Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-Prawie mu się udało - mruknął Holmes. - Zresztą to wcale nie jest takie głupie. Sam nie potrafił odkryć, kim są ludzie stojący za tą sprawą, więc myślał, że tobie się uda. A wątek dotyczący masakry przeprowadzonej przez AK na autostradzie po prostu zataił.
-Po co?
-Może sam grzebie w tej sprawie? - Holmes odwrócił głowę. - Rita, co o tym sądzisz?
-Ja tam nie wiem. Wszystko w tej sprawie śmierdzi, a jak nie śmierdzi, to znaczy, że tego po prostu nie ma.
-Dziwnie powątpiewasz dzisiaj w realność świata zewnętrznego. Był taki kierunek w filozofii, który...
Przerwało mu ostre szarpnięcie i zgrzyt przekładni. Jak się okazało, nie musieli jechać daleko.
-Dziesięciu ludzi z karabinami w czarnych mundurach - zaraportował Watson z wieżyczki. - Są przed nami.
-Krupmann też?
-Obecny.
Holmes wyjrzał przez szczelinę obserwacyjną.
-O cholera, przedstawienie jak w westernie. Zaczekajmy, aż nasi ludzie dotrą tu przez gruzowisko i...
Schielke wyjął ze specjalnego etui ogromne cygaro. Ogrzał je amerykańską zapalniczką, przypalił i włożył do ust.
-Sam mówiłeś, że wszystko wokół to tylko teatr - rzucił i wydmuchnął kłąb śmierdzącego dymu.
Holmes zaczął się śmiać. A nawet otworzył przed nim drzwi z tyłu pojazdu. Schielke wyskoczył na bruk ulicy. Oślepiony ostrym słońcem włożył amerykańskie okulary przeciwsłoneczne. Kolbę thompsona oparł o biodro i wyszedł zza samochodu pancernego.
Krupmann miał dziesięciu ludzi, których ustawił za sobą w szeregu. Scena naprawdę jak z westernu. Schielke powoli ruszył do przodu. Krok za krokiem, żałował tylko, że przy oficerkach nie miał ostróg, które brzęczałyby głośno. Pyknął z cygara. Krupmann też ruszył w jego stronę.
-Cześć, Dieter - powiedział, kiedy stanęli naprzeciw siebie.
-Cześć.
-Nie uważasz, że to trochę nieuczciwe? - Krupmann wskazał na amerykańską maszynę z ogromnym, bębnowym magazynkiem.
-Nie czytałeś „Strzelaniny w O.K. Coralł”? Tam też ludzie Wyatta Earpa mieli strzelby.
-Ale nie maszynowe.
-Czasy się zmieniają. - Schielke zacytował tekst z jakiegoś westernu. - Nic już nie jest takie jak kiedyś.
Rita we wnętrzu pojazdu parsknęła śmiechem.
-Ten kraj się zmienia - dodała głośniej, żeby było ją słychać. - A Indian i nazistów zamkną w rezerwatach.
Krupmann rzeczywiście był nieźle wstawiony. Wskazał kciukiem na swoich ludzi.
-Za coś takiego mógłbym ją...
Schielke wyjął na chwilę cygaro z ust i gwizdnął. Dziesięciu jego ludzi w panterkach wyszło z ruin, ustawiając się za plecami gestapowców.
-Co mógłbyś? - Cygaro znów znalazło się w ustach. - Sprecyzuj.
-Tobie się wydaje, że prawa już nie ma? No to ci powiem, defetysto, że jeszcze jest. Gilotyna w więzieniu na Kletschkau Strasse działa bez przerwy. I będzie działała do ostatniej chwili. Zdążą cię obsłużyć, nic się nie martw.
-Do ostatniej chwili? Jakiej ostatniej? - Wydmuchnął dym prosto w twarz rozmówcy. - To już nie wierzysz w zwycięstwo, defetysto?
Krupmann zachwiał się na nogach.
-Coś ci wyjaśnię, cwaniaczku. Heigel, twój bezpośredni dowódca, który cię kocha miłością równie wielką, jaką ty go kochasz, dał mi na ciebie wszystko.
-Heigel może Tietzowi napluć w oko, jeśli trafi.
-Ale tobie może coś więcej. Dał mi twoje akta, z których jasno wynika, że to ty schrzanileś mi akcję z Holmesem, naprowadzając pewnego porucznika na fałszywe namiary radiostacji i posyłając go na front wschodni. A potem w cudowny sposób sam odnalazłeś tę radiostację. Mało?
Schielke wiedział, że z akt niewiele wynika. Mogłyby być zaledwie podstawą do długotrwałego śledztwa prowadzonego jedynie na podstawie domysłów. A na to nie ma czasu, szczególnie wobec oficera noszącego Żelazny Krzyż i legitymującego się obecnie samymi nagrodami za wzorową służbę. No way. Uśmiechnął się szeroko.
-Mówisz coś o papierach... A pamiętasz może takiego kupca z Holandii, bodaj o nazwisku Ambitius? Handlowałeś z nim trochę?
-Owszem, sprzedawałem mu dzieła sztuki.
-Na twoich pokwitowaniach nie wyszczególniono, co sprzedałeś. Jest tylko podpis i kwota, którą dostałeś.
-Nie przyczepisz się. Wszystko jest legalne.
-Teoretycznie tak. Problem tylko, że kupiec Ambitius tak naprawdę nazywa się Julien Bow.
Krupmanna zmroziło.
-Dobrze usłyszałeś, Julien Bow, agent brytyjskiego wywiadu. - Schielke odruchowo zaciągnął się cygarem i z trudem powstrzymał atak kaszlu. - A teraz się dowiaduję, że Heigel przekazuje ci moje akta. Akta człowieka, który zastrzelił Juliena Bowa! - Znów kłąb dymu poszybował do płuc, ale teraz jakoś to zniósł. - Czy to nie szajka? Albo gorzej. Spisek?
Krupmanna zapowietrzyło. Nawet na moment przestał się chwiać na nogach. Schielke postanowił go dobić.
-To mówisz, że gilotyna w więzieniu na Kletschkau Strasse będzie działać do ostatniej chwili? Zdążą cię obsłużyć?
Krupmann nie wytrzymał i tylko tommygun w ręku przeciwnika powstrzymał go od rękoczynów.
-Co ci ta kurwa z kripo powiedziała?! - wrzasnął. - Taką sprzedajną dziwkę powinieneś utopić w...
Rita dłużej nie słuchała tych obelg i wyskoczyła z samochodu tak szybko, że nikt z ludzi w środku nie zdążył jej powstrzymać.
-Coś ty powiedział, Świnio?! - Biegła w ich stronę, repetując damską szóstkę, którą nosiła w torebce. - Co...
W tym momencie padł strzał. Schielke dostał prosto w plecy. Potworna siła rzuciła go prosto w objęcia Krupmanna. Zobaczył jego szeroko otwarte ze zdziwienia oczy.
-To nie ja... - zdążył powiedzieć Krupmann, zanim drugi strzał, który musnął ucho Schielkego, trafił go prosto w twarz. Obaj runęli na ziemię.
Erkaem z samochodu pancernego zaczął strzelać. Rita chwyciła Schielkego za ramię i szarpnęła w bok. Jeszcze jeden strzał i struga krwi chlusnęła, zalewając mu oczy. Dosłownie chwile dzieliły ich wszystkich od wystrzelania się nawzajem. Przez krwawą mgłę widział jednak, że erkaem wali gdzieś w bok. Reszta żołnierzy też musiała widzieć, że to nikt z ekipy Krupmanna. Rzucili się w stronę ruin w poszukiwaniu ukrytego Strzelca.
Schielke nie mógł oddychać. Nie mógł się też podnieść. Holmes z Watsonem ciągnęli go za ramiona do samochodu.
Ktoś biegiem niósł Ritę systemem strażackim. Nie mogli się zmieścić w ciasnym wnętrzu. Boże, jak im powiedzieć, że nie może oddychać? Holmes położył go na boku i usiłował szybko ściągnąć kurtkę lotniczą. Chciał rozciąć ją nożem, ale amerykański produkt nie zamierzał się poddawać, udało się tylko podwinąć ją na szyję.
-Cholera - usłyszał Schielke. - Będziesz zanosić dziękczynne modły do Stechera. Mam pocisk w ręku!
Jak im powiedzieć, że nie może oddychać?
-Co tam? - spytał Watson.
-Pocisk nie przeszedł. Ale z żeber pewnie kotlet siekany.
-Na prześwietlenie. Już!
-A u dziewczyny?
-Przestrzelona ręka, zgruchotana kość. Nawet ją widzę. - Watson sprawnie nakładał opatrunek uciskowy. - Pędem do szpitala, bo nam Niemiaszki wykitują!
Holmes zajął miejsce kierowcy. Schielkemu przestało już zależeć na powiadomieniu ich o tym, że nie może oddychać. Ogarniała go ciemność.
Większość ogromnych bunkrów naziemnych była już zajęta przez Rosjan. Twierdza skurczyła się od zachodu i południa już tylko do ścisłego centrum miasta, a właściwie jego poszarpanych fragmentów. W rękach Niemców pozostały jedynie dwie gigantyczne budowle: na Fritz Geisler Strasse i WeiBenburger Strasse. Holmes jednak wiedział, że dostać się do tych szpitali graniczyło z cudem, a Rita potrzebowała natychmiastowej interwencji chirurga. Wóz pancerny zaparkował więc w załomie muru. Szybko udało mu się znaleźć sanitariuszy z noszami, którzy zanieśli rannych do podziemnego szpitala, a właściwie ciągu dusznych piwnic ciągnących się pod szpitalem St. Georgs-Krankenhaus. Obaj Polacy zajęli się intensywnym przyspieszaniem oględzin lekarskich i przesuwaniem „swoich” rannych w koszmarnej kolejce upiorów, co polegało głównie na przekazywaniu pewnych sum w dolarach określonym osobom. Ich talent i urok osobisty (oraz dolary, które mieli do zaoferowania) sprawiły, że Ritę położono na stole w przeciągu pół godziny, co było wyczynem świata, zważywszy, że niektórzy, nawet ciężko ranni, czekali tu czasem cały dzień na obdukcję. Schielke jednak leżał na noszach w straszliwym smrodzie, wśród jęków, wrzasków, błagań, w klaustrofobicznej przestrzeni tak dusznej, że jedyne, o czym marzył, to świeże powietrze. Nic z tego. Holmes z Watsonem wrócili dopiero po godzinie.