Panowie i damy [Lords and Ladies - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-354-7
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Panowie i damy [Lords and Ladies - pl]». Краткое содержание книги:
Kręgi zbożowe otwierają się wszędzie, nawet na hodowli rzeżuchy Pewseya Ogga, lat cztery.
A Magrat Garlick, czarownica, rankiem ma wyjść za mąż…
Wszystko powinno być jak we śnie.
Ale Lancrański Zespół Tańca Morris upija się przy magicznych kamieniach i elfy wracają, przynosząc ze sobą wszystko to, co tradycyjnie łączy się z ich czarowną, migotliwą krainą: okrucieństwo, porwania, złośliwość i złość, straszne morderstwa. Babcia Weatherwax i jej mały, kłótliwy sabat ma tym razem pełne ręce roboty...
Pełna obsada drugoplanowa: krasnoludy, magowie, trolle, tancerze morrisa oraz jeden orangutan. Mnóstwo trali-dida-nonny-nonny i wszędzie pełno krwi.
— Mogłabym ją zabić z tego miejsca.
— To prawda — przyznała babcia. — Ale to nie byłoby zabawne. Najważniejsze jest upokorzenie. Królowa przytaknęła.
— Wiesz, myślisz zupełnie jak elf.
— Sądzę, że wkrótce nadejdzie świt — powiedziała babcia. — Piękny dzień. Jasne słońce.
— Nie dość szybko.
Królowa wstała. Jej suknia zmieniła się z czerwonej w srebrzystą, odbijając światło żagwi niczym błyszczące rybie łuski. Włosy rozwinęły się, przeformowały, stały jasne jak słoma. Delikatne fale zmian popłynęły po twarzy.
— Co o tym myślisz? — spytała.
Wyglądała jak Magrat. A raczej tak jak Magrat chciałaby wyglądać, może tak jak myślał o niej Verence. Babcia kiwnęła głową — jak prawdziwa specjalistka, poznawała u innej doskonałą złośliwość.
— Chcesz się z nią spotkać w tej postaci?
— Oczywiście. Ostatecznie. Na końcu. Ale nie żałuj jej. Ona tylko umrze. Czy chcesz, żebym ci pokazała, kim mogłaś się stać?
— Nie.
— Mogę to zrobić bez trudu. Istnieją czasy inne niż ten. Mogę ci pokazać prababkę Weatherwax.
— Nie.
— To musi być straszne: wiedzieć, że nie masz przyjaciół. Że nikt się nie przejmie, kiedy umrzesz. Że nigdy nie poruszyłaś niczyjego serca.
— Tak.
— Jestem pewna, że o tym myślisz… w te długie wieczory, kiedy jedynym towarzystwem jest tykający zegar i chłód pokoju, a ty otwierasz pudełko i patrzysz na…
Królowa machnęła łaskawie ręką, kiedy babcia spróbowała się wyrwać.
— Nie zabijajcie jej — powiedziała. — Żywa jest dużo zabawniejsza.
Magrat wbiła miecz w błoto i sięgnęła po topór.
Las napierał z obu stron. Elfy na pewno przejdą tą drogą.
Wydawało się, że są ich setki, a tylko jedna Magrat Garlick.
Wiedziała, że istnieje coś takiego jak heroiczna walka. Pieśni, ballady, baśnie i poematy pełne były opowieści o samotnym bohaterze, który w pojedynkę atakował i pokonywał wielką liczbę wrogów. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że to jednak tylko pieśni, ballady, baśnie i poematy; mówiły o rzeczach, które są — wyrażając się oględnie — nieprawdziwe.
Teraz, kiedy się nad tym zastanowiła, nie mogła sobie przypomnieć ani jednego przykładu z historii.
Elf ukryty między drzewami uniósł łuk i wymierzył starannie.
Jakaś gałązka trzasnęła za jego plecami. Odwrócił się.
Kwestor uśmiechnął się promiennie.
— Siup-stokrotka, stary portku. Fasola mi przecieka.
Elf przesunął łuk.
Para chwytnych stóp opadła spośród listowia, chwyciła go za ramiona i mocno szarpnęła w górę. Coś trzasnęło, kiedy głowa uderzyła od dołu o konar.
— Uuk!
— Ruszaj dalej!
Po drugiej stronie ścieżki celował inny elf. A nagle świat od niego odpłynął…
Oto wnętrze umysłu elfa:
Są tu normalne zmysły w liczbie pięciu, ale wszystkie podlegają szóstemu zmysłowi. Na Dysku nie ma on oficjalnej nazwy, ponieważ sita jest tak słaba, że widzą ją tylko spostrzegawczy kowale — i nazywają miłością żelaza. Żeglarze mogliby ją odkryć, gdyby nie o wiele bardziej niezawodne, stojące pole magiczne Dysku. Ale pszczoły ją wyczuwają, ponieważ pszczoły wyczuwają wszystko. Gołębie kierują się według niej. I wszędzie w multiwersum elfy zawsze dokładnie wiedzą, gdzie się znajdują.
To trudne dla istot ludzkich, wiecznie przedzierających się przez niewygodną geografię. Ludzie zawsze są odrobinę zagubieni. To ich podstawowa cecha. I wiele wyjaśnia na ich temat.
Elfy nigdy się nie gubią. To ich podstawowa cecha. I wiele wyjaśnia na ich temat.
Elfy z absolutną dokładnością znają swoje położenie. Przepływ srebrzystych linii siły mgliście obrysowuje świat. Istoty żywe same generują niewielkie jej ilości i są dostrzegalne w zawirowaniach. Ich mięśnie iskrzą od tej siły, umysły brzęczą od niej. Dla tych, którzy się tego nauczyli, nawet myśli są czytelne dzięki minimalnym, lokalnym zmianom przepływu.
Dla elfa szmat jest czymś, co można chwycić i wziąć. Z wyjątkiem strasznego metalu, który wypija tę siłę, deformuje wszechświat przepływu niczym ołowiany ciężar na gumowej membranie. Oślepia elfy, ogłusza je, pozostawia zagubione i bardziej samotne, niż człowiek to mógłby pojąć…
Elf runął na twarz.
Myślak Stibbons opuścił miecz.
Właściwie nikt by się dłużej nad tym nie zastanawiał. Ale los skazał nieszczęsnego Myślaka na poszukiwanie wzorców w obojętnym świecie.
— Przecież tylko go dotknąłem — wymruczał do nikogo prócz siebie.
— „I całowałem ją pod krzakami, gdzie słowiki”… No, śpiewać mi tu! Dwa, trzy!
Nie wiedzieli, gdzie się znaleźli. Nie wiedzieli, gdzie byli wcześniej. Nie byli całkiem pewni, kim są. Ale członkowie Lancrańskiego Zespołu Tańca Morris osiągnęli taki stan, w którym łatwiej było kontynuować, niż przerwać. Śpiew przyciągał elfy, ale też je fascynował…
Tancerze wirowali, skakali, kołysali się i przebiegali po ścieżkach. Tańczyli przez odosobnione sioła, gdzie elfy pozostawiły tych, których dręczyły. Skupiali się razem w świetle płonących domów…
— „Śpiewają… WAL… lala-di-do-la, śpiewają to-ra-lilaj!”. Sześć kijów dokonało dzieła, idealnie w rytmie.
— Gdzie idziemy, Jason?
— Chyba minęliśmy już Oślizłą Kotlinę i skręcamy w stronę miasta — odparł Jason, przebiegając obok Piekarza. — Nie przerywaj, Woźnica!
— Deszcz zmoczył zapadki!
— Nieważne! I tak nie zauważą różnicy! Jak na muzykę ludową, całkiem wystarczy!
— Jason, na tym ostatnim złamałem kij!
— Bylebyś tańczył, Druciarz! A teraz, chłopaki… Spróbujmy Zbierania strąków. Możemy trochę poćwiczyć, skoro i tak…
— Jacyś ludzie przed nami — oznajmił Tkacz, przesuwając się obok. — Widzę pochodnie i w ogóle.
— Prawdziwi ludzie, dwa, trzy, czy znowu elfy?
— Nie wiem!
Jason okręcił się i zatańczył tyłem.
— To ty, Jason? — usłyszał.
Wybuchnął śmiechem, aż echo poniosło między mokrymi drzewami.
— To nasza mama! I nasz Shawn! I… i mnóstwo ludzi! Udało się, chłopaki!
— Jason — odezwał się Woźnica.
— Co?
— Nie jestem pewien, czy potrafię przerwać!
Królowa obejrzała swą twarz w zwierciadle umocowanym do masztu namiotu.
— Po co? — zdziwiła się babcia. — Co takiego widzisz? — To, co chcę zobaczyć — odparła Królowa. — Wiesz dobrze. A teraz… Jedźmy do zamku. Zwiążcie jej ręce, ale nogi zostawcie wolne.
Znów padał deszcz, niezbyt gęsty; w pobliżu kamieni zmieniał się w deszcz ze śniegiem. Woda ściekała Magrat po włosach i chwilowo rozplątywała supły.
Mgła kłębiła się wokół drzew, gdzie walczyły ze sobą zima i lato.
Magrat patrzyła, jak elfi dwór dosiada wierzchowców. Zauważyła Verence’a poruszającego się jak marionetka. I babcię Weatherwax przywiązaną na długim sznurze za koniem Królowej.
Końskie kopyta rozpryskiwały błoto. Zwierzęta miały na uprzężach srebrne dzwonki — całe mnóstwo.
Elfy w zamku, noc duchów i cieni — wszystko to było tylko twardym guzem w jej pamięci. Ale brzęk dzwonków był niczym pilnik przeciągnięty po zębach.
Kilkanaście stóp od niej Królowa zatrzymała orszak.