Zaginiona Ewangelia
- Автор: Уоллес Ирвин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zaginiona Ewangelia». Краткое содержание книги:
– Tak, bardzo.
– Wychowałem się w Rouen – mówił dalej Aubert. – W rodzinie bardzo luźno związanej z katolicyzmem. Rodzice byli nauczycielami i hołdowali religii tylko w minimalnym stopniu, właściwie można by ich nazwać wolnomyślicielami, racjonalistami. Pamiętam, że obok Biblii stał u nas zawsze na półce egzemplarz Życia Jezusa Ernesta Renana, un livre qui a fait sensation, mais qui est charmant. Och, proszę wybaczyć, chciałem powiedzieć, że była to sensacyjna książka, w której autor czarująco przekonywał, że cztery ewangelie to tylko legendy, cuda Chrystusa nie wytrzymują konfrontacji z nauką i są jedynie mitami, a historia zmartwychwstania pochodziła z imaginacji Marii Magdaleny. Ma pan więc obraz mojej młodości… Biblia, a obok Renan. W pewnym momencie nie mogłem już dłużej utrzymać tej ambiwalentnej i schizofrenicznej w istocie postawy.
– Kiedy to było? – zapytał Randall. Podano aperitify, łyknął więc pastis i czekał.
– Zmiana nastąpiła, gdy rozpocząłem studia na politechnice, gdzie zacząłem od radioelektryczności, by potem skoncentrować się na chemii. Kiedy już byłem naukowcem pełną gębą, zerwałem z religią do końca. Uznałem, że to merde, i zmieniłem się w zimnego sukinsyna. Wie pan na pewno, jak to jest, gdy się odnajduje coś nowego, nowe podejście, człowiek ma wtedy skłonność do przesady. Kiedy już zdecydowałem się porzucić wiarę i ufać tylko podejściu naukowemu, zacząłem szanować i akceptować wyłącznie to, co można było zbadać w laboratorium, co można było zobaczyć, usłyszeć, poczuć lub przyjąć na logikę. Po ukończeniu studiów trwałem w tej postawie, pracowałem i żyłem wyłącznie w perspektywie teraźniejszości, naszego czasu tu, na ziemi. Nie interesowało mnie życie pozagrobowe. Moją religią stał się fakt, a Bóg, Syn Boży, piekło i niebo to nie były fakty.
Aubert przerwał, pociągnął łyk aperitifu i zachichotał jakby do siebie.
– Skoro mowa o niebie, przypomniało mi się, jak kiedyś zaatakowałem koncepcję nieba za pomocą naukowej logiki. Napisałem dla naszej gazety studenckiej krótką pseudonaukową rozprawę, analizując w niej możliwość pójścia do nieba. Zająłem się danymi na temat rozmiarów nieba, jedynymi jakie istnieją. Święty Jan w Apokalipsie pisze tak: „I zmierzył Miasto trzciną poprzez dwanaście tysięcy stadiów: długość, szerokość i wysokość jego są równe". Innymi słowy, niebo to doskonały sześcian o boku tysiąca pięciuset mil… używając miary amerykańskiej. Wyliczyłem więc, że zajmuje ono obszar pięciuset kwintylionów stóp sześciennych. Na każdego człowieka, który poszedł do nieba, trzeba liczyć dziesięć stóp sześciennych, żeby mógł stać wyprostowany, co oznaczało, że w niebie może się pomieścić zaledwie pięćdziesiąt kwintylionów ludzi. Jednak od czasów Jana żyło na ziemi i umarło już ponad trzysta sześć sekstylionów ludzi, którzy mieli nadzieję znaleźć się w niebie. Czyli o wiele, wiele więcej, niż mogło się tam zmieścić. Właściwie to przeludnienie w niebie nastąpiło już wieki temu. I co pan na to?
– Załatwił ich pan – odparł Randall ze śmiechem. – Bardzo sprytne.
– Nawet za bardzo – powiedział Aubert. – Bo na końcu okazało się, że to ja zostałem załatwiony. Oczywiście moje naukowe zacięcie było godne podziwu, lecz moja znajomość Biblii pozostawiała wiele do życzenia. W następnym numerze naszego pisma ukazał się zgryźliwy list profesora teologii z Institut Catholique w Paryżu, który zbeształ mnie za niedokładne przeczytanie Nowego Testamentu. Święty Jan opisywał bowiem nie niebo na wysokościach, lecz tu, na ziemi: „I ujrzałem niebo nowe i ziemię nową". Ta wizja nieba była Nową Jerozolimą, prawdziwym Izraelem, z jego dwunastoma bramami i rzekami, i miało tam zamieszkać tylko „dwanaście pokoleń synów Izraela". Rozmiary tego miasta były więc wystarczające i nie groziło mu przeludnienie. Była to dla mnie nauczka, żeby nie starać się przykładać do Biblii miary naukowej. Lecz oczywiście nie przekonało mnie to, że takie miejsce jak niebo w ogóle może istnieć.
– Podejrzewam, że bardzo wielu ludzi nie jest przekonanych o jego istnieniu – rzekł Randall. – W końcu nie wszyscy są fundamentalistami. Całkiem sporo ludzi, nawet pośród wierzących, nie odczytuje Biblii dosłownie.
– Wciąż jednak nazbyt wielu wierzy w niebo, życie pozagrobowe, osobowego Boga i wszystkie te stare przesądy – stwierdził Aubert. – Nie jest to wiara zrodzona z rozsądku, lecz ze strachu, oni się boją nie wierzyć. Lękają się mieć wątpliwości. Ja zawsze miałem wątpliwości, monsieur Randall. Nie chciałem wierzyć i poddać się czemuś, czego nie akceptował mój sceptyczny umysł. Ten sceptycyzm ściągnął na mnie poważne kłopoty, kiedy się ożeniłem z Gabrielle.
– Jak długo jest pan żonaty, profesorze? – zapytał Randall.
– Właśnie minęło dziewięć lat. Moja żona pochodzi ze skrajnie ortodoksyjnej, żyjącej w bojaźni bożej, katolickiej rodziny. Jest głęboko wierząca, tak jak jej rodzice, którzy oboje żyją i którzy bardzo ją zdominowali, szczególnie ojciec. To jeden z najbogatszych przemysłowców i członek świeckiej hierarchii Kościoła rzymskokatolickiego w Europie. Jest jednym z przywódców Prałatury Świętego Krzyża i Opus Dei, nazywanej potocznie Opus Dei, dzieło Boże. Mniej potocznie i mniej oficjalnie znanej jako Octopus Dei, czyli ośmiornica Boża, ewentualnie Święta Mafia. – Profesor zerknął na Randalla. – Słyszał pan o Opus Dei?
– Nie… nie sądzę.
– A więc krótko. Opus Dei założył w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym ósmym w Madrycie hiszpański prawnik, który został księdzem. José Maria Escriv? de Balaguer. Jest to właściwie elitarne i na wpół tajne stowarzyszenie świeckich katolików, ale skupia także księży, stawiające sobie za cel rechrystianizację świata zachodniego. Wymaga ono od swych członków… z których zaledwie dwa procent to księża… by prowadzili życie w duchu chrześcijańskim, według nakazów Ewangelii. Ruch rozprzestrzenił się z Hiszpanii na cały świat, do Francji, Stanów Zjednoczonych i siedemdziesięciu innych krajów, aż w końcu Watykan musiał go uznać i podjąć z nim współpracę. Opus Dei liczy prawdopodobnie… któż to wie naprawdę… sto tysięcy członków, a może dwukrotnie więcej. Starają się wpływać na gospodarkę, na rządy i politykę, na edukację młodzieży. Ja ich nazywam świeckimi jezuitami. Składają śluby ubóstwa, posłuszeństwa i czystości, które jednakże dla takich ludzi jak mój teść interpretowane są inaczej. Bogaci powinni na przykład wierzyć w cnotę ubóstwa, lecz mogą pozostać bogaci, należy okazywać posłuszeństwo Bogu, ale w razie konieczności można zachować się w sposób niegodny, trzeba żyć w duchu czystości, ale można mieć żonę i dzieci czy nawet kochankę, ponieważ, jak to oni mówią „Czystość to nie celibat". Ma pan teraz obraz mojego teścia i atmosfery, w jakiej wychowywała się Gabrielle. Rozumie pan?
– Tak, rozumiem – odparł Randall, zastanawiając się, dlaczego Aubert mu o tym wszystkim mówi.
– A więc żona z Opus Dei, a mąż od Renana – ciągnął Aubert. – Kiepska chemia. Byliśmy dla siebie stworzeni, gdyby nie ten konflikt. W ostatnich latach coraz poważniej nabrzmiewała między nami kwestia dzieci. Kościół mówi: rozmnażajcie się. Opus Dei mówi: rozmnażajcie się. Mój teść to samo. W Księdze Rodzaju napisano: „Bądźcie płodni i mnóżcie się i zaludniajcie ziemię". Więc moja żona, skądinąd subtelna kobieta, musi mieć dzieci, i to nie jedno czy dwoje, tylko wiele. Ja natomiast pozostałem naukowcem, świadomym zagrożenia nuklearnego, znającym dane na temat przeludnienia, a poza tym nie mogłem pozwolić, żeby jakaś organizacja, która z uporem sprzeciwia się kontroli urodzin, dyktowała mi, co mam robić. Nie chciałem być przyczyną pojawienia się na świecie kolejnych dzieci, nawet jednego dziecka. Rok temu sytuacja stała się poważna. Żona pod naciskiem rodziców zaczęła się domagać potomstwa. Nie zgodziłem się. Mój teść zaczął namawiać Gabrielle, żeby wystąpiła o unieważnienie małżeństwa. Nie chciała tego, ale chciała mieć dziecko. Ja także tego nie chciałem, ale nie chciałem też dziecka. Szczerze mówiąc, raczej nie przepadałem za dziećmi. Mon Dieu, byliśmy w ślepej uliczce, ale takiej, która mogła skończyć się rozwodem. I wtedy coś się wydarzyło, właściwie to mnie przydarzyło się coś takiego, co rozwiązało konflikt i uratowało moje małżeństwo.