Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]
- Автор: Мартин Джордж Рэймонд Ричард
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7298-540-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]». Краткое содержание книги:
Gwen jest obecnie związana z Jaanem Vikarym, jednym z dumnych Kavalarów, którzy władają Worlornem zgodnie ze swym opartym na przemocy kodeksem. Gdy jednak planeta pogrąża się w mroku, ich brutalna, pusta cywilizacja zaczyna się załamywać.
„Światło się mroczy” to powieść zawierająca piękny opis obcych światów i kultur, to mroczna opowieść o przemocy, złamanych obietnicach, samozniszczeniu i obsesyjnej lojalności.
Garse Janacek spał na podłodze. Był nagi do pasa, a rudą brodę upstrzyły mu jeszcze jaskrawsze plamy czerwonego wina. Rozdziawił szeroko usta i śmierdział tak samo jak cały pokój. Chrapał głośno, ściskając w ręku pistolet laserowy. Dirk zauważył, że koszula Kavalara leży zwinięta w kłębek w kałuży wymiocin, którą Janacek bez przekonania starał się wytrzeć.
Dirk ostrożnie okrążył śpiącego i wyjął pistolet z jego bezwładnych palców. Teyn Vikary’ego nie był bynajmniej takim żelaznym Kavalarem, za jakiego miał go Jaan.
Na prawej ręce Janacek nadal miał żelazo i świeciki. Kilka czerwono-czarnych klejnotów wyrwano z oprawy. Puste otwory po nich sprawiały odrażające wrażenie. Większa część bransolety pozostała jednak nieuszkodzona, pomijając długie zadrapania. Na przedramieniu Janacka, nad bransoletą, również widać było szramy. Były one głębokie i często biegły w jednej linii ze śladami pozostawionymi w czarnym żelazie. I kończynę, i bransoletę pokrywały plamy zakrzepłej krwi.
Obok buta Janacka Dirk zauważył długi, okrwawiony nóż. Potrafił sobie wyobrazić, co się stało. Kavalar z pewnością był pijany, a sprawność jego lewej ręki ograniczała stara rana. Próbował wyrwać świeciki z bransolety, stracił cierpliwość i zaczął uderzać nożem na oślep, aż wreszcie wypuścił go z ręki, porażony bólem i wściekłością.
Dirk odsunął się, stąpając lekko. Po drodze ominął mokrą koszulę Janacka. Zatrzymał się w drzwiach, opuścił karabin i krzyknął:
— Garse!
Kavalar nawet nie drgnął. Dirk zawołał go po raz drugi. Tym razem chrapanie wyraźnie przycichło. Zachęcony tym Dirk pochylił się, podniósł z podłogi najbliżej leżący przedmiot — świecik — i cisnął nim w Ironjade’a, trafiając go w policzek.
Janacek usiadł powoli, mrugając. Skrzywił się wściekle na widok Dirka.
— Wstawaj — rozkazał ten, machnąwszy laserem.
Kavalar wyprostował się chwiejnie, szukając wzrokiem pistoletu.
— Nie znajdziesz go — oznajmił Dirk. — Mam go tutaj.
Choć Janacek miał mętne spojrzenie, widać było, że wytrzeźwiał przez sen prawie zupełnie.
— Po co tu przyszedłeś, t’Larien? — zapytał głosem niewyraźnym raczej ze zmęczenia niż od wina, — Zamierzasz ze mnie drwić?
Dirk potrząsnął głową.
— Nie. Żal mi ciebie.
Janacek łypnął na niego wściekle.
— Żal?
— Nie uważasz, że zasługujesz na litość? Rozejrzyj się wokół!
— Uważaj — ostrzegł go Janacek — jeśli będziesz za mocno ze mnie szydził, spróbuję się przekonać, czy masz w sobie wystarczająco wiele stali, żeby wystrzelić z tego lasera, który trzymasz tak niezdarnie.
— Nie rób tego, Garse — rzekł Dirk. — Proszę. Potrzebuję twojej pomocy.
Janacek ryknął głośnym śmiechem, odchylając głowę do tyłu.
Kiedy umilkł, Dirk opowiedział mu o wszystkim, co się wydarzyło od chwili, gdy Vikary zabił Myrika Braitha w Wyzwaniu. Janacek wysłuchał go, stojąc w bardzo sztywnej pozycji, z rękami skrzyżowanymi na nagiej, naznaczonej bliznami piersi. Roześmiał się jeszcze raz — kiedy Dirk podzielił się z nim swymi wnioskami dotyczącymi Ruarka.
— Manipulatorzy z Kimdissa — mruknął. Dirk pozwolił mu mruczeć, a potem dokończył opowieść.
— I co z tego? — zapytał wtedy Janacek. — Dlaczego uważasz, że to powinno mnie obchodzić?
— Pewnie myślałem, że nie pozwolisz, by Braithowie polowali na Jaana jak na zwierzę.
— Uczynił się zwierzęciem.
— W oczach Braithów pewnie tak. Czy jesteś Braithem?
— Jestem Kavalarem.
— A więc wszyscy Kavalarzy są tacy sami? — Dirk wskazał na tkwiącą w kominku kamienną głowę maszkarona. — Widzę, że zbierasz teraz trofea, zupełnie jak Lorimaar. — Janacek nie odpowiedział. Jego oczy miały bardzo złowrogi wyraz. — Może się pomyliłem — ciągnął Dirk — ale kiedy tu przyszedłem i zobaczyłem to wszystko, pomyślałem sobie, że może mimo wszystko miałeś jakieś ludzkie uczucia dla człowieka, który był niegdyś twoim teynem. Przypomniało mi to, jak kiedyś mówiłeś, że ciebie i Jaana łączą więzy silniejsze od wszystkich, jakie znam. Ale widzę, że to było kłamstwo.
— To była prawda. Jaan Vikary zerwał te więzy.
— Gwen zerwała wszystkie więzy między nami już przed wielu laty — skontrował Dirk. — A mimo to przyleciałem, kiedy mnie wezwała. Och, okazało się, że w rzeczywistości wcale mnie nie potrzebowała, i kierowało mną również mnóstwo egoistycznych motywów. Ale przyleciałem. Nie możesz mi tego odebrać, Garse. Dotrzymałem słowa. — Przerwał. — I nie pozwoliłbym nikomu na nią polować, gdybym tylko mógł to powstrzymać. Wygląda na to, że łączyło nas coś znacznie silniejszego niż wasze kavalarskie żelazo i ogień.
— Mów sobie, co chcesz, t’Larien. Twoje gadanie nic nie zmieni. Sama myśl, że mógłbyś dotrzymać słowa, jest śmieszna. Co z twoimi obietnicami, które złożyłeś Jaanowi i mnie?
— Zdradziłem was — przyznał pośpiesznie Dirk. — Wiem o tym. Jesteśmy siebie warci, Garse.
— Ja nikogo nie zdradziłem.
— Opuściłeś w potrzebie tych, którzy byli ci najbliżsi. Gwen, która była twoją cro-betheyn, spała z tobą, kochała cię i nienawidziła jednocześnie. I Jaana. Twojego sławetnego teyna.
— To nie ja ich zdradziłem — zaprotestował z ożywieniem Janacek. — Gwen zdradziła mnie, a także srebro i nefryt, które nosiła od dnia, gdy się z nami połączyła. Jaan porzucił wszystko, co przyzwoite, zabijając Myrika. Zignorował mnie, zignorował obowiązki płynące z żelaza i ognia. Nie jestem im nic winien.
— Nie jesteś im nic winien, tak? — Dirk czuł pod koszulą twardy dotyk szeptoklejnotu, który zalewał go słowami i wspomnieniami o człowieku, którym ongiś był. Zawładnął nim gniew. — I na tym koniec, zgadza się? Całe te wasze cholerne kavalarskie więzy to tylko dług i zobowiązanie. Tradycja, pradawna mądrość schronienia, tak samo jak kodeks pojedynkowy i polowanie na niby-ludzi. Nie myśl o tych regułach, tylko ich przestrzegaj. Ruark w jednym miał rację. Żaden z was nie wie, co to miłość, z wyjątkiem być może Jaana, a i tego nie jestem taki pewien. Co, do licha, by zrobił, gdyby Gwen nie nosiła już jego bransolety?
— To samo!
— Naprawdę? A ty? Czy wyzwałbyś Myrika tylko za to, że skrzywdził Gwen? Czy może zrobiłeś to wyłącznie dlatego, że pogwałcił twoje nefryt i srebro? — Dirk prychnął pogardliwie. — Może Jaan postąpiłby tak samo, ale z pewnością nie ty. Jesteś takim samym Kavalarem jak Lorimaar, twardogłowym jak Chell albo Bretan. Jaan chciał uczynić swych rodaków lepszymi, ale widzę, że ty tylko dotrzymywałeś mu towarzystwa i nie wierzyłeś w to ani przez moment. — Wyszarpnął zza pasa pistolet Janacka i rzucił mu go wolną ręką. — Masz — krzyknął, opuszczając karabin. — Idź zapolować na niby-człowieka!
Zaskoczony Janacek złapał broń w locie niemal odruchowo. Potem ujął ją niezgrabnie w dłoń i zmarszczył brwi.
— Mógłbym cię teraz zabić, t’Larien — oznajmił.
— Zrób to albo nie rób nic — odparł Dirk. — Gdybyś naprawdę kochał Jaana…
— Nie kocham Jaana! — warknął Janacek z rumieńcem na twarzy. — Jaan jest moim teynem!
Dirk pozwolił, by słowa Kavalara wybrzmiewały w powietrzu przez długą chwilę. Wreszcie podrapał się w zamyśleniu po podbródku.
— Jest? — zapytał. — Chciałeś chyba powiedzieć, że Jaan był twoim teynem?
Rumieniec zniknął z twarzy Janacka równie szybko, jak się pojawił. Jeden z kącików ukrytych pod gęstą brodą ust wykrzywił się w grymasie, który przywodził Dirkowi na myśl Bretana. Kavalar zerknął, niemal ukradkiem, jakby zawstydzony, na masywną, żelazną bransoletę, którą wciąż jeszcze miał na przedramieniu.