Wszystko czerwone
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Год: 2013
- Язык: польский
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszystko czerwone». Краткое содержание книги:
* * *
Kłopoty, związane z wytworną, a zarazem swojską kolacją, mnożyły nam się jak krуliki na wiosnę. Herbert ze swoją Anne Lize miał przybyć o siуdmej. Przedtem należało nie tylko dogotować bigos, ale także wywietrzyć mieszkanie, żeby usunąć woń kapusty. Kapustę wzmуgł rozpuszczalnik, przenikliwie świdrujący w nosie prawie w całym domu, bo Alicja dokupiła go więcej. Okazało się, że trzeba jeszcze doczyścić kanapę, na ktуrą zostałam wczoraj zawleczona, i zewnętrzną stronę drzwi pokoju Alicji, o ktуre się otarłam. Woń rozpuszczalnika na kanapie Zosia bezskutecznie usiłowała zabić spirytusem, perfumami i kawą.
– Nic nie pomaga – powiedziała z rozpaczą, obwąchując mebel. – Przechodzi przez wszystko.
– Co za szkoda, że nie ma pluskiew! – powiedział Paweł z żalem. – Wyginęłyby co do jednej!
– Trudno, musicie coś wykombinować – powiedziała stanowczo Alicja. – To rzeczywiście robi wrażenie, jakbym truła karaluchy. Nie może tak zostać!
Po namyśle zaproponowałam, żeby użyć cebuli. Wymazanie kanapy sokiem z cebuli bez wątpienia zagłuszyłoby wszelkie inne aromaty. Ewentualnie czosnkiem.
– Oszalałaś, cebula już będzie zupełnie nie do zniesienia! – zaprotestowała Zosia.
– Czosnek będzie nie do zniesienia, ale cebula śmierdzi nawet apetycznie. Zrobimy sałatkę z pomidorуw z cebulką i będą myśleli, że to z niej.
– Na kanapie będziemy pić kawę – zauważyła Alicja. – Kawa z cebulą, doskonałe zestawienie…
W ostatecznym rezultacie naszych działań kanapa śmiało mogła konkurować z najbrudniejszym bazarem, ktуry w dodatku świeżo przeszedł dezynfekcję. Kapusta przestała się liczyć. Otworzyłyśmy szeroko wszystkie okna i drzwi, usiłując zrobić przeciąg. Paweł stał nad kanapą i wachlował aromatyczny mebel gazetami. Do wszystkich potraw obficie dodawałyśmy cebulę, żeby uzasadnić atmosferę, i niewiele brakowało, a Alicja dodałaby jej nawet do lodуw.
Zdążyłyśmy z przygotowaniami dosłownie na ostatnią chwilę. Niezwykle szczęśliwy przypadek sprawił, że Herbert i Anne Lize akurat mieli katar. W pierwszej chwili wydawało się, że pociągają nosami i węszą jakby z lekkim zdziwieniem, ale już po paru minutach robili wrażenie całkowicie przystosowanych.
Kolacja przebiegała w miłym nastroju, goście na bigosie się nie znali, więc chwalili go zupełnie szczerze, i następne kłopoty wyłoniły się dopiero pod koniec posiłku. Walka z odorem nie pozwoliła nam przygotować wszystkiego w pełni. Kawa, ciasteczka, śmietanka, desery, ekspres, filiżanki i inne niezbędne utensylia wciąż jeszcze znajdowały się w kuchni. Trzeba było przenieść je nieznacznie do pokoju na długi stуł przed kanapą i nie było jak. Stуł jadalny, rozsunięty częściowo pomiędzy pokojem i kuchnią, uniemożliwiał komunikację. Miało być co prawda swojsko i swobodnie, ale też i wytwornie. Zamieszanie, polegające na przełażeniu przez Pawła, względnie podawanie sobie wszystkiego nad głowami biesiadnikуw, było wykluczone.
– Zosiu, tamtędy – powiedziała Alicja pуłgębkiem, przytakując rуwnocześnie wypowiedziom Herberta. – Przez łazienkę i tamten pokуj…
Zosia swobodnym ruchem przesunęła nieco zasłonę, żeby uniemożliwić wgląd w głąb kuchni, i zniknęła w drzwiach łazienki z ekspresem do kawy. Wdałam się w ożywioną francuską konwersację z Anne Lize i kopnęłam Pawła pod stołem. Paweł zmył się nieznacznie, przechyliłam się na krześle do tyłu i ujrzałam, że odbiera od Zosi w przeciwległych drzwiach zastawę do kawy. Z niejakim trudem, ale jednak wszystko grało.
– W porządku – mruknęłam do Alicji. – Zosia nakrywa…
– Powiedz jej, że świece są w kufrze, z lewej strony…
Przyświadczyłam Anne Lize, że moda na buty jest teraz okropna, i kiwnęłam nieznacznie na Pawła.
– Weźcie świece z kufra…
– Już jest wszystko, można kończyć – zaraportował Paweł. – Tylko tych łakoci brakuje.
– Zaraz, jeszcze deser. Usiądź i udawaj, że wszystko w porządku…
Alicja wśrуd licznych dowcipуw na temat spadku podprowadzała Herberta. Przy lodach osiągnęła swуj cel, mianowicie z własnej inicjatywy zgłosił chęć włączenia się w sprawę. Z ulgą mogłyśmy wstać od stołu i przejść do salonu na kawę.
– Ciasto, czekoladki, te tam takie – szepnęła Zosia, nerwowo usuwając naczynia – Ktуrędy?…
– Tą samą wytworną drogą, przez wychodek – odparła Alicja. – Stуł się złoży pуźniej…
Okrężną i nieco oryginalną trasą, przez łazienkę, wychodek, korytarzyk i sąsiedni pokуj, wpłynęły na stуł przysmaki. Intensywna woń kawy zmieszała się wdzięcznie ze straszliwym odorem, wydobywającym się z kanapy. Herbert i Anne Lize zaczęli kichać dziwnie często.
Niepojętym sposobem rozumiałam po duńsku znacznie więcej niż przed laty. Zaniechałam zabawiania arystokratycznej damy, odstąpiłam ją Zosi, i zaczęłam się przysłuchiwać rozmowie Alicji z Herbertem.
– Rodzice uprzątnęli już wszystko z poddasza – mуwił Herbert. – I znaleźli twoje rzeczy. Jest tam jakaś twoja paczka, prosili, żebym ci powiedział. Może będziesz chciała ją zabrać?
– Moja paczka? – zdziwiła się Alicja. – Możliwe. Ciekawe, co w niej jest. Zadzwonię i zabiorę przy okazji.
Herbert potrząsnął głową.
– Będzie ci trudno, bo oni są teraz w Humblebaek. Ale mogę ją wziąć i przywiozę ci, jak się zobaczymy. I tak musimy się spotkać jutro albo pojutrze w sprawie tego spadku…
Alicja wyraziła zgodę i wdzięczność. Wtrąciłam się do rozmowy, żądając tłumaczenia, nie byłam bowiem pewna, czy dobrze rozumiem. Okazało się, że dobrze.
– Jeżeli coś leży w pralni na placu Świętej Anny, to leży tam od pięciu lat – powiedziałam ze zgorszeniem. – Co, u Boga Ojca, takiego mogłaś tam zostawić ładnie zapakowane i nawet nie zauważyłaś braku?
– Sama jestem ciekawa – odparła Alicja. – Tylko dlatego chcę to odzyskać, bo już pewno mi nie jest potrzebne…
Pуźnym wieczorem goście opuścili dom, wylewnie dziękując za przyjęcie i kichając co drugie słowo. Smrуd w przedpokoju panował wzmożony, bo butelkę z resztką rozpuszczalnika Zosia w pośpiechu postawiła zaraz za drzwiami pralni. Alicja odprowadziła Herberta z małżonką do samochodu.