Wojna [Conventions of War - pl]
- Автор: Уильямс Уолтер Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-7480-018-6
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:
— Spotkanie miało być dopiero za trzy dni — odparł. Sięgnął po koktajl i podniósł go do ust.
— Milordzie, czy nasza rozmowa jest bezpieczna? — spytał Mondi.
Chen poczuł na kręgosłupie zimną dłoń. Odstawił drinka i odwrócił się plecami do gości na tarasie.
— Tak sądzę — stwierdził. — Nikogo przy mnie nie ma. Po krótkiej chwili milczenia Mondi kontynuował:
— Naksydzi wyruszają z Zanshaa. Prawdopodobnie zmierzają z dużym przyśpieszeniem do Zarafan.
Chen wiedział, że z Zarafan mogą polecieć prosto na Laredo, gdzie rezyduje konwokacja.
I gdzie wkrótce ma wylądować moja córka — pomyślał.
— Tak, rozumiem. Dotrę, jak tylko zorganizuję transport — obiecał.
Odłożył ręczny komunikator i przy wtórze huku fal wrócił do gości.
— Loopy, coś się stało. Czy mógłbyś komuś polecić, żeby zorganizował mi przejazd do terminalu windy?
— Na stanowiska bojowe! Natychmiast na stanowiska bojowe! To nie są ćwiczenia!
Strach wczepił się szponami w głos kadeta Quinga i Martinez od pierwszego słowa pojął, że to nie są ćwiczenia. Wezwanie powtarzano, ale Martinez już przeskoczył przez biurko i biegł do zejściówki. Marsden nadal siedział na krześle i tylko patrzył za kapitanem.
Martinez skoczył w wejściówkę w chwili, gdy znikła grawitacja. Ustał odległy hałas silników i w korytarzu zapadła cisza, tylko jego serce biło, zagłuszając alarm. Stracił ciężar, lecz zachował jeszcze dość bezwładności — uderzył kolanami i łokciami w schodki i ból przeszył jego nogi i ręce, choć schodki były wyściełane. Odbił się jak wielka gumowa piłka, ale chwycił za poręcz i udało mu się wytracić pęd.
Stopy gwałtownie skręciły w korytarz — to oznaczało, że „Prześwietny” zmienia kurs. Martinez musiał wejść po schodkach do sterowni, nim silniki ponownie się włączą. Zacisnął dłonie na poręczy, by się odbić i wskoczyć na wyższy pokład.
Nic z tego. Silniki nagle się włączyły i Martinez znów miał ciężar. Ręce nie mogły utrzymać jego masy i ugięły się pod nim, a poręcz walnęła go w barki. Padł na schodnię, stopnie wbiły mu się w plecy.
Usiłował wstać, lecz grawitacja już wzrastała. Dwa g, trzy — myślał. Schwycił poręcz i próbował się podnieść, ale ból przecinał, mu nadgarstki. Stopnie kroiły go jak noże. Przynajmniej cztery g — myślał. W końcu uświadomił sobie, że nie zdoła się wspiąć.
Uzmysłowił sobie także inne rzeczy. Znajdował się na twardym podłożu. Ostatnio nie brał żadnych medykamentów, które pomagają znieść dużą grawitację i jeśli nie opuści zejściówki, stopnie potną go na plasterki.
Krabimi ruchami ramion i nóg zaczął przesuwać się w dół; każdy ruch odczuwał jak pałowanie w plecy i piersi. Pięć g — pomyślał. Wzrok zaczynał mu mętnieć.
Przebierając rękami i nogami, zdołał zjechać jeszcze o jeden stopień. Uderzenie głową w schodek spowodowało, że w jego czaszce rozbłysły komety. Zacisnął szczęki, by wtłoczyć krew do mózgu, i pokonał kolejny schodek w dół.
To koszmar Chandry, uświadomił sobie Martinez. Nadlatują pociski relatywistyczne i ja muszę dostać się do sterowni. To szczyt idiotyzmu umierać w tym miejscu, z karkiem złamanym przez ostryschodek, albo wyparować po uderzeniu pocisku.
Jeszcze jeden schodek w dół. Teraz tylko głowa spoczywała na schodni, przechylona tak, że tchawica była ściśnięta, a kręgosłup mocno wygięty. Sześć g. Martinez całkowicie stracił wzrok. Prawie nie oddychał. Bez wspomagania farmaceutycznego Terranin nie mógł przy grawitacji większej niż sześć i pół zachować świadomości. Martinez musiał odsunąć się od schodów, bo inaczej ciężar głowy złamałby mu kark.
Desperacko próbował się odepchnąć, szukał dłońmi i piętami przyczepności na ceramicznej podłodze, walcząc z ciężarem, który go przygwoździł jak srebrna szpila przykuwa owada do korkowej tablicy. W czaszce miał wiry. Z wysiłkiem nabierał powietrza. Napinając wszystkie mięśnie, lekko się uniósł.
Jego głowa spadła ze schodów i uderzyła o podłogę. Poprzez ból i fajerwerki strzelające w czerni mroku poczuł przypływ triumfu.
Ciążenie nadal rosło. Martinez walczył o zachowanie świadomości.
Przegrał.
Gdy się obudził, zobaczył okno, a za oknem zielony krajobraz. Dwie kobiety w przezroczystych fartuchach wpatrywały się w prawie nagiego mężczyznę, który unosił się na zdumiewająco błękitnym niebie, obserwowany przez wyniosłego orła. Poniżej, na trawie, pies i małe futrzaste zwierzątko o długich uszach z ciekawością zerkały na lewitującego mężczyznę.
Martinezowi wydawało się, że mężczyzna nie jest sam. On, Martinez, też się unosił.
Serce łomotało mu w piersi jak popsuty silnik. Ostry ból przeszywał głowę i całe ciało. Zamrugał, żeby usunąć pot z oczodołów.
Mężczyzna nadal lewitował, i to tak niesamowicie spokojnie, jak gdyby codziennie to robił.
Wreszcie Martinez uświadomił sobie, że ulega złudzeniu i patrzy na malunki trompe l’oeil, które Montemar Jukes umieścił gdzieniegdzie w korytarzach.
Silniki były wyłączone, a on, teraz nieważki wisiał naprzeciw obrazu.
Rozejrzał się. Schodnia prowadząca do sterowni znajdowała się w odległości kilku metrów. O ile mógł się zorientować, bitwa czy inna przyczyna alarmu jeszcze się nie skończyła.
Machając rękami, zmienił kierunek i odbił się jedną stopą od lewitującego mężczyzny. Rzucił się w korytarz, amortyzując uderzenie ramionami — poczuł ból w prawym nadgarstku — a potem wykonał skok na rękach w stronę schodni.
Uderzył stopami w szczeble, potem zgiął się i ponownie skoczył, tym razem we właz na szczycie schodów.
Stąd już było niedaleko do ciężkiego luku sterowni. Drzwi zbrojone przeciw eksplozji i promieniowaniu, zostały zamknięte, gdy tylko wszczęto alarm. Martinez wisiał przed śluzą i lewą dłonią trzymał rączkę we framudze drzwi, a prawą uderzał w panel komunikatora.
— Tu kapitan! — krzyknął. — Otworzyć drzwi!
— Czekać — usłyszał głos Mersenne'a.
Czekać? Martinez był oburzony. A kimże jest ten czwarty porucznik? Zasmarkany kadet!
— Wpuść mnie do sterowni! — warknął.
— Czekać. — To irytujące słowo wypowiedziano bezbarwnym tonem, jakby Mersenne miał ważniejsze rzeczy na głowie niż wykonanie rozkazu kapitana.
Może i miał. Może całą uwagę poświęcał sytuacji kryzysowej.
A ileż to skupienia wymaga otwarcie tej cholernej śluzy?
Martinez czekał, zaciskając zęby. Kostki palców obejmujących uchwyt pobielały. Nagle podpłynął do niego porucznik Husayn. Krew kapiąca mu z nosa miała kształt idealnych kul; niektóre z nich przylgnęły mu do wąsów. Miał rozciętą wargę.
Nie nadano wcześniej przepisowego sygnału ostrzegającego przed zwiększoną grawitacją ani potem, przed zerową grawitacją. Prawdopodobnie nie było czasu, by wydać odpowiednie rozkazy. Martinez zastanawiał się, ilu rannych opatruje teraz doktor Xi.
Czekał prawie minutę, wreszcie śluza otworzyła się z cichym sykiem. Odepchnął się od uchwytu i popłynął ku klatce dowodzenia.
— Obejmuję dowództwo! — krzyknął.
— Kapitan Martinez obejmuje dowództwo! — potwierdził z ulgą Mersenne i już dryfował z klatki dowodzenia na swoje zwykłe stanowisko przy displejach silników.
Płynąc do klatki akceleracyjnej, Martinez rozejrzał się po sterowni. Wachtowi wpatrywali się w swoje displeje, jakby oczekiwali, że wychynie stamtąd jakiś pazurzasty stwór.