Panowie i damy [Lords and Ladies - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-354-7
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Panowie i damy [Lords and Ladies - pl]». Краткое содержание книги:
Kręgi zbożowe otwierają się wszędzie, nawet na hodowli rzeżuchy Pewseya Ogga, lat cztery.
A Magrat Garlick, czarownica, rankiem ma wyjść za mąż…
Wszystko powinno być jak we śnie.
Ale Lancrański Zespół Tańca Morris upija się przy magicznych kamieniach i elfy wracają, przynosząc ze sobą wszystko to, co tradycyjnie łączy się z ich czarowną, migotliwą krainą: okrucieństwo, porwania, złośliwość i złość, straszne morderstwa. Babcia Weatherwax i jej mały, kłótliwy sabat ma tym razem pełne ręce roboty...
Pełna obsada drugoplanowa: krasnoludy, magowie, trolle, tancerze morrisa oraz jeden orangutan. Mnóstwo trali-dida-nonny-nonny i wszędzie pełno krwi.
— Co się dzzziało, kiedy mnie nie było?
— No wiesz — zaczęła niania. — Magrat walczyła z…
— Och, wiedziałam, że to zzzrobi. Zzzałatwiliście już ślub?
— Ślub? — Cała trójka wymieniła zdumione spojrzenia.
— Oczywiście, że nie! — zawołała Magrat. — Brat Perdore ze Zdziwionych Dnia Dziewiątego miał przeprowadzić ceremonię, ale jakiś elf go dopadł. Zresztą ludzie i tak…
— Żadnych usprawiedliwień — oświadczyła stanowczo babcia. — Zresztą starszy mag może bez żadnego kłopotu zająć się ceremonią. Mam rację?
— Ja… Ja… Chyba tak — przyznał Ridcully, który zaczynał nie nadążać za wydarzeniami na świecie.
— Słusznie. Mag to w końcu kapłan, tyle że bez boga i bez wilgotnych dłoni.
— Ale przecież połowa gości uciekła! — zawołała Magrat.
— Zagonimy nowych.
— Pani Scorbic nie zdąży z przyjęciem weselnym!
— Będziesz jej musiała nakazać.
— Nie ma druhen!
— Wystarczymy my dwie.
— Ani sukni!
— A co masz na sobie?
Magrat spojrzała na pordzewiałą kolczugę, oblepiony błotem pancerz i kilka wilgotnych strzępków białego jedwabiu, który wisiał na metalu jak podarty kasak.
— Jak dla mnie, wyglądasz całkiem dobrze — uznała babcia. — Niania zajmie się fryzurą.
Magrat odruchowo zdjęła z głowy skrzydlaty hełm i przygładziła włosy. Drobne gałązki i kawałki wrzosu wplątały się w nie z łamiącą grzebienie złożonością. Jej fryzura nigdy nie wyglądała dobrze nawet przez pięć minut, ale teraz przypominała raczej ptasie gniazdo.
— Myślę, że je tak zostawię — powiedziała. Babcia z aprobatą kiwnęła głową.
— Bardzo słusznie — stwierdziła. — Nieważne, co masz, ale jak to zdobyłaś. W takim razie jesteśmy właściwie gotowe. Niania szepnęła jej coś do ucha.
— Co? A tak. Gdzie pan młody?
— Jest trochę nieswój — poskarżyła się Magrat. — Nie wiem, co mu się stało.
— To całkiem normalne — zapewniła ją niania. — Po wieczorze kawalerskim.
Były też inne trudności.
— Potrzebny jest pierwszy drużba.
— Uuk. — Dobrze, ale przynajmniej włóż coś na siebie.
Pani Scorbic, kucharka, założyła swe potężne, różowe ramiona na piersi. — To niemożliwe — oznajmiła stanowczo.
— Myślałam, że może jakieś sałatki, tarty, jakieś lekkie… — zaczęła prosząco Magrat.
Pani Scorbic dumnie wysunęła pokryty szczeciną podbródek.
— Elfy wywróciły całą kuchnię do góry nogami — wyjaśniła. — Parę dni będę musiała tu robić porządek. Zresztą wszyscy wiedzą, że surowe jarzyny szkodzą, a ja nie chcę mieć nic wspólnego z tymi jajecznymi zapiekankami.
Magrat spojrzała błagalnie na nianię Ogg; babcia Weatherwax poszła do ogrodu, by usunąć z organizmu skłonność do wtykania nosa w kwiaty.
— Nic nie poradzę — zastrzegła się niania. — To nie moja kuchnia, kochana.
— Nie. Jest moja. Robię tu za kucharkę od lat — oświadczyła pani Scorbic. — Wiem, jak się co podaje i żadna koza nie będzie się rządzić w mojej własnej kuchni.
Magrat przygarbiła się, załamana. Niania Ogg stuknęła ją w ramię.
— Myślę, że teraz może ci się przydać — stwierdziła i wręczyła jej skrzydlaty hełm.
— Król zawsze był zadowolony z… — zaczęła pani Scorbic. Coś szczęknęło. Pani Scorbic spojrzała wzdłuż łożyska kuszy prosto w zimne oczy Magrat.
— Do roboty! — powiedziała cicho królowa Lancre. — Zrób mi tarte.
Verence siedział w nocnej koszuli, z głową opartą na dłoniach. Niewiele pamiętał z minionej nocy oprócz uczucia chłodu. I nikt jakoś nie chciał mu nic zdradzić.
Cicho zgrzytnęły otwierane drzwi.
Uniósł głowę.
— Cieszę się, że już wstałeś — powitała go babcia Weatherwax. — Przyszłam pomóc ci się ubrać.
— Przejrzałem garderobę — odparł Verence. — Elfy… to były elfy, prawda? Splądrowały tu wszystko. Nie mam co na siebie włożyć.
Babcia rozejrzała się, po czym sięgnęła do niskiego kufra i otworzyła wieko. Zabrzmiał cichy brzęk dzwoneczków, błysnęła czerwień i żółć.
— Podejrzewałam, że tego nie wyrzucisz — stwierdziła. — Nie przytyłeś, więc będzie pasować. Śmiej się, pajacu. Magrat będzie zachwycona.
— O nie — rzeki Verence. — W tej sprawie będę stanowczy. Jestem teraz królem. To by było poniżające dla Magrat, gdyby miała poślubić błazna. Muszę dbać o swoją reputację, dla dobra państwa. Poza tym jest jeszcze coś takiego jak duma.
Babcia przyglądała mu się nieruchomo, aż zaczął się kręcić.
— No, przecież jest…
Babcia kiwnęła głową i podeszła do drzwi.
— Dlaczego pani wychodzi? — zapytał nerwowo Verence.
— Nie wychodzę. Chciałam tylko zamknąć drzwi.
Potem zdarzył się jeszcze incydent z koroną. Ceremonie i protokoły królestwa Lancre zostały w końcu odnalezione po szybkim przeszukaniu pokoju Verence’a. Procedura była tam opisana całkiem wyraźnie: nową królową koronował sam król, w ramach uroczystości ślubnej. Czynność nie była technicznie trudna dla żadnego władcy, który wiedział, który koniec królowej jest którym. Nawet najmniej inteligentni dochodzili do tego najdalej w drugiej próbie.
Myślak Stibbons miał jednak wrażenie, że rytuał zaciął się trochę w tym punkcie.
Zdawało się, że kiedy król miał właśnie włożyć koronę na głowę małżonki, spojrzał poprzez salę w stronę starej, chudej czarownicy. I prawie wszyscy obecni też na nią spojrzeli, nie wyłączając panny młodej.
Stara czarownica ledwie dostrzegalnie skinęła głową.
Magrat została koronowana.
Tra la la, dzyń, dzyń i tak dalej.
Państwo młodzi stali obok siebie, ściskając ręce stojącym w długim rzędzie gościom. Byli trochę nieprzytomni, co jest normalne w tym punkcie ceremonii.
— Na pewno będziecie bardzo szczęśliwi…
— Dziękujemy.
— Uuk!
— Dziękujemy.
— Przybić to do kontuaru, lordzie Ferguson, i niech licho porwie mleczarzy!
— Dziękujemy.
— Czy mogę pocałować pannę młodą?
Z pewnym opóźnieniem Verence zdał sobie sprawę, że zwraca się do niego powietrze. Spojrzał w dół.
— Przepraszam bardzo — powiedział. — Pan…?
— Oto moja karta. — Casanunda podał mu wizytówkę. Verence przeczytał i uniósł brew.
— Aha — wymruczał. — Tego… niech mnie… no, no, no… numer drugi, tak?
— Ale się staram — zapewnił Casanunda.
Verence rozejrzał się niepewnie, po czym schylił się tak, że jego usta znalazły się przy uchu krasnoluda.
— Czy za chwilę moglibyśmy zamienić kilka słów?
Członkowie Lancrańskiego Zespołu Tańca Morris po raz pierwszy spotkali się wszyscy na przyjęciu. Trudno im było ze sobą rozmawiać. Niektórzy, mówiąc, odruchowo podskakiwali i przykucali.
— No dobra — zaczął Jason. — Ktoś pamięta?
— Pamiętam początek — odparł Krawiec, drugi tkacz. — Dokładnie pamiętam początek. I taniec w lesie. Ale Rozrywka…