Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]
- Автор: Мартин Джордж Рэймонд Ричард
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7298-540-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światło się mroczy [Dying of the Light - pl]». Краткое содержание книги:
Gwen jest obecnie związana z Jaanem Vikarym, jednym z dumnych Kavalarów, którzy władają Worlornem zgodnie ze swym opartym na przemocy kodeksem. Gdy jednak planeta pogrąża się w mroku, ich brutalna, pusta cywilizacja zaczyna się załamywać.
„Światło się mroczy” to powieść zawierająca piękny opis obcych światów i kultur, to mroczna opowieść o przemocy, złamanych obietnicach, samozniszczeniu i obsesyjnej lojalności.
Rozdział 11
Dirk przeszedł na drugą stronę pokoju.
Karabin laserowy stał oparty o ścianę. Podniósł go, czując śliską, jakby natłuszczoną powierzchnię czarnego plastiku. Potarł kciukiem głowę wilka, a potem uniósł broń, wymierzył i wystrzelił.
Wiązka światła wisiała w powietrzu co najmniej sekundę. Dirk przesunął lekko karabin i wąski strumień poruszył się razem z nim. Gdy już zgasł, a z siatkówek Dirka zniknął powidok, okazało się, że wypalił w szybie nierówną dziurę. Wiatr wpadał przez nią do środka z głośnym świstem, tworząc dziwny dysonans z muzyką Lamiyi-Bailis.
Gwen podniosła się chwiejnie z łóżka.
— Co się stało? Dirk?
Wzruszył ramionami i opuścił karabin.
— Co się stało? — powtórzyła. — Co chcesz zrobić?
— Chciałem się upewnić, że wiem, jak to działa — wyjaśnił.
— Muszę… lecieć. Zmarszczyła brwi.
— Zaczekaj. Znajdę buty.
Potrząsnął głową.
— Ty też? — Jej twarz zamarła w twardym, brzydkim grymasie. — Nie potrzebuję opieki, do cholery.
— Nie o to chodzi.
— Jeśli to jakiś idiotyczny pomysł, który ma z ciebie zrobić bohatera w moich oczach, to ostrzegam, że to ci się nie uda — oznajmiła, wspierając ręce na biodrach.
Uśmiechnął się.
— Gwen, to jest idiotyczny pomysł, który ma ze mnie zrobić bohatera w moich własnych oczach. Twoje oczy… przestały już być ważne.
— W takim razie dlaczego to robisz?
Uniósł karabin.
— Nie wiem — przyznał. — Może dlatego, że lubię Jaana i jestem mu coś winien. Dlatego, że chcę mu wynagrodzić to, że uciekłem, mimo że mi zaufał i nazwał mnie kethem.
— Dirk — zaczęła, lecz uciszył ją machnięciem ręki.
— Wiem… ale to nie wszystko. Może po prostu chcę dorwać Ruarka. Może to dlatego, że w Kryne Lamiya popełniono więcej samobójstw niż w jakimkolwiek innym festiwalowym mieście i ja jestem jednym z tych samobójców. Możesz sobie wybrać dowolny powód, Gwen. Każdy z powyższych. — Na jego twarzy pojawił się blady uśmiech. — Albo, wiesz co, może to dlatego, że na niebie jest tylko dwanaście gwiazd, więc to i tak nie ma znaczenia.
— Ale co właściwie możesz zdziałać?
— Kto wie? I czy to ważne? Czy to cię obchodzi, Gwen? Naprawdę obchodzi? — Potrząsnął głową, aż włosy znowu opadły mu na oczy i musiał się zatrzymać, by je odgarnąć. — Nie obchodzi mnie już twoja opinia — oznajmił z naciskiem. — W Wyzwaniu powiedziałaś, czy zasugerowałaś, że zachowuję się samolubnie. Może i tak było. Może teraz też tak jest. Coś ci jednak powiem. Bez względu na to, co zrobię, nie zażądam wcześniej, żebyś mi pokazała ręce. Rozumiesz?
To był niezły tekst na pożegnanie, lecz wychodząc z pokoju, Dirk zmiękł, zawahał się i odwrócił.
— Zostań tutaj, Gwen — powiedział. — Nigdzie się nie ruszaj. Jesteś ranna. Gdybyś musiała uciekać, Jaan wspomniał coś o jaskini. Wiesz, co to za jaskinia? — Kiwnęła głową. — Jeśli to będzie konieczne, schowaj się w niej. W przeciwnym razie zostań tutaj.
Machnął niezgrabnie karabinem w geście pożegnania, po czym odwrócił się i wyszedł szybko — zbyt szybko — z pokoju.
Na pokładzie parkingowym ściany były tylko ścianami. Nie było tu duchów, murali ani świateł. Dirk znalazł w mroku autolot, którego szukał, a potem zaczekał chwilę, aż jego oczy przyzwyczają się do ciemności. Ciasnego, dwuosobowego gruchota nie wyprodukowano na Dumnym Kavalaanie. Był czarno-srebrną łzą z plastiku i lekkiego metalu. Nie miał rzecz jasna pancerza ani żadnej broni, poza laserem, który Dirk położył sobie na kolanach.
Maszyna była tylko odrobinę mniej martwa niż reszta Worlornu, to jednak wystarczyło. Gdy Dirk włączył moc, autolot się obudził, a instrumenty oświetliły kabinę bladym blaskiem. Mężczyzna zjadł pośpiesznie baton proteinowy i odczytał wskazania instrumentów. Zapas energii był mały, zbyt mały. Będzie mu jednak musiał wystarczyć. Nie włączy reflektorów. Może się kierować światłem nielicznych gwiazd. Bez ogrzewania też się obejdzie. Skórzana kurtka ochroni go przed chłodem.
Dirk zatrzasnął drzwi, odgradzając się od świata zewnętrznego, i włączył grawitor. Autolot wzniósł się w górę, odrobinę chwiejnie, ale się wzniósł. Dirk zacisnął ręce na drążku i przesunął go do przodu. Maszyna pomknęła w noc.
Na krótką chwilę Dirka zalała fala przerażenia. Wiedział, że jeśli grawitor jest za słaby, maszyna nie poleci, ale runie na porośniętą mchem ziemię w dole. Po opuszczeniu lądowiska autolot zadrżał i przechylił się niepokojąco, lecz trwało to tylko chwilę. Potem grawitor zaskoczył i maszyna pomknęła na skrzydłach zawodzącego głośno wiatru. Skończyło się tylko na nagłym ściśnięciu żołądka.
Dirk wzbijał się stopniowo coraz wyżej, starając się wycisnąć z małego wehikułu maksymalną wysokość. Przed nim wznosiła się ściana gór i musiał nad nią przelecieć. Poza tym wolałby nie spotkać innych nocnych lotników. Lecąc wysoko, z wyłączonymi światłami, zauważy wszystkie przelatujące niżej autoloty i będzie miał sporą szansę umknąć uwagi ich pilotów.
Nie oglądał się na Kryne Lamiya, odczuwał jednak nacisk miasta, który gnał go naprzód, tłumiąc jego strach. Bać się było głupotą. Nic nie miało znaczenia, a już szczególnie śmierć. Nawet gdy Syrenie Miasto z jego biało-szarymi światłami zniknęło już w oddali, nadal słyszał muzykę. Choć cichła ona stopniowo, nie przestawała mu towarzyszyć, nie traciła mocy. Najdłużej utrzymał się cienki, chwiejny gwizd. Dirk słyszał go jeszcze jakieś trzydzieści kilometrów od miasta, choć przenikliwy ton mieszał się z niższym świstem wichru. W końcu uzmysłowił sobie, że ten dźwięk wypływa z jego ust.
Przestał gwizdać i spróbował skupić się na locie.
Blisko godzinę po starcie ściana gór wyrosła nagle przed nim, czy raczej pod nim, gdyż leciał już bardzo wysoko, i wydawało mu się, że jest bliżej gwiazd i maleńkich jak punkciki galaktyk niż lasów daleko w dole. Wiatr świstał wściekle, przedzierając się przez wąskie szczeliny w spawie drzwi, lecz Dirk ignorował ten dźwięk.
W miejscu, gdzie góry spotykały się z puszczą, paliło się jakieś światło.
Dirk skręcił, zatoczył krąg i zaczął zniżać lot. Wiedział, że po tej stronie gór nie powinno być żadnych świateł. Cokolwiek to było, należało zbadać sprawę.
Opuszczał się w dół po spirali, aż wreszcie znalazł się bezpośrednio nad plamą blasku. Potem zatrzymał autolot, zawisł bez ruchu na krótką chwilę i zaczął stopniowo wygaszać grawitor. Maszyna opadała w dół straszliwie powoli, kołysząc się delikatnie na wietrze.
Na dole paliło się kilka świateł. Głównym źródłem blasku był ogień. Dirk już to dostrzegał, widział migotanie buzujących na wietrze płomieni. Były tam też jednak inne światła, sztuczne i jednostajne, krąg jasnych punktów, odległy o kilometr albo nawet mniej.
Temperatura w małej kabinie zaczęła rosnąć. Dirk poczuł, że po skórze spływa mu pot, który wsiąka w ubranie pod grubą kurtką. Przeszkadzał mu również dym, całe obłoki czarnego, przesyconego sadzą dymu, który bił z ognia, przesłaniając widok. Dirk zmarszczył brwi i przesunął nieco autolot, tak żeby maszyna nie wisiała już bezpośrednio nad płomieniami. Potem znowu zaczął się opuszczać.
Płomienie wzbiły się w górę, by go przywitać. Ich długie, pomarańczowe języki rysowały się bardzo ostro na tle oparów. Dirk widział też iskry, węgielki albo coś w tym rodzaju, które tryskały z ognia gorejącymi, jaskrawymi fontannami, a następnie znikały w mroku nocy. Gdy opuścił autolot niżej, ujrzał też coś jeszcze: skwierczący wściekle, niebieskobiały płomień, który zapłonął nagle, emitując ostrą woń ozonu, a potem znowu zgasł.