Panowie i damy [Lords and Ladies - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-354-7
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Panowie i damy [Lords and Ladies - pl]». Краткое содержание книги:
Kręgi zbożowe otwierają się wszędzie, nawet na hodowli rzeżuchy Pewseya Ogga, lat cztery.
A Magrat Garlick, czarownica, rankiem ma wyjść za mąż…
Wszystko powinno być jak we śnie.
Ale Lancrański Zespół Tańca Morris upija się przy magicznych kamieniach i elfy wracają, przynosząc ze sobą wszystko to, co tradycyjnie łączy się z ich czarowną, migotliwą krainą: okrucieństwo, porwania, złośliwość i złość, straszne morderstwa. Babcia Weatherwax i jej mały, kłótliwy sabat ma tym razem pełne ręce roboty...
Pełna obsada drugoplanowa: krasnoludy, magowie, trolle, tancerze morrisa oraz jeden orangutan. Mnóstwo trali-dida-nonny-nonny i wszędzie pełno krwi.
— Wiem. Mąż mojej prababki wyklepał ją z cynowej balii i dwóch rondli.
— Ale nie uznałaś, że należy jej to wyjaśnić?
— Nie.
Babcia kiwnęła głową.
— Zabawne — stwierdziła. — Nawet kiedy Magrat jest zupełnie inna, i tak jest taka sama.
Niania Ogg gdzieś spod fartucha wyjęła drewnianą łyżkę. Następnie zdjęła kapelusz i ostrożnie podniosła ukrytą tam salaterkę z bitą śmietaną, budyniem i galaretką[37].
— Naprawdę nie rozumiem, dlaczego ciągle podkradasz jedzenie — rzekła z wyrzutem babcia. — Gdybyś poprosiła, Verence przysłałby ci całą balię. Przecież wiesz, że nie tyka budyniu.
— Tak jest zabawniej — wyjaśniła niania. — Należy mi się trochę zabawy.
W gęstych krzakach rozległ się głośny szelest i na drogę wyskoczył jednorożec.
Był oszalały. Był wściekły. Był w świecie, do którego nie należał. I był sterowany.
O pięćdziesiąt sążni od czarownic uderzył kopytem o ziemię i potrząsnął rogiem.
— Oj! — Niania Ogg odrzuciła swój zasłużony deser. — Chodź! Tu jest drzewo, no chodź!
Babcia Weatherwax pokręciła głową.
— Nie. Tym razem nie mam zamiaru uciekać. Poprzednio jej się nie udało, więc teraz próbuje przez zwierzaka, tak?
— Popatrz tylko, jaki ma wielki róg!
— Widzę całkiem wyraźnie.
Jednorożec opuścił głowę i zaatakował. Niania Ogg podbiegła do najbliższego drzewa z nisko rosnącymi konarami i podskoczyła…
Babcia Weatherwax skrzyżowała ręce na piersi.
— Szybciej, Esme!
— Nie. Dotąd nie myślałam jasno, ale to się zmieniło. Są rzeczy, przed którymi nie muszę uciekać.
Biała sylwetka pędziła między drzewami: tysiąc funtów mięśni za dwunastoma calami lśniącego rogu. Za jednorożcem unosiła się para.
— Esme!
Czas kręgu dobiegał końca. Poza tym wiedziała już, dlaczego miała wrażenie, że umysł ją zawodzi. To pomagało. Przestała słyszeć widmowe myśli wszystkich innych Esm Weatherwax.
Być może, niektóre z nich żyły w światach rządzonych przez elfy. Albo umarły dawno temu. Albo wiodły to, co uważały za szczęśliwe życie. Babcia Weatherwax rzadko kiedy czegoś żałowała, bo żałować to roztkliwiać się nad sobą; teraz jednak pomyślała, że trochę szkoda, że nigdy nie będzie mogła się z nimi spotkać.
Być może, niektóre mają umrzeć teraz, na tej ścieżce. Cokolwiek robił człowiek, miliony jego kopii robiło inaczej. Niektóre zginą. Wyczuwała ich śmierć… śmierć Esme Weatherwax. Nie mogła ich ocalić, bo szansa nie działa w taki sposób.
Na milionie wzgórz uciekała dziewczyna; na milionie mostów dziewczyna dokonywała wyboru; na milionie dróg stała kobieta…
Każda inna, wszystkie takie same.
Jedyne, co mogła dla nich zrobić, to być sobą, tu i teraz, jak tylko potrafi najlepiej.
Wyciągnęła przed siebie rękę.
Kilkanaście stóp przed nią jednorożec trafił w niewidzialny mur. Zamachał nogami, próbując wyhamować; ciało skręciło się z bólu… Resztę drogi przejechał na grzbiecie.
— Gytho! — zawołała babcia, gdy zwierzę usiłowało się podnieść. — Zdejmij pończochy, zwiąż je w uzdę i podaj mi ostrożnie.
— Esme…
— Co?
— Nie mam na sobie pończoch, Esme.
— A co z tą śliczną parą czerwono-białych, które ci podarowałam na Noc Strzeżenia Wiedźm? Sama je zrobiłam, a wiesz, że nie znoszę robótek na drutach.
— To ciepła noc. Wolałam, no wiesz, zachować przepływ powietrza.
— Strasznie się namęczyłam przy piętach.
— Przepraszam, Esme.
— To może chociaż pobiegnij do mnie i przynieś wszystko, co znajdziesz na dnie szuflady.
— Tak, Esme.
— Ale przedtem zajrzyj jeszcze do waszego Jasona. Powiedz, żeby rozgrzał palenisko w kuźni.
Niania Ogg spojrzała z góry na wyrywającego się jednorożca. Zdawało się, że utknął — przerażony, ale niezdolny uciec od babci.
— Ależ Esme, chyba nie poprosisz naszego Jasona, żeby…
— O nic go nie poproszę. Tak jak ciebie nie proszę teraz.
Babcia Weatherwax zdjęła kapelusz i cisnęła go w krzaki. Potem, nie odrywając wzroku od zwierzęcia, sięgnęła do stalowosiwego koku i wyjęła kilka kluczowych spinek.
Kok wypuścił skręconego węża cienkich włosów; opadły jej do pasa, gdy kilka razy potrząsnęła mocno głową.
Niania obserwowała ją zafascynowana i nieruchoma. Babcia uniosła rękę i wyrwała pojedynczy włos. Jej dłonie wykonały niezwykły taniec, gdy zawiązała coś niemal zbyt cienkiego, by było widoczne. Nie zważając na groźny róg, założyła pętlę na szyję jednorożca i pociągnęła.
Szarpiąc się i wyrzucając kopytami bryły ziemi, zwierzę stanęło na nogach.
— To go nie utrzyma — ostrzegła niania Ogg, przesuwając się z drugiej strony drzewa.
— Mogłabym go utrzymać na pajęczynie, Gytho Ogg. Na pajęczej nici. No, teraz weźmie się do roboty.
— Tak, Esme.
Jednorożec uniósł głowę i zarżał.
Pół miasta patrzyło, jak babcia prowadziła jednorożca, jak kopyta ślizgały się po kamieniach. Bo kiedy mówi się coś niani Ogg, to jakby się powiedziało wszystkim. Zwierzę tańczyło na niemożliwie cienkiej uwięzi, próbowało kopać nieostrożnych, ale nie udawało mu się wyrwać.
Jason Ogg, ciągle jeszcze w swym najlepszym ubraniu, czekał nerwowo w otwartej bramie kuźni. Rozgrzane powietrze falowało nad kominem.
— Mistrzu kowalu — rzekła babcia. — Mam dla ciebie pracę.
— Tego… — odpowiedział Jason. — To przecież jednorożec, nie?
— Zgadza się.
Jednorożec zarżał znowu, łypiąc przekrwionymi oczami.
— Nikt jeszcze nigdy nie przybił podków jednorożcowi — oświadczył Jason.
— Myśl o tym jak o wielkiej chwili swego życia — odparła babcia Weatherwax.
Tłum zebrał się wkoło. Ludzie starali się wszystko widzieć i słyszeć, jednocześnie trzymając się z dala od kopyt.
Jason pogładził brodę młotem.
— Sam nie wiem…
— Posłuchaj mnie, Jasonie Ogg. — Babcia mocniej pociągnęła za włos, gdy zwierzę przebiegło dookoła niej. — Potrafisz podkuć wszystko, co ci się przyprowadzi. I jest za to cena, prawda?
Jason rzucił niani przerażone spojrzenie; łaskawie zrobiła zdumioną minę.
— Ona nic mi o tym nie mówiła — zapewniła babcia, demonstrując swą zwykłą umiejętność czytania wyrazu twarzy niani przez tył własnej głowy. Pochyliła się bliżej do Jasona. — Ceną za to, że umiesz podkuć wszystko, wszystko co ci przyprowadzą… jest to, że musisz podkuć wszystko, co ci przyprowadzą. Cena za bycie najlepszym to zawsze… zawsze to, że musisz być najlepszy. I płacisz ją, tak samo jak ja.
Jednorożec wykopał kilka cali drewna z framugi.
— Ale żelazo… — protestował Jason. — I gwoździe…
— Tak?
— Żelazo go zabije. Jeśli przybiję mu do kopyt żelazo, on umrze. Zabijanie nie należy do fachu. Nigdy niczego nie zabiłem. Całą noc męczyłem się z mrówką, ale niczego nie poczuła. Nie skrzywdzę żywego stworzenia, które nic mi nie zrobiło.
— Przyniosłaś to z mojej komody, Gytho?
— Tak, Esme.
— Podaj tutaj. A ty, Jasonie, rozgrzej ogień.
— Ale jeśli przybiję żelazo…
— Czy mówiłam coś o żelazie?
Róg wyrwał kamień z muru o stopę od głowy Jasona. Kowal zrezygnował.
— Ale musi pani go przytrzymać — ostrzegł. — Nigdy nie podkuwałem takiego rumaka bez dwóch mężczyzn i chłopca, którzy by na nim wisieli.
37
Niania Ogg także była doskonalą podnoszącą porzucone okruchy.