Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]
- Автор: Мартин Джордж Рэймонд Ричард
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7298-540-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]». Краткое содержание книги:
Gwen jest obecnie związana z Jaanem Vikarym, jednym z dumnych Kavalarów, którzy władają Worlornem zgodnie ze swym opartym na przemocy kodeksem. Gdy jednak planeta pogrąża się w mroku, ich brutalna, pusta cywilizacja zaczyna się załamywać.
„Światło się mroczy” to powieść zawierająca piękny opis obcych światów i kultur, to mroczna opowieść o przemocy, złamanych obietnicach, samozniszczeniu i obsesyjnej lojalności.
Dirk zawisł w miejscu, gdy był jeszcze stosunkowo wysoko. W okolicy przebywali też inni ludzie — krąg sztucznych, jednostajnych świateł — i nie chciał, żeby go zobaczyli. Czarno-srebrny autolot, nieruchomy na tle czarnego nieba, trudno będzie dostrzec, chyba żeby pozwolił, by płomienie obrysowały jego sylwetkę. Choć z miejsca, w którym wisiał, nic nie zasłaniało mu widoku, nadal nie widział, co właściwie płonie. Środek ognia był bezkształtną ciemnością, z której od czasu do czasu tryskały fontanny iskier. Wokół ciągnął się splątany gąszcz dławców. Woskowate gałęzie roślin lśniły żółtym blaskiem w świetle ognia. Niektóre z nich wpadły w serce żółtej pożogi i to one wydzielały najwięcej czarnego dymu, zanim skurczyły się i obróciły w popiół. Reszta dławców, otaczająca krętą barierą czarny, płonący przedmiot, opierała się jednak pożarowi, który zamiast się szerzyć, wyraźnie dogasał.
Dirk czekał, przyglądając się sytuacji. Był niemal pewien, że ma przed sobą strącony autolot. Przekonały go o tym iskry i zapach ozonu. Chciał się jednak dowiedzieć, która to maszyna.
Gdy płomienie dogasały już, a skry przestały się sypać, lecz ogień nie zgasł jeszcze całkowicie, zmieniając się w brudny dym, Dirk dostrzegł przelotnie zarys wehikułu: podobne do nietoperzego skrzydło wygięte pod groteskowym kątem i wymierzone w niebo. Gorejąca za nim ściana ognia. To wystarczyło. Nie znał tej maszyny, lecz z pewnością była kavalarskiej produkcji.
Oddalił się od dogasającego ognia niczym unoszący się nad lasem mroczny duch. Zmierzał ku kręgowi sztucznych świateł. Tym razem zachował większą odległość. Nie musiał się zbliżać. Światła były jasne i wyraźnie widział w nich całą scenę.
Ujrzał rozległą, otoczoną elektrycznymi latarkami polanę, położoną na brzegu jakiegoś dużego zbiornika wodnego. Stały tam trzy autoloty i Dirk rozpoznał je wszystkie. To samo trio widział pod emerelskim drzewem w Wyzwaniu, gdy Myrik Braith zaatakował Gwen. Jeden z nich, wielki wehikuł z kopulastą osłoną kabiny, należał do Lorimaara high-Braitha. Dwa pozostałe były mniejsze i do niedawna wyglądały niemal identycznie. Teraz jednak jeden z nich doznał poważnych uszkodzeń, dostrzegalnych nawet z daleka. Leżał przechylony, na wpół pogrążony w wodzie, a fragmenty zniekształconego kadłuba świeciły. Pancerne drzwi były szeroko otwarte.
Wokół wraku poruszały się patykowate postacie. Wtapiały się w tło tak dobrze, że gdyby stały w miejscu, Dirk zapewne w ogóle by ich nie zauważył. Ktoś wyprowadzał psy Braithów przez właz w boku autolotu Lorimaara.
Dirk zmarszczył brwi, dotknął sterownika grawitora i wzniósł się pionowo w górę. Po chwili stracił z oczu ludzi i pojazdy. Został tylko punkcik światła pośrodku lasu. Właściwie dwa punkciki, ale płonący autolot był już tylko bladopomarańczowym węgielkiem, który gasł szybko na jego oczach.
Bezpieczny w czarnej macicy nieba Dirk zatrzymał się na chwilę, by się zastanowić.
Uszkodzony autolot należał do Rosepha. To był ten sam, który ukradli w Wyzwaniu, ten sam, którym Jaan Vikary odleciał dziś rano do Larteynu. Dirk był tego pewien. Znaczyło to, że Braithowie znaleźli Vikary’ego, ścigali go aż do tego miejsca i strącili laserami. Nie wydawało się jednak prawdopodobne, by zginął, bo w takim przypadku po co sprowadziliby psy? Lorimaar z pewnością nie wyprowadził swojej sfory na spacer. Wszystko wskazywało na to, że Jaan ocalał i uciekł do lasu, a Braithowie zamierzali go wytropić.
Dirk rozważał przez chwilę możliwość pośpieszenia mu na ratunek, ale szanse wydawały się niewielkie. Nie miał pojęcia, jak znaleźć Jaana w mrocznej puszczy światów zewnętrznych. Braithowie byli lepiej przygotowani do tego zadania niż on.
Ponownie skierował maszynę w stronę ściany gór i leżącego za nią Larteynu. Sam w lesie, nawet uzbrojony, nie pomoże zbytnio Jaanowi Vikary’emu. Za to w kavalarskim Ognistym Forcie będzie mógł przynajmniej wyrównać rachunki Ironjade z Arkinem Ruarkiem.
Gdy w dole pojawiły się góry, Dirk się uspokoił, choć jego dłoń opadła na karabin laserowy, który wciąż trzymał na kolanach.
Lot trwał niespełna godzinę. Potem spomiędzy szczytów wyłonił się tlący się czerwonym ogniem Larteyn. Miasto wydawało się zupełnie martwe i puste, Dirk jednak wiedział, że to fałszywe wrażenie. Leciał nisko i, nie tracąc czasu, mknął nad niskimi, kwadratowymi dachami oraz świecikowymi placami ku budynkowi, który ongiś dzielił z Gwen Delvano, dwoma Ironjade’ami oraz kimdissiańskim kłamcą.
Na wietrznym dachu stał tylko jeden autolot — pancerny wojskowy zabytek. Nie było śladu po małym, żółtym wehikule Ruarka, szara manta również zniknęła. Dirk zadał sobie pytanie, czy nadal stoi porzucona w Wyzwaniu, odsunął jednak od siebie tę myśl i opadł na lądowisko.
Wygramolił się z autolotu, mocno ściskając w dłoniach laser. Nieruchomy świat miał karmazynową barwę. Dirk ruszył szybko ku kabinom i zjechał na dół, do apartamentu Ruarka.
Nikogo tam nie zastał.
Przeszukał starannie mieszkanie. Zaglądał we wszystkie zakamarki, nie dbając o to, co przesunie, a co zniszczy. Cały dobytek Kimdissianina był na miejscu, ale Ruark zniknął. Dirk nie odkrył też żadnych śladów, które wskazywałyby, co się z nim stało.
Znalazł tu również własne rzeczy, tę ich garstkę, którą zostawił, uciekając z Gwen, niewielki stosik lekkich ubrań przywiezionych z Braque. Na zimnym Worlornie nie było z nich żadnego pożytku. Dirk odłożył laser, uklęknął i zaczął przeszukiwać kieszenie brudnych spodni. Dopiero gdy go znalazł — nadal owinięty w srebrną folię i aksamit — uświadomił sobie, czego szukał i po co wrócił do Larteynu.
W sypialni Ruarka odkrył małą szkatułkę z osobistą biżuterią: pierścieniami, wisiorkami, ozdobnymi bransoletami i diademami oraz kolczykami z półszlachetnych kamieni. Przeszukał pośpiesznie zawartość puzderka i znalazł cienki srebrny łańcuszek, na którym wisiała umocowana do kółka sowa ze srebrnego drutu zatopiona w bursztynie. Kółko było mniej więcej odpowiednich rozmiarów, Dirk zerwał więc sowę i zastąpił ją szeptoklejnotem.
Potem odpiął kurtkę oraz grubą koszulę i zawiesił sobie klejnot na szyi, by zimna, czerwona łza dotykała jego nagiej skóry, powtarzając swe szepty i kłamliwe obietnice. Mała grudka lodu na piersi sprawiała mu ból, ale to było w porządku, to była Jenny. Po krótkiej chwili przyzwyczaił się do tego wrażenia i przestał cokolwiek czuć. Po jego policzkach spływały słone łzy, lecz on ich nie zauważał. Wszedł na górę.
Pracownia, którą Ruark dzielił z Gwen, była tak samo zagracona jak poprzednio, ale Kimdissianina tu nie było. Nie znalazł go również w opuszczonym apartamencie na górze, z którym połączył się z Wyzwania. Zostało mu do sprawdzenia jeszcze tylko jedno miejsce.
Wspiął się pośpiesznie na szczyt wieży. Drzwi były otwarte. Zawahał się, a potem wszedł do środka, trzymając laser w pogotowiu.
W wielkim salonie panowały chaos i zniszczenie. Ekran ścienny został rozbity albo eksplodował. Wszędzie walały się odpryski szkła. Na ścianach widać było ślady po strzałach z lasera. Kanapę przewrócono i rozpruto w kilkunastu miejscach, a na podłodze leżały całe garście wyrwanej wyściółki. Część z niej wrzucono też do kominka, gdzie powiększyła mokrą, dymiącą stertę, która zatykała palenisko. O podstawę kominka opierał się jeden z maszkaronów, przewrócony do góry nogami i pozbawiony głowy. Sama głowa, razem ze świecikowymi oczyma, leżała ciśnięta w wilgotne popioły. W pokoju śmierdziało winem i wymiocinami.