Panowie i damy [Lords and Ladies - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-354-7
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Panowie i damy [Lords and Ladies - pl]». Краткое содержание книги:
Kręgi zbożowe otwierają się wszędzie, nawet na hodowli rzeżuchy Pewseya Ogga, lat cztery.
A Magrat Garlick, czarownica, rankiem ma wyjść za mąż…
Wszystko powinno być jak we śnie.
Ale Lancrański Zespół Tańca Morris upija się przy magicznych kamieniach i elfy wracają, przynosząc ze sobą wszystko to, co tradycyjnie łączy się z ich czarowną, migotliwą krainą: okrucieństwo, porwania, złośliwość i złość, straszne morderstwa. Babcia Weatherwax i jej mały, kłótliwy sabat ma tym razem pełne ręce roboty...
Pełna obsada drugoplanowa: krasnoludy, magowie, trolle, tancerze morrisa oraz jeden orangutan. Mnóstwo trali-dida-nonny-nonny i wszędzie pełno krwi.
— Nianiu…
— Słucham, kochanie.
— Czy wiesz coś o liście?
— Jakim liście?
— Do Verence’a.
— Nic nie wiem o liście do Verence’a.
— Musiał go dostać całe tygodnie przed naszym powrotem. Musiała go wysłać, zanim jeszcze dotarłyśmy do Ankh-Morpork.
Niania Ogg wyglądała — o ile Magrat mogła to ocenić — na szczerze zdumioną.
— Do licha — powiedziała Magrat. — Chodzi mi o ten list. — Wyjęła go spod pancerza. — Widzisz? Niania Ogg zaczęła czytać.
„Drogi sire, chcę poinformować, iże Magrat Garlick do Lancre powraca w bądź około Wtorku Ślepego Prosięcia. Yest onaż Zmokłą Kurą, ale czysta yest i Zęby ma Zdrowe. Yeśli życzysz sobie poślubić yą, zacznij więc sprawy załatwiać beze zwłoki, bo gdy zwykle oświadczysz się i podobne, prawdziwy Taniec onaż zacznie, albowiem nikt lepiey od Magrat nie potrafi przeszkadzać sobie w życiu. Sama nie wie, czegóż by chciała. Tyś Królem yest i czynić możesz, co zechcesz. Musisz postawić yą przede Fate Accompli. PS. Słyszałam, iże mówi się o nałożeniu podatku na czarownice. Żaden Król Lancre nie próbował tego od wielu lat. Korzystay więc z ich przykładu. Oddanaż i w zdrowiu dobrem (chwilowo). ŻYCZLIWA.”
Tykanie zegara przeszywało koc ciszy.
Niania Ogg obejrzała się, by zerknąć na tarczę.
— Ona to zorganizowała — powiedziała Magrat. — Sama wiesz, jaki jest Verence. Przecież nawet nie próbowała specjalnie ukryć, kto pisze. Prawda? Wróciłam i wszystko już było załatwione…
— A co byś zrobiła, gdyby nic nie było załatwione? — spytała niania. Magrat zaniemówiła na moment.
— No więc… Ja… Przecież gdyby on… Ja bym…
— Wychodziłabyś dzisiaj za mąż, tak? — Niania mówiła teraz z roztargnieniem, jakby myślała o czymś innym.
— No, to zależy od…
— Ale chcesz tego?
— Hm… tak, oczywiście, ale…
— No to ślicznie — podsumowała niania głosem, jakiego używała w rozmowach z dziećmi.
— Tak, ale ona pchnęła mnie do tego, i zamknęła mnie w zamku, a ja miałam tego…
— Byłaś tak wściekła, że stanęłaś do walki z Królową. Uderzyłaś ją. Dobra robota. Dawna Magrat by się na to nie odważyła, prawda? Esme zawsze dostrzegała sedno spraw. A teraz wyjrzyj no za kuchenne drzwi, kochana, i zobacz, czy znajdziesz zapas drewna.
— Ale ja jej nienawidziłam, nienawidziłam, a teraz ona nie żyje!
— Tak, kochanie. Idź i sprawdź, ile jest opału.
Magrat otworzyła usta, by wyrzucić z siebie: „Tak się składa, że jestem tu prawie królową”, ale zrezygnowała. Zamiast tego wstała z godnością i wyszła na podwórze.
— Stos drewna jest całkiem wysoki — oznajmiła, kiedy wróciła i wytarła nos. — Wygląda, jakby niedawno go ułożyła.
— A wczoraj nakręciła zegar — dodała niania. — Puszka z herbatą też jest pełna, przed chwilą sprawdziłam.
— I co?
— Nie była pewna — mruknęła niania. — Hm.
Otworzyła zaadresowaną do siebie kopertę. Była większa i bardziej płaska od tej, która kryła testament. Zawierała pojedynczy arkusz kartonu.
Niania przeczytała i upuściła go na stół.
— Chodźmy! — powiedziała. — Nie ma wiele czasu.
— Co się stało?
— Zabierz cukiernicę! — Niania szarpnięciem otworzyła drzwi i pobiegła do miotły. — No chodź!
Magrat podniosła kartkę. Napis był znajomy, widziała go już wiele razy, kiedy niezapowiedziana odwiedzała chatkę babci. Brzmiał:
NIE JESTEM MARTFA.
— Stój! Kto idzie?
— Co robisz na straży z ręką na temblaku, Shawn?
— Obowiązek wzywa, mamo.
— W takim razie wpuść nas natychmiast.
— A jesteś Przyjacielem czy Wrogiem, mamo?
— Shawn, jest tu ze mną prawie królowa Magrat!
— Tak, ale musicie…
— Natychmiast!
— Ojej, mamo!
Magrat usiłowała dotrzymać kroku biegnącej po korytarzach niani.
— Mag miał rację. Ona była martwa. Nie dziwię się, że wciąż masz nadzieję, ale naprawdę potrafię odróżnić tych, którzy nie żyją.
— Nie, nie potrafisz. Pamiętam, parę lat temu przybiegłaś do mnie we łzach, a okazało się, że ona tylko Pożyczała. Wtedy zaczęła używać tej kartki.
— Ale…
— Nie była pewna, co się stanie — powiedziała niania. — To mi wystarczy.
— Nianiu…
— Nigdy nie wiesz, dopóki się nie przyjrzysz — rzekła niania Ogg, wykładając swą własną Zasadę Nieoznaczoności.
Kopniakiem otworzyła drzwi do wielkiego holu.
— Co się tu dzieje?
Ridcully poderwał się z fotela, wyraźnie zakłopotany.
— Pomyślałem, że może nie należy zostawiać jej teraz samej…
— Coś podobnego! — Niania objęła spojrzeniem żałobną scenę. — Świece i lilie… Założę się, że kwiaty sam pan pozrywał w ogrodzie. A potem zamknął ją pan w murach.
— No…
— I nikt nawet nie pomyślał, żeby zostawić otwarte choć jedno okno! Czy pan ich nie słyszy, panie magu?
— Czego nie słyszę?
Niania rozejrzała się szybko i chwyciła srebrny lichtarz.
— Nie!
Magrat wyrwała go z jej dłoni.
— Tak się składa… — wzięła zamach — …że to już prawie… — wymierzyła — …mój zamek.
Lichtarz pofrunął, wirując w powietrzu. Trafił w wielki witraż pośrodku ściany.
Jasne światło słońca sięgnęło stołu, poruszając się wyraźnie w powolnym polu magicznym Dysku. A w jego promieniach, niczym piasek przez lejek, kaskadą spłynęły pszczoły.
Rój osiadł na głowie babci Weatherwax niby bardzo niebezpieczna peruka.
— Co wy… — zaczął Ridcully.
— Będzie się przechwalać przez całe tygodnie — stwierdziła niania. — Nikt jeszcze nie dokonał tego z pszczołami. Ich umysł jest wszędzie, rozumie pan? Nie w jednej pszczole, ale w całym roju.
— Co pani…
Babcia Weatherwax poruszyła palcami. Drgnęły jej powieki. Bardzo powoli usiadła. Z pewnym wysiłkiem skupiła wzrok na Magrat i niani Ogg.
— Chzzzę buzzzzkiet kwiazzztów, garnek mzzzziodu i kogozzzś do uzzzżądlenia.
— Przyniosłam cukiernicę, Esme — poinformowała niania.
— Dodaj trochę wozzzzdy i wylej dla nich na zzzztół. Spojrzała tryumfalnie, gdy niania Ogg wybiegła.
— Zzzzrobiłam to zzzz pszzzczołami. Nikt nie potrafi zzzz pszzzczołami, a ja tak! Potem umyzzzł czzzłowiekowi fruwa na wszzzyzzztkie zzzztrony! Trzzzeba być naprawdę dobrym, żzzeby się udało zzz pszzzczołami.
Niania Ogg wróciła i rozlała na blacie cukrowy syrop. Rój wylądował.
— Ty żyjesz? — wykrztusił Ridcully.
— Oto zzzalety uniwerzzzyteckiego wykszzztałcenia — mruknęła babcia, masując sobie ramiona. — Wyzzztarczy, że się siedzzzzi i rozzzmawia przezzzz pięć minut, a już potrafią odgadnąć, żzze czzzłowiek żzzzzyje.
Niania Ogg podała jej kubek wody. Przez moment wisiał w powietrzu, po czym rozbił się o podłogę, ponieważ babcia próbowała go chwycić piątą nogą.
— Przzzepraszzzzam.
— Wiedziałam, że nie byłaś pewna — powiedziała niania.
— Pewna. Oczzzywiście, żzze byłam pewna. Nie miałam zzzupełnie żzzadnych wątpliwości.
Magrat przypomniała sobie testament.
— Nie wątpiłaś? Ani przez chwilę?
Babcia Weatherwax miała dość przyzwoitości, by nie patrzeć jej w oczy. Zamiast tego zatarła ręce.