestem o zwolnienie tempa… ale Niebieskozęby z Wielkoludem nie zatrzymywali się i straciła z nimi kontakt. Zostawiła za sobą ostatniego z tych, którzy podążali za nimi i szła dalej sama, usiłując dogonić przewodników.

— Dalej już nie — błagała dopędziwszy ich na metalowych stopniach. — Dalej już nie, wracajmy. Zabłądziliście.

Wielkolud nie zważał na jej prośby. Sapiąc podciągnął się wyżej; przytrzymała Niebieskozębego za futro, ale ten syknął tylko ze zniecierpliwieniem i ruszył za Wielkoludem. Szaleństwo. Ogarnęło ich szaleństwo. „Niczym mi nie imponujecie!” zawyła. Podskoczyła z determinacją i łapiąc z trudem oddech pośpieszyła za nimi starając się przemówić do rozsądku tym, którzy przekroczyli już wszelkie granice trzeźwego rozumowania. Mijali teraz płyty i drzwi, które mogły prowadzić na otwartą przestrzeń; nie zatrzymywali się przy nich… ale w końcu dotarli do miejsca, gdzie musieli dokonać wyboru, gdzie nad drzwiami płonęło niebieskie światełko; gdzie zewsząd sterczały drabinki prowadzące i w górę, i w dół, i w trzech różnych kierunkach.

1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)